Rozdział1

Wilczki. cz1.

 

Dzień przybycia do Domu Dziecka im. Janusza Korczaka w Warszawie był szarym pochmurnym i ponurym dniem- co chwila padało, pożegnaliśmy personel Domu małego Dziecka w Zbójnej Górze który prowadziły siostry zakonne. Dorośliśmy czasu kiedy siedmiolatek idzie do szkoły, wszyscy urodziliśmy się w Warszawie na Woli i wspólnie jedziemy do nowego miejsca przypiętego do miejsca urodzenia. U sióstr prowadziliśmy beztroskie, stadne życie, jedni spędzili tu tylko rok inni dwa a niektórzy tyle że nie wiedzą że jest też inny świat że jest mama i tata są bracia i siostry, jest rodzina jak kuzyni dziadkowie, wujostwo. Nauczyliśmy się zwracać do sióstr zakonnych jak do kogoś bliskiego, one zastąpiły nam i były przez czas pobytu naszą nową rodziną. Były z nami od rana do nocy, czyniły to z powołania a każde nowe dziecko które przybywało do domu po- jakimś czasie zwracało się do nich tak jak my-ciociu. Starsi spali na piętrze w dużych salach, na metalowych łóżkach ustawionych rzędami. Nie mieliśmy swoich szafek, wszystko potrzebne na co dzień, donoszono z magazynku który znajdował się na parterze, wszystko tzn. ubranka i buciki. Kurtki były rozdzielane w zależności od stopnia zużycia o tym decydowały siostro ciocie w grupach. Część podwórka była przeznaczona na suszenie wszystkiego- na zmianę, bo i biała pościel, także pieluchy maluchów które w kojcach po kilka bawiły się na parterze. W odpowiednim więc momencie dostawaliśmy czyste ubrania, nawet codzienne choć czasy nowości dawno miały za sobą -także te cieplejsze na jesień czy zimę były zawsze gotowe do użycia. Nikogo wiec nie dziwił fakt że nosiliśmy ciuszki takiego samego koloru czy wzoru, takie same pepegi czy trampki na nogi- było to wtedy dla nas obuwie całoroczne. takie samo dla chłopców jak i dziewczynek. Czasami jednak zdarzało się pochodzić w skórzanych bucikach zimową porą ale uzależnione to było od darowizn osób prywatnych, które przynosiły je nam, gdy ich własne dzieci podrosły. Już wtedy nieźle broiliśmy- szczególnie Cygan, Garbus i ja; piersi wpadliśmy na pomysł że na świniach można jeździć jak na koniu i to na pewno. Bo po to ma świnia cztery niskie nogi, aby wędrowała trochę wolniej od konia- stąd wydawała nam się bezpieczna w użyciu. Któregoś pięknego wiosennego poranka, stwierdziliśmy że przyszedł czas próby. Siostry przykucnęły na ławce beztrosko rozmawiając, reszta dzieci bawiła się po swojemu w przepełnionej piaskownicy- istna sielanka. Tadek zaczynamy! uśmiechałem się szelmowsko do Cygana rozglądając się, ja z wami usłyszeliśmy słowa Czesia. Dobra dla wszystkich starczy –odparliśmy razem, powoli podchodziliśmy do ogrodzenia przez które nawoływaliśmy ubłocone świnki. Wyciągaliśmy ręce z zerwaną trawą zachęcaliśmy by podeszły do nas-patrzyły na nas głupkowato, wydawało się że naśmiewają się z nas ale one miały takie wesołe spojrzenie. Siostry wstały i z kubkami skierowały się do kuchni by dolać wody do pitych przez nie herbat. Na taki moment właśnie czekaliśmy nikt na nas nie zwracał uwagi, każdy wybierał obiekt który miał go dopaść, dosiąść i ujeździć. Skradaliśmy się powoli każdy do swojego celu, świnki podniosły głowy w naszym kierunku, kiedy przyspieszyliśmy rozpierzchły się a my za nimi. Jakąż  uciechę  sprawiło nam chęć udowodnienia sobie- że każdy potrafi dosiąść obiektu pierwszy; oraz to że nie jest gorszy od kolegi i najważniejsze, że się nie boi. Jak one zwiewały przed nami po grząskim, śmierdzącym błocie, a my próbowaliśmy znaleźć się na nich, skoki na prosiaka kończyły się jego przewróceniem, głośnym kwiczeniem i obustronną błotną kąpielą. Nasz głośny śmiech mobilizował do kolejnej próby, która by dowiodła że tym pierwszym bohaterem któremu się to udało był akurat każdy z nas. Starając się najmniej utytłać, w założeniach jest czynnością prostą, kiedy je goniliśmy nie zdawaliśmy sobie sprawy że są to bardzo zwinne stworzenia ale i my nie dawaliśmy za wygraną. Nawet nie dopuszczaliśmy myśli że leżąc obok wierzgającej świni ta może nas kopnąć swoimi raciczkami, czy chociażby na nas niechcący wpadła- szukając drogi ucieczki. Mieliśmy szczęście że nie zaatakowały nas mokrymi ryjami, wcześniejsze rozmowy sprawiły że się nie baliśmy ich, myśleliśmy że wystarczy dać jej kopa w tyłek a będzie posłuszna.  Stworzenia okazały się bardzo przemyślne wciągając na środek grzęzawiska, my zaś po kolana w błocie chcąc postawić na swoim gubiliśmy pepegi które spadały nam z nóg zostając zassane przez błoto. W końcu wyrzuciliśmy je za ogrodzenie i boso chcieliśmy dokończyć dzieła. Ale kwiki świń i nasze pokrzykiwania ściągnęły wszystkich którzy byli na nogach by zobaczyć cyrk który urządziliśmy i to jak wyglądamy po takiej zabawie. W końcu zrezygnowani opuściliśmy gnojowisko rozumiejąc dlaczego świnie są zawsze takie brudne. Pod domem dokąd nas doprowadzono; dozorca już szykował nam kąpiel pod bieżącą wodą- prosto spod szlaucha, płynęła więc na nas zimna woda zmywając częściowo błoto z naszych ciał, resztę doszorowano pod prysznicami nie żałując ryżowych szczotek i szarego mydła. Później oczywiście całą trójkę zaprowadzono do głównej siostry, przed którą wyspowiadaliśmy się skąd takie głupie pomysły przyszły nam do głowy i ile pracy daliśmy innym. Nasze spuszczone głowy i smutne miny oraz  niechęć do odpowiadania na zadawane pytania zakończyły szybko jej monolog. Nie obyło się oczywiście bez kar które godnie znieśliśmy, nie dostaliśmy przez kilka dni deseru po obiedzie i bacznie zwracano uwagę na naszą trójkę, która wszystkim musiała opowiadać o bohaterskim polowaniu na grubego zwierza. Nie rozumieliśmy wcale dlaczego na wiosnę przybywało kilka prosiaczków a stare zeszłoroczne podobno szły gdzieś na własne potrzeby, potem zrozumieliśmy że normalnie robiono z nich kiełbasy a z mięsa robiono zupki i drugie dania. Pralnia była więc całodobowa ona także na zmianę była kierowana przez siostrzyczki. Świnki zaś miały swój chlewik na podwórku za opisanym wcześniej ogrodzeniem jakieś dwadzieścia metrów od domu, były one karmione tym co dzieci nie zjadły na posiłkach nazywano to zlewkami, bo nic co zostało niezjedzone nie marnowało się, zlewane do pojemnika-z którego dozorca rozlewał swoim pupilkom do koryta nazywając je pieszczotliwie imionami Chrumcia, Łatka, Niutka czy Ryjek. Do jego obowiązków należało też sprzątanie całego terenu, wszelkie naprawy w domu oraz codzienne zakupy z nieodłącznym dwukołowym wózkiem popychanym lub ciągnionym za sobą do najbliższego sklepu. Razem z siostrą intendentką dzień w dzień deszcz czy pogoda, ciepło czy zimno.  Oraz najważniejsza oczywiście całoroczna funkcja palacza w kotłowni. Starszaki czyli my pięcio i sześciolatkowie często wychodziliśmy po posiłkach na spacery do lasu trzymając się w grupce jak kurczaki. Młodsi zaś trzymali się linki która miała okrągłe rączki po jej obu stronach, sami niedawno jeszcze się jej trzymaliśmy by nie pogubić się. Teraz zaś odważnie wędrowaliśmy nad pobliskie jezioro zawsze przechodząc obok cmentarza, nie wiem dlaczego należało się bać pochowanych tam ludzi, którzy ponoć budzą się o dwunastej w nocy i straszą zabłąkanych jęcząc w deszczowe i pochmurne wieczory. Z dużym respektem przechodziliśmy trzymając się za ręce chcąc jak najszybciej minąć ponure sąsiedztwo. Zawsze wydawało nam się że kogoś tam widzimy, że ktoś nas stamtąd obserwuje, zaciskaliśmy mocniej ręce by szybko opuścić to straszne miejsce. Zacieśnialiśmy grupkę by żadna nieczysta siła nie zabrała któregoś z nas i wieczorami te straszne rozmowy że widziano ducha że po nocy mogą one trafić do naszego domu i porwać któreś z nas. Podobno pomaga na strach skrzyżowanie palców obu rąk i tak w strachu zasypialiśmy. Kiedy szliśmy do lasu zbieraliśmy wszystko o co prosiły nas siostry raz były to grzybki które pod spodem nie mają blaszek to te dobre, runo leśne segregowały siostry od razu w lesie po przejściu naszej piętnastoosobowej szarańczy nie zostawało nic podobnego do grzyba. Wszystkie muchomory i inne te złe nazywaliśmy trujakami, by nikt się nimi nie otruł najczęściej swoimi butami płaszczyliśmy je przy samej ziemi. Licząc ile ludzkich istnień uratowaliśmy. Czasami trafiliśmy na żmiję choć później wytłumaczono nam  że to jest zaskroniec ale my i tak nie potrafiliśmy wtedy ich rozróżnić stąd każdy miał jakiś kijek w ręku i jak trzeba było to takie coś obrzydłe z długim jęzorem zatłukliśmy zanim podeszła siostra, straszyliśmy potem dziewczyny a ich pisk świadczył że jeszcze się go boją mimo że dawna już nie żył. Potem przynosiliśmy do domu koszyk tego co nadawało się do zjedzenia dając go siostrom kucharkom, te zaś gotowały smakowitą zupkę grzybową lub suszyły na piecu na zimę lub święta. Innym razem były to jagody, poziomki czy maliny, ale tych było zawsze niedużo bo słodkie znajdowały miejsce w naszych brzuchach. Nie pomagały sława żeby zbierać dla wszystkich, że może starczy na deser, najczęściej był to tylko kompot. Innym razem takim magicznym kręgiem około dwudziesto metrowym, wymiatając wszystko co znalazło się w jego środku. Oczywiście zabierając po drodze wszystkie żuczki, złapane żaby znalezione kije i patyki także kwiatki. Liczono nas często po każdym nawet mniejszym postoju, stąd szybko nauczyliśmy się liczyć do dwudziestu. Choć nie wiedzieliśmy dlaczego, każdy chciał być jakąś liczbą- nie rozumieliśmy dlaczego raz padało na ciebie że jesteś dwójką by innym razem być ósemką czy piętnastką. I te ciągłe nasze pytania w plenerze dlaczego, czemu tak, po co, by w końcu usłyszeć- dajcie już nam święty spokój bo przez was zwariujemy. Na wspólnych posiłkach pilnowano by wszystko zjadać ale były takie potrawy których nikt nie znosił np. szpinak-leżała taka paćka na talerzu obok ziemniaków, podobna i wyglądająca jak krowi placek. i my mamy to jeść z chęcią, zaczęliśmy to wąchać najpierw by potem dla smaku wolno dotknąć językiem. Jednym podpasowało innym nie, myśleliśmy że to coś  na polu pozbierał dozorca. Przerobiona trawa teraz nam się dostała do jedzenia jako surówka, podobno jest to zdrowe i pożywne. Siostry więc zachęcając nas do jej zjedzenia czyniły to pierwsze czyniąc adekwatny do sytuacji przykład że mleko jest białe i że krówka najpierw żre zieloną trawę, by potem powstało pyszne białe mleczko którego potem robi się masełko, śmietanę czy serki. Wydedukowaliśmy więc że szpinak to nic innego tylko krowie placki, długo nam tłumaczono że to jest nazwa rośliny i nie ma nic wspólnego z poczciwą krową, ważne że uwierzyliśmy że krowie placki są szare a szpinak zielony do tego stopnia że poszliśmy do kuchni gdzie zobaczyliśmy kosze roślin które były naprawdę zielone przed ugotowaniem i doprawieniem, uwierzyliśmy próbując nawet i szczaw. Wiedzieliśmy potem już na pewno że to tylko tak się mówi, to samo dotyczyło dyskusji o koniu który podobno robi pączki a jednak prawdziwe ciastka piecze się w cukierni. Czy krowa Polska i holenderka porozumieją się ze sobą, czy amerykański pies zrozumie język psa polskiego, dla nas one tylko mówią jedno słowo hau, tak jaj krowa mu. Zawsze po obiedzie było leżakowanie ot tak prawie wszyscy szli poleżeć godzinkę by sadło się zawiązało, przyzwyczajeni do takiego luksusu prawie wszyscy usypialiśmy. Potem podwieczorek, w lato ponownie wychodziliśmy w teren, a na jesieni kiedy była brzydka pogoda bawiliśmy się w Sali zabaw psując co było do zabawy i bawiąc się w zabawy jakie wymyśliły ciocie, wtedy też zasypywaliśmy je znów dziwnymi pytaniami jakie potrafią wymyśleć tylko dzieci. I tak do kolacji, po niej szliśmy do swoich sal gdzie szykowaliśmy się do spania, myjąc się włącznie z myciem zębów, sikaniem, no i oczywiście czytanie bajek aż wszyscy zasną dyżurne zawsze spały w Sali z nami. Czasami w niedziele z pobliskiej Warszawy przyjeżdżały w odwiedziny do Zbójnej Góry, nasze prawdziwe biologiczne rodziny o ile załatwiły na takie spotkanie pozwolenie z sądu. Wtedy około południu najczęściej po obiedzie można było wyjść za teren domu i na kocach wyłożyć to co ze sobą przywieźli. Dla nas najważniejsze były ciastka i cukierki zdarzały się i czekolady czy batoniki a do picia oranżada i kompoty w butelkach. Oczywiście na pytania czy ich pamiętamy kiwaliśmy głowami że tak -ale tak naprawdę byliśmy już nauczeni żyć bez nich swoim życiem, gdzieś obok. Drobne pieniążki które dostawaliśmy, potem gdzieś nam ginęły w dziwnych okolicznościach- przestawały być, ulatniały się. Cukierkami zaś wiadomo częstowaliśmy wszystkich lub wydzielały je później na sztuki siostry. Czasem w kieszeni przemycaliśmy papierosy oraz zapałki, te leżąc na kocach obok jedzenia były przez nas po kilka sztuk chowane do kieszeni by Garbus i Vistuła mogli zapalić takiego śmierdziela. Kiedyś zanim poszliśmy spać z Tadkiem paliliśmy pod kołdrą zapałki od zapałek grzejąc się ich ciepłem, chwilka tylko wystarczyła a mogło dojść do tragedii od tlącej się zapałki zajął się materac ze słomą, a krzyk który narobiliśmy w porę ściągnął siostrzyczki a one go fachowo ugasiły miskami z wodą. Od tego zdarzenia po odwiedzinach rodzin zawsze były nam sprawdzane wszystkie kieszenie od tak dla spokojności ducha i naszego bezpieczeństwa. Takich dziecinnych przygód  przeżyliśmy wiele, ale czas idzie nieubłagalnie do przodu; kiedy oznajmiono że najstarsze dzieci do których my się zaliczaliśmy będą musiały pożegnać się z domem było nam smutno że to akurat my. Płakaliśmy że nie chcemy iść do szkoły nic to jednak nie pomogło nikt nie słuchał naszych próśb. Taki rozkaz przyszedł z góry, nikt o nas nie zapomniał, dalszą edukację rozpoczniemy w Domu Dziecka nr.2. imienia Janusza Korczak w Warszawie na Krochmalnej pod nr.92. Siostry pocieszały nas że tak będzie lepiej dla naszego dobra i że nie można przejść do młodszej grupy by się ustrzec przed pójściem do szkoły i za rok rozpocząć naukę. Zawsze tak jest mówiły że jedne dzieci odchodzą a następne młodsze przychodzą, wszystkie dzieci prędzej czy później muszą iść do szkoły i to właśnie wtedy kiedy mają siedem lat i ten okres do nas zapukał. W milczeniu jedliśmy ostatni posiłek, który przerwał głośny sygnał trąbienia. Za innymi wyszliśmy na podwórko, ciągle razem by nas nie rozłączono. Nie było odwrotu- nie ma ucieczki, nie można się nigdzie schować. Nie była to dobra chwila na wytłumaczenie dziecięcym sercom, czego one nie mogą same zrozumieć. Dostaliśmy zapewnienie sióstr że będą nas odwiedzać. Szybko nas spakowano, do ręki ulubiona zabawka najczęściej nieduży pluszowy misiek, czasami mały samochodzik dany przez nasze rodziny podczas odwiedzin. Potargały nasze krótko ostrzyżone głowy życząc nam dużo szczęścia w nauce i życiu. Nie wiedzieliśmy dlaczego płakały za nami  wycierając ukradkiem  chusteczkami powyjmowanymi z kieszeni swoich zakonnych ubiorów, przecież byliśmy łobuziakami, wszędobylskimi tym złym przykładem dla mniejszych- zrozumieliśmy to później że mimo że nie miały swoich dzieci polubiły i pokochały nas tak jak umiały, jak prawdziwe matki bez względu czy dziecko jest złe czy dobre, zdrowe czy chore –słabe czy silne one są zawsze gdzieś obok, kochając tak jak chciałyby być kochane. Kiedy i najmniejsze dzieci zaczęły popłakiwać wyczuwając że coś się dzieje, wszystkie chciały by je wziąć na ręce by ich też nie zabrano-przykucnęły więc rączkami przyciskały po kilka jak mamusie kury swoje kurczaczki. Kolejno wchodziliśmy do środka, gdzie wygodnie usiedliśmy na drewnianych ławeczkach. Cały czas blisko siebie, baliśmy się wtedy tylko jednego ze nas rozłączą, słyszeliśmy słowa; kochamy was bardzo! oraz rączki wysoko wniesione ponad zapłakane główki drugi raz przeżywamy rozstanie w naszym dzieciństwie, drugi raz bolą nasze dziecięce serca. Łzy płyną same -ale naszego płaczu nie słychać, nie szarpiemy się nie wyrywamy ocieramy rękami łzy i zasmarkane nosy spoglądając po sobie. Kiedy zatrzasnęły się drzwi, stary Żuk służący na co dzień do przewożenia (zaopatrzenia) ruszył by nie przedłużać ludzkich tragedii. Dziś wiezie naszą piątkę wystraszonych chłopców. Stasia Kwiatkowskiego, Tadzia Małeckiego, Wojtka Zawadzkiego, Bielińskiego Czesia oraz Witka Mikołajczyka. Trasa może nie daleka, rzekł starszy kierowca- coś trzydziestu kilometrów ale skąd mógł wiedzieć że my nie wiemy co to kilometr. Pokiwaliśmy więc na znak zrozumienia głowami, trzymając się mocno rękami siedzeń i rozstawionymi nogami na zakrętach. Oglądaliśmy mijane domy oraz samochody, jechaliśmy wzdłuż nasypu kolejowego -szukaliśmy czegoś ciekawego pośród drzew oraz domów których przybywało z każdą chwilą. Witek stwierdził że trudno zapamiętać przebytą drogę. A po co ci to? spytał Czesio. Jak to po co gdyby tam było źle i byśmy stamtąd zwiali to trzeba by było jakoś trafić z powrotem do Zbójnej Góry. Ten bilet jest tylko w jedną stronę rzekł Tadek- nie słyszałeś co mówiły siostry mamy iść do szkoły bo przyszedł nasz czas, byliśmy tam najstarsi, tam nie ma szkoły a w Warszawie gdzie się urodziliśmy jest wiele szkół tam wiec jedziemy- zakończył. Klepnąłem go po ramieniu szepcąc sam bym lepiej tego nie powiedział. Podczas podróży nasz kierowca zatrzymywał się kilka razy, za każdym razem targając jakąś skrzynkę. Były w nich jabłka, marchew i śliwki. Nie znaliśmy określenia godzina czy innego terminu czasowego do tej pory rano się budziliśmy wieczorem chodziliśmy spać oczywiście w między czasie jedliśmy i bawiliśmy się. Teraz wykładnikiem była boląca dupa od podskoków na dziurach dróg ulic warszawskich oraz słowa kierowcy- że już niedługo. Znów doniósł beczkę z kapustą którą wturlał sposobem, odbił obręcz mówiąc byśmy spróbowali czy smaczna sam pierwszy uszczknął palcami i biorąc do ust stwierdził że kwaśna. Kolejnym razem kiedy usłyszeliśmy że znów postój się przedłuży; odpowiedzieliśmy że jak zatrzyma się przed sklepem z cukierkami to nawet cały dzień tam możemy stać. Uśmiechnął się i faktycznie kiedy przytargał worek z cukrem, z kieszeni wyjął różne cukierki po kilka wciskał do każdej wyciągniętej ręki. Za nim ze sklepu wyszli ludzie z siatkami w których czegoś szukali po chwili i oni wciskali nam co kto tam znalazł, obok nas leżały bułki, batoniki, cukierki a nawet drobne monety na lody? tak mówili nie wiem czemu poznani przypadkiem ludzie, oni też przecierali oczy pytając o nasze imiona, skąd jesteśmy i dokąd nas wiozą. Kiedy tłum zaczął być coraz gęstszy kierowca wskoczył do kabiny by powoli ruszyć w dalszą drogę. Wstałem i głośno mówiąc że jedziemy od sióstr w Zbójnej Górze tam są jeszcze mniejsze od nas dzieci pamiętajcie i o nich na stojąco machałem im ręką trzymany przez kolegów do chwili aż stawali się coraz mniejsi i zniknęli za kolejnym zakrętem. Wtedy usiedliśmy wcinając w ciszy kapustę kiszoną z cukierkami które zagryzaliśmy marchewką i tymi cienkimi kiełbaskami, z wielką chęcią słuchaliśmy w ciszy opowiadania kierowcy. Kiedy wchodził do sklepu poprosił o szybkie załatwienie bo wiezie specjalny towar czyli nas, ekspedientka widząc nasze łepki, chodziła za ladą wybierając słodycze mówiąc że to dla was chudziny te cukierki. A ludziska jak to ludziska najpierw burczeli że mam stanąć normalnie do kolejki, że żarty sobie z nich robię. Ale gdy zobaczyli wasze krótko ogolone głowy i machające rączki a sprzedawczyni stanowczo powiedziała że robię często zakupy dla sierotek i obsłuży mnie poza kolejką. Ucichło potem w sklepie ludziska zaczęli grzebać po swych tobołach, wciskając do skrzynki co kto miał nawet i drobne pieniądze na picie dla was i na lody. Gdybym nie ruszył, ludziska jak w czasie wojny gotowi byliby was zabrać do swoich domów, niektórzy zdążyli jeszcze dobiec i przez otwarte do połowy okno wrzucali bułki, chude kiełbaski co kto miał, widząc to kierowca zwolnił mówiąc że jak tak dalej pójdzie to cały samochód towaru przywiezie i nie wyda nawet jednej złotówki-przeżegnał się znakiem krzyża dotykając głowy i ubrania mówiąc że to jakieś czary, szepcząc-dzięki ci Panie Boże, że na tej drodze masz w opiece te dzieciątka i potargał mnie po włosach. Z kim pan rozmawia zapytałem- wtedy uśmiechnął się i odpowiedział, z Tym który stworzył ten świat. A czy On pana usłyszał-popatrzyłem przez okno wysoko na niebo nikogo nie widząc, wtedy odrzekł- że trzeba Go mieć tu i ręką w pięść zwiniętą uderzył się w miejsce gdzie jak opowiadały zakonnice znajduje się serce człowieka. Bez niego nie można żyć? pokiwał głową mówiąc ,,Serce zaczyna żyć gdy cierpi” a czy to prawda spytał Tadek ,, Serce głupiego jest na języku a język mądrego na sercu”- pokiwał przecząco głową mówiąc że to tylko przysłowie a serce jest zawsze w tym samym miejscu po lewej stronie, uśmiechał się słysząc nasz potok pytań, odpowiedział jednym krótkim zdaniem niedługo wszystkiego się dowiecie i nauczycie. Taki był nasz pierwszy kontakt z Warszawą i z jej dobrymi ludźmi. Zobaczyliśmy Pałac Kultury który był najwyższym budynkiem w Warszawie, niedaleko od niego powiedział pan Tadek jest wasz przyszły dom w którym zamieszkacie. Faktycznie zbliżał się coraz bardziej, zapadła cisza, każdy zadumał się nad swoimi myślami; myśląc starałem się przypomnieć moją rodzinę, których żaden z nas już nie pamięta –odwiedziny ostatnimi czasami stawały się coraz rzadsze, najczęściej przyjeżdżali dziadki, kręcąc głowami na pytania co z rodzicami czy wujostwem. Tłumaczyli ich niemożność odwiedzin chorobami, wyjazdami, siostry napomknęły że pili wódkę i nie pracowali będąc aspołecznymi, nie wiedzieliśmy co to oznacza ale coś nam nie pasowało żeby tak oboje na raz. Dojadaliśmy bułki z kiełbaskami kiedy kierowca powiedział że dojeżdżamy, gdyż zaczęło nami trząść. ulica była pokryta nierównymi kamieniami –kierowca nazwał je kocimi łbami- dodając że tak były utwardzane ulice przedwojennej Warszawy z okrągłych kamieni a każdy jest inny. Kiedy kierowca dał klaksonem sygnał, staliśmy przed metalową bramą którą podbiegło otworzyć naraz kilku chłopców, wtedy samochód wolno podjechał pod sam dom który był naprawdę duży o wiele większy niż dom w którym razem mieszkiwaliśmy do tej pory. Zmordowani podróżą spytał kierowca pokiwaliśmy głowami że trochę, podróż trwała razem z przystankami ponad dwie godziny powiedział. Opuszczając z tyłu klapę by nas wypuścić, zeskakiwaliśmy jeden po drugim na asfalt przed wejściem, bramę już z łoskotem zamknięto a kierowca szykował się do wynoszenia skrzynek, beczki i worków teraz wiedzieliśmy dla kogo. Rozprostowując kości podobni byliśmy do drużyny sportowej, krótkie spodenki jednakowe koszulki czy nierozłączne gumowe trampeczki – już się nie baliśmy. Piątka siedmiolatków i koniec lipca był rok 1965- każdy z zabawką i cukierkami w rękach. Cały nasz dobytek mieliśmy na sobie, w rękach i w kieszeniach resztę mamy otrzymać tu na miejscu w nowym domu. Obiecaliśmy sobie że będziemy się trzymać razem i wspierać, strupy na rękach i nogach świadczyły o naszych przygodach, przejściach mówiły same za siebie potwierdzały że z bólem jesteśmy obeznani. Szczupłe twarze świadczyły o zadziorności, oczy zaś o cwaniactwie każdego z Nas. Ale takich jak my łobuziaków widać jest cały dom, wzbudziliśmy zainteresowanie młodzieży bawiącej się w głębi drzew podchodzili pytając się skąd jesteśmy. Jak to skąd? z lasu ze Zbójnickiej Góry palnął Czesiek – Zbójnej! szepnął najbliżej stojący Wojtek. Tak właśnie chciałem powiedzieć tylko mi się pokićkało. Niektórych nawet już poznawaliśmy ze wspólnego tam pobytu, bo zniknęli w zeszłym roku tak jak my dzisiaj witaliśmy się z nimi bardzo serdecznie przypominając ich imiona Marek Turalski, Krysia Tworek czy Leszek Liszczak z siostrą a później inni których pożegnaliśmy nawet dwa lata temu. Teraz już załapaliśmy, że kiedy osiągnie się odpowiedni wiek dzieci rozpoczynają naukę w szkole, wcześniej chodzą do przedszkola dla nas pobyt w Zbójnej Górze był takim całodobowym przedszkolem. Kraty są tylko na najniższym poziomie rzekł Witek- grube pręty będzie gdzieś na dwa palce tworzyły ozdobną mozaikę powiedział Tadek do mnie, ciekawy jestem jak daleko jest do naszych domów które kiedyś mieliśmy? wzruszyłem ramionami, czy to teraz ważne? dobrze że mamy siebie że jesteśmy razem- no jasne że tak! odpowiedział Witek zawsze odkąd pamiętam tak było przytaknął głową. Zadarliśmy głowy do góry, dom był duży składał się z kilku poziomów i dwóch dużych balkonów, potem na teren gdzie bawiły się dzieci-był rozległy. Starsi już pomagali wnosić do domu skrzynki z towarem zbierając cukierki i kasę leżące na podłodze której my nie zauważyliśmy. Z otwartych drzwi w środkowej części domu wyszły dwie kobiety, starsza w okularach wycałowała Nas po kolei na powitanie mówiąc jestem matką wszystkich dzieci a także dyrektorką tego domu i nazywa się Maria Falkowska. Wymownym gestem wskazała żebyśmy udali się za nią, po kilku schodkach, przez solidne drewniane drzwi weszliśmy do środka domu. Drugą kobietą była miła i młoda miała na imię Marysia i była magazynierką i zaopatrzeniowcem domu ona szła na końcu naszej grupy. Pewnie jesteście głodni spytała p. Maria i schodami na dół poprowadziła Nas do jadalni. Gdzie się umyliśmy by usiąść razem za stolikami przy którym stało po kilka krzeseł, dozorca pozbierał nasze zabawki i zaniósł je do sekretariatu. Dostaliśmy wazę z zupą na dwa stoliki i popychacz jak wtedy nazywaliśmy chleb, w wazie była gorąca zupa z kapusty z cebulką na wierzchu i ziemniakami jakoś nie widać było mięska ale wtedy nie wiedzieliśmy bo i skąd że zupę gotuje się na mięsie z którego po ugotowaniu robi się drugie danie z kaszą, kluskami lub z ziemniakami, smażąc mięso lub zagęszczając je mąką z wodą i domieszkami dającymi sos ale o tym dowiedzieliśmy się uczęszczając na kółko gotowania przy kuchni. W jadalni było już po obiedzie, czekano tylko na Nas wiedząc że przyjedziemy głodni. Rozglądaliśmy się ciekawie, umieliśmy już troszkę liczyć 4-y rzędy stołów, przy każdym cztery krzesła. Dwadzieścia w jednej grupie -rachunek jest prosty w tym domu jest ok.80-cioro dzieci. Rozglądaliśmy się ciekawie po sali czekając na drugie danie. W sali jadalnej było 6-ść drzwi, razem z tymi którymi weszliśmy na dwóch z nich wisiały kłódki. Nie dane było nam dalsze oglądanie, gdyż weszła niska starsza pani o siwych włosach niosąca na tacach talerze na których leżał kotlecik mielony ziemniaczki a raczej ugnieciona z nich papka polana tłuszczykiem i ogórek z beczki. Doniesiono też kompot w metalowym dzbanku i porozlewano do kubeczków. I tym potrawom daliśmy radę łapiąc się za aluminiowe widelce z czterema długimi zębami troszkę krzywymi. Pierwszy skończył jeść Witek bo ucichło siorbanie, pochwalony przez p. Marię która z kieszeni wyciągnęła, garść cukierków w papierkach po jednym na każdego nie trzeba było nas zachęcać do ich zjedzenia. Tymi samymi drzwiami którymi wchodziliśmy teraz wychodzimy-otwierają się i zamykają zarówno w jedną jak i drugą stronę, podreptaliśmy na parter do pokoju p. Falkowskiej, tam powiedziała że mamy do niej przychodzić ze wszystkimi problemami. Zaczęła coś mówić o doktorze Januszu Korczaku patronie tego domu którego zdjęcie wisiało na ścianie obok orła i łysego faceta. Łysy dziadek z brodą nie był jej mężem ale lekarzem, Pisarzem i nauczycielem dzieci żydowskich które w tym domu mieszkały przed wojną i razem zakończyły życie to znaczy zginęły w obozie koncentracyjnym. A ten łysy to jego brat odezwał się Czesiek-dumny z pytania, starsza pani śmiejąc    się kiwała głowa przecząco-mówiąc że jest to najważniejsza głowa w państwie i nazywa się Władysław Gomułka. Ktoś zapukał i weszła młoda ale otyła kobieta uśmiechnięta urzędowo, p. Maria powiedziała nam że od dziś będzie to nasza wychowawczyni i nauczycielka. Skoro ja mam być matką ona zasługuje by zostać ciocią. Przywitała się mówiąc że nazywa się Halina Tarnacka i jest wspólnie z panem Januszem, wychowawczynią II grupy chłopców i razem z nim pracuje na zmiany. Pokaże nam teraz gdzie będziemy spali, bawili a reszty będziemy musieli nauczyć się pod opieką starszych kolegów. Starsza pani Maria uśmiechnięta machała ręką, żegnała się z nami zza biurka aż ostatni zamknął drzwi. Weźmiecie teraz swoje klamoty, spojrzała na zabawki-mówiąc niedużo tego macie? bo nam wszystkiego nie dali kiedy po śniadaniu kazali wsiadać do samochodu odrzekł jej Witek; uchylała kolejno drzwi puszczając nas przodem. Przez podobne jak w jadalni drewniane wysokie drzwi bez klamki, pchając na samym środku dwie części na raz weszliśmy na dużą salę. Była ogromna i z dwoma balkonami, nad drzwiami były płyty gipsowe pokazujące różne sceny z życia na wsi. Stojąc na środku sali po prawej była scena na której jak się domyślaliśmy występują dzieci, po lewej zaś w ścianie były cztery kwadratowe dziury. Tędy będą nas podglądać by wiedzieć kto broi i brzydko mówi powiedział Czesiek, roztropnie czekając na potwierdzenie p. Halinki. Ale ta odrzekła że te otwory służą do wyświetlania filmów dla dzieci a teraz jest tam magazynek przyborów szkolnych, oczywiście że dla wszystkich grup i że ona właśnie za niego odpowiada. Dumnie podniosła głowę -ale nikt tego nie zauważył bo zadzieraliśmy w górę głowy to na sufit i boczne balkony. Widząc to rzekła, to pomieszczenie oszklone obok balkonu to biblioteka; w której dzieci też oglądają telewizję i w tym tylko pokoju jest odbiornik czarno –biały. Kiwaliśmy głowami jakbyśmy wiedzieli o co chodzi-skąd mogła wiedzieć że w miejscu dotychczasowego pobytu nie było telewizji. Koło sceny pod oknami stały dwie niskie drewniane ławeczki -chyba na ploty dla dziewczyn powiedział Witek- nie!- powiedziała pani Halinka-to sala sportowa. Na niej dzieci grają w różne sporty, choćby piłka nożna -ping-pong, czy zośka; są też prowadzone zajęcia tańca a jak przychodzą świąteczne dni wszystkie grupy biorą udział w konkursach no i łatwo wszystkich powiadomić o sprawach domu, a na ławeczkach raczej chłopcy zostawiają swe rzeczy kiedy się bawią, czy bawią się w te ich sporty. Później dowiecie się wszystkiego, powoli na wprost, przez kolejne uchylne drzwi wchodzimy na klatkę schodową, wejdziemy na drugie piętro do królestwa chłopców. Na pierwszym piętrze były znowu małe uchylne otwierane w obie strony drzwi, prowadzące na widziane wcześniej dwa balkony-te minęliśmy. Z drugiej strony budynku także nie było widać krat na żadnym poziomie. W domu u sióstr tłumaczono nam, że kraty w oknach są po to, by nie wypadło przez nieuwagę żadne małe dziecko czyli -dla naszego więc bezpieczeństwa. Wreszcie skończyły się schody, no chłopcy usłyszeliśmy na tych drzwiach są takie trójkątne znaczki, czyli coś na co pewnie bardzo czekacie po waszej podróży. Te trójkąciki na drzwiach po obu stronach to znaki że toalety są dla chłopców po lewej dla naszej grupy a po prawej dla trzeciej, czekam na was jak załatwicie swoje potrzeby w pokoju po lewej stronie, pokazała nam palcem gdzie, i poszła. Kiedy weszliśmy tam razem wiedzieliśmy dlaczego nas opuściła, były tam dwie kabiny z kibelkami a przy wejściu dwa pisuary; do robienia siusiu na stojąco, oraz dwie umywalki do mycia rąk przed opuszczeniem kibla. I jak to w takich wypadkach wszystkim zachciało się na raz sikać Witek który nie załapał się na miejscówkę, i obrażony poszedł do toalety trzeciej grupy. Następnie piliśmy zimną wodę, na zmianę aż ugasiliśmy pragnienie, naprawdę była smaczna, nie obyło się oczywiście bez chlapania i żartów w czasie picia. Gdy wychodziliśmy byliśmy wszyscy pooblewani wodą, no oczywiście prócz Witka. Ruszając pod wskazane drzwi-  usłyszeliśmy z głębi pokoju słowa, czekam na was. Zawsze to samo rzekła patrząc na nas, chłopcy już się nie zmienią powiedziała a to robota tego kto jest suchy –no jasne staraliśmy się ją przekrzyczeć a czyja by inna. Zmusił nas do picia wody i jeszcze się śmiał. Wyszła z Sali na chwilę lecz kiedy wróciła paluszkiem pokiwała na Witusia zapraszając do wyjścia, wróciła bez niego tłumacząc-że skoro nam dokuczał niech teraz po zabawie posprząta. W dużej sypialni drugiej grupy było dwanaście metalowych łóżek, obok każdego stała drewniana szafka z szufladką na osobiste rzeczy. Łóżka stały w dwóch rzędach po sześć w rzędzie były już pościelone białą pościelą i przykryte szarymi kocykami. Czy możemy spać obok siebie zapytał Cygan p. Halinkę, zawsze spaliśmy obok siebie; -znają się nasi rodzice! pokiwała na znak głową kiedy zrobił błagalną szelmowską minę. Tamte dwa miejsca koło balkonu są wolne rzekła pokazując palcem, w nich  rozłóżcie cały wasz majątek. Nie są one za duże ale za to pojemne. Wyszła mówiąc że zaraz do nas wróci. Ciekawy jestem jacy są inni mieszkańcy, wypowiedziałem słowa na głos, kładąc się na kocu. Chalina nam powiedziała że zaraz ich poznamy a wyszła bo usłyszała wrzawę na korytarzu -odrzekł Wojtek. Który spanie wybrał obok Witka, który wszedł mówiąc żeśmy go wkopali. Musiał ścierką wytrzeć to cośmy pozostawili podczas gaszenia pragnienia i drugim razem sam się pochlapie bo odstał od stada. Za drzwiami słychać było epitety wychowawczyni, faktycznie kogoś opieprzała wyganiając do łazienki. Może i tak wyglądają odpowiedział z uśmiechem Czesiek machając ręką, mamy kilka minut wolnego chodźmy na balkon zobaczymy jakie są widoki. Odsunął firankę i klamką do dołu otworzył wysokie podwójne drzwi na całą szerokość i zagwizdał z wrażenia-wołając kiwał ręką byśmy i my to zobaczyli. Trzymając się balustrady, stawaliśmy na palcach by lepiej widzieć widok zza balustrady choć przez metalowe pręty też był dobry widok, obok kościoła wzdłuż ulicy stało kilka trzy piętrowych kamieniczek. Za kościołem rosną orzechy pokazywał palcem Witek, a tam sklep ze słodyczami- pokazywał Garbus, mylisz się to warzywniak powiedział Cygan, ale na pewno są tam cukierki. Stasiek? zwrócił się do mnie Witek, widzisz ten duży dom z literami i zegarem na dachu co tam jest napisane PDT, a którą pokazuje godzinę-nie wiem bo nie znam krzyżyków i pałeczek przed i po, znam za to normalny zegarek gdzie są cyfry od jednego do dwunastu. Według mnie jest godzina pierwsza pięćdziesiąt plus 12 godzin odliczałem na palcach, by w końcu powiedzieć że jest trzynasta pięćdziesiąt. A tam widzicie jedzie mały pociąg, palcem pokazałem na tory po których jechało coś czerwonego- przy tym PDT -za nim też zniknął, to była nowa bezkonna elektryczna dorożka sugerował Wojtek. Przez chwilę milczeliśmy, każdy oglądał po swojemu. Balkon był usytuowany pomiędzy dwoma ścianami naszego domu, w narożniku- pomieścił nas wszystkich. Plujemy na taras będący pod nami Tą głupią zabawę mógł tylko wymyślić Czesiek, nieraz siadał i pluł bezmyślnie przed siebie ambitnie zakończył -kto ostatni trafi na balkon ten ciamajda. Przykładaliśmy się wiec wszyscy by trafić. Tadek rzekł –dobrze że byliśmy w kiblu, bo inaczej to byśmy sikali do celu. Na półpiętro prowadziły schody, musiały stać kiedyś obok muru- gdyż tylko z lewej strony wchodząc była poręcz, z drugiej zaś wolna przestrzeń grożąca wypadkiem. Cały teren domu był ogrodzony siatką z drutu, a na pewno w oglądanej przez nas tylnej stronie. Chodźcie chłopcy? rzekła pani Halinka która pojawiła się za nami jak duch, pokażę gdzie będziecie się uczyć bo szkoła już za dwa dni. Wyszliśmy z pokoju jak kumple uśmiechnięci z rękami na barkach, zaglądając do mniejszej-drugiej sypialni naszej grupy gdzie i czystości stało tylko osiem takich samych łóżek jak nasze. Z tego pomieszczenia też było wyjście na balkon, ale widoki z niego były takie sobie, rozpoczęta budowa osiedla mieszkaniowego a w perspektywie duże skrzyżowanie ulic po środku zaś tory na małe pociągi które nazywają się tramwaje dorzuciła za naszymi plecami Halina. Zaraz za małą sypialnią po tej samej stronie jest sala do nauki- nazywana uczelnią. W której stało dziesięć stołów dwuosobowych, na metalowych nogach; ustawionych w literę U 4x4x2. Przy każdym dwa krzesła, pod blatem było miejsce na książki i zeszyty. Po środku biurko dla wychowawcy, na wprost niego po przeciwnej stronie wisiała czarna duża szkolna tablica. Po lewej stronie od drzwi stał regał, na nim grube książki oraz gazety; kto to wie co zawierają? później wiedzieliśmy że to encyklopedie i słowniki i atlasy. Na trzech oknach stały kwiatki na parapetach, w oknach wisiały białe firanki jak w domach. Obok drzwi stały dwie duże szafy-z zapasem ubrań na kilka dni dla naszej grupy. W uczelni też nie było w oknach krat, o takich domach dla trudnych dzieci siostry opowiadały że to poprawczak że niby jak nazwa wskazuje miały się poprawić. To ma być teraz nasz dom, na dobre i złe. Choć coś tam błądziło w myślach jakieś prześwity, dzieci bawiące się na podwórku od rana do wieczora. Wędrówki do dziadka i babci gdy tata był w pracy, dziadek miał swój warsztat na ul. Ogrodowej 55. gdzie robił meble był dobrym stolarzem przedwojennym i żołnierzem Armii Krajowej brał udział w powstaniu. W stopniu plutonowego ps. Szafa. Często słuchaliśmy nie tylko podczas świąt jego opowieści o tamtych czasach i problemach powojennych gdy nastała nowa władza Ludowa. Wiesz że ja mam jeszcze siostrę starszą o rok powiedziałem spuszczając głowę, pamiętam jak całe dnie bawiłem się z nią przed domem ma na imię Małgośka. Pilnowani przez babkę Sowińską wołającą nas na czas posiłków, a mieszkała na pierwszym piętrze nad warsztatem dziadka. Ją też zabrali rozdzielając brata z siostrą, jak kiedyś się znów znajdziemy kim dla siebie będziemy czy będę ja kochał. Ja też mam dwóch braci i młodsza siostrę Izę i tak jak ty wiem że oni gdzieś są-coś się musiało stać że jesteśmy już razem kilka lat. Jest Tadziku takie powiedzenie że „Wierny przyjaciel jest lepszy od bliskiego krewnego” jesteś teraz mi bratem a nawet więcej bo przyjacielem. Drugie mądre przysłowie mówi Że ,,Niewiele się straciło jeśli jeszcze pozostał honor” my go mamy we krwi, pomagamy sobie wspieramy, nie pozwalamy mniejszym robić krzywdy i dzielimy się tym co mamy, co wspólnie załatwimy nie jesteśmy lizusami ani kablami. A i jak trzeba potrafimy policzyć łobuzowi zęby a co najważniejsze rozumiemy się bez słów. W uczelni zajęliśmy ławki obok siebie, oglądając gazety Świerszczyki, Świat Młodych. No i oczywiście coś pisaliśmy na tablicy kredą choć były to kulfony i do niczego nie podobne gryzmoły. Kolejno po jednym po dwóch wchodzili kolejno chłopaki z drugiej grupy, podając nam rękę zostali nam przedstawieni .1)Mirek Walczak ——–9 lat   PS .Dziadek vel .Judasz

2)Bogdan Stańko ——–10 lat  PS . Orbitowiec  vel . Kosmonauta .

3)Marek Tamborski —-11 lat   PS .Słoń   vel. Mamut

4)Zbyszek Marecki ——9 lat   PS . Otrząchajło  vel .Blondas

5)Marek  Lubtak ———8 lat   PS .Czajnik .

6)Romek Tarajda———7lat    P.S Mięśniak.

7)Darek  Lubtak ——–6 lat   PS .Lizak

8)Krzysio  Orluta  —–6 lat   PS .Paraliż

9)Darek  Stoczewski —6 lat   PS  Filuter

10)Czarek Parkot – ——-7 lat   PS .  Messerszmit

11) Zdzisio Bąk  ———6 lat     ps. Bzyk

12)Marek Książek ———7 lat   PS . Księciunio

Oraz nasza piątka

13) Stasio Kwiatkowski–7 lat   PS .Kwiatek ,Dowódca

14) Tadzio Małecki——-7 lat   PS .Cygan . Diabeł

15) Witek Mikołajczyk—7 lat   PS .Vistuła ,Farmazon

16) Wojtek Zawadzki—–7 lat   PS .Policjant ,Kacap, Hitler

17)Czesio Bieliński——–7 lat   PS .Wielbłąd , Garbus

Było więc Nas na razie 17-stu ktoś ma niedługo jeszcze dobić ale nic pewnego,  ciekawie i pewnie wodziliśmy wzrokiem po sobie. No dobrze Halina przerwała te obserwacje zajmijcie swoje miejsca chwilkę uzgodnimy najważniejsze grupowe, bieżące sprawy potem macie wolne aż do dobranocki. Powiedziała już drugi raz komprende co znaczyło czy wszystko jest jasne. Wszyscy kiwali głowami patrząc na siebie -czyniliśmy więc to samo co grupa, chcąca wyjść jak najszybciej na podwórko. Jak widzicie powiększyła  się nam grupa o tę piątkę rówieśników trzeba ich będzie wprowadzić w tok codziennych zajęć, najmłodsi chodzą spać zaraz po dobranocce, starsi troszkę później o 21. Naszej grupie przypadły do sprzątania następujące pomieszczenia.

a)duża sypialnia—-2-osoby.

b)mała sypialnia—-2-osoby.

c)korytarz———–2-osoby

d)uczelnia————2-osoby

e)klatka schodowa–2-osoby.

f)toaleta————–2-osoby.

g)jadalnia————2-osoby.

h)komisja————2-osoby.

i)łazienka————1-osoba.

 

Po uzgodnieniu planu zajęć na najbliższy miesiąc rozeszliśmy się mając czas do wieczora wolny. Dowiedziałem się że dyżury zmienia się co miesiąc, oraz które są słabe to znaczy. pracochłonne gdzie-punktacja jest mała, a które do zniesienia i wykonuje  się je z przyjemnością. Za punkty nagrodą były pochwały czyli wpisy na liście Pochwał, widać je było z daleka na specjalnej płycie wiszącej na ścianie i przypiętej do niej szpilkami.  Była też lista z napisem Nagany, na której wpisy mogli robić tylko wychowawcy np. za pyskowanie wychowawcy, za niewykonanie polecenia, za użycie brzydkich słów, za wagary, nieodrobione lekcje itd. itp. Dla wychowanków którzy mieli więcej pochwał niż upomnień przyznawano nagrodę czyli kieszonkowe -raz w miesiącu. Była to kwota pięć lub dziesięć złotych, rzadko piętnaście ale ktoś mógł jej nie dostać bo wyjątkowo miał dużo uwag, wtedy kwota jemu należna przechodziła na tych którzy mieli więcej pochwał. Sponsorem tych nagród była firma Transped opiekująca się całorocznie naszym domem, była ona organizatorem wyjazdów na wycieczki, a także sponsorem mieszkań dla już pełnoletnich usamodzielniających się wychowanków którzy opuszczali mury domu. Przeszliśmy szybkie szkolenie obsługi działania szczotki, jak nią poruszać oraz jak sobie radzić samemu z szufelką bez podmiatania kolegom pod łóżka, czy pod szafy. Potem wycieranie kurzy w miejscu naszego dyżuru, resztę instrukcji przekaże wam kolega- który wami będzie się opiekował w danym pomieszczeniu. Wszystko jasne! nie ma pytań? idźcie teraz się pobawić na podwórko-a wam zwróciła się do starszych zabiorę piłkę jak znów się uświnicie pokiwała palcem, sio sio sio wypchnęła nas na korytarz. Ostatni wolno rozglądając się schodziliśmy sami powoli znaną nam drogą-tym razem sami. Najpierw zaliczyliśmy balkony, raz na jeden raz na drugi -szukaliśmy niewiadomo czego. Drzwi pomieszczenia z książkami były jeszcze zamknięte, zeszliśmy więc na dużą salę. Na ścianach w gablotach były stare zdjęcia z doktorem Korczakiem wykonane za jego życia, oglądaliśmy je powoli idąc wzdłuż ścian. Bardzo dokładnie i coś nam nie pasowało i nie wiemy czego sami szukamy, niby ten sam dom a jednak inny. Zaglądaliśmy przez dziurki w każde drzwi tak z ciekawości, może ktoś w czasie wojny coś zostawił i do tej pory nikt jeszcze nie znalazł klucza. Pytania się powtarzały – widzisz coś, daj popatrzeć, zobacz czy otwarte pomysłów mieliśmy co niemiara. Na scenie były dwa filary- opukaliśmy je szukając tajnego przejścia, nic nie stwierdziliśmy. Kilka osób mogłoby się ukryć w takim słupie powiedział Czesiek pukając po swojemu pięścią, w głowę się puknij tylko uważaj żeby ci rozum nie wyskoczył gdy zobaczyłem że małpuje po nas wykonane wcześniej czynności. A jak będziesz stukał się w łeb to delikatnie bo jest na pewno pusty i odpowie ci echo rzekł Tadek-a i trociny mogą się wysypać dopowiedział Vistuła. Obrażony zszedł ze sceny z głową zadartą do góry patrzył chwilkę na sufit powiedział-będzie z 10 metrów wysokości, nikt nie podchwycił tematu o suficie skierowaliśmy się więc do wyjścia. Na całym terenie widać było dzieci jak my bawiące się w grupkach po swojemu, usiedliśmy na ławce koło drzewa kasztanowego obok murka a przy śmietniku, chcąc widzieć dom. Widzicie sam dom jest podobny do tego na zdjęciach ale w części gdzie jest dach było duże półokrągłe okno ? i co zniknęło rozpłynęło się rzekł Policjant, nie Wojtusiu w przyrodzie ,,nic nie ginie tylko zmienia właściciela‘’ widzieliście ruiny domu po wojnie? Ja tak-na kilku zdjęciach widać kupę gruzu to był ten dom, tak wyglądała cała stolica. Wniosek prosty  dom został odbudowany w wersji, bez upiększeń i najłatwiejszej by jak najszybciej mógł służyć znów potrzebującym dzieciom. A nad sceną w dużej sali był większy balkon i też go nie ma dorzucił Vistuła -może wyparował. Może Czesiek widocznie coś zauważył tak dokładnie oglądał niedawno sufit poczułem szturchnięcie Cygana i jego mrugnięcie okiem zachęcające mnie bym ponabijał się z Wielbłąda. Spytajcie się kto jest w domu najdłużej a będziecie wiedzieli w którym roku oddano dom dzieciom, myślę że nie dłużej niż kilka lat -może siedem. Inaczej zamiast przebywać u zakonnic w Zbójnej Górze z tego domu co dzień chodzilibyśmy do przedszkola. Są przecież w grupie młodsi od nas, chodźmy zwiedzić teren rzekł Cygan pierwszy wstając. Szliśmy wolno od bramy wzdłuż ulicy Krochmalnej do Karolkowej. Ogrodzenie było solidne, półmetrowy mur z wpuszczonymi metalowymi słupkami, łączącymi prostokątne elementy ceowniki wyłożone metalową i wspawaną siatką tworzącą kwadraty-dobre do przechodzenia przez płot –usłyszałem słowa Wojtka potem acha wszystkich idących. Przy ulicy wzdłuż Karolkowej równolegle do kościoła było dalsza część takiego ogrodzenia. gdzieś w połowie ogrodzenie zmieniało się przechodząc w normalną zamocowaną do słupków metalową siatką która kończyła się za kioskiem ruchu i drewnianym warzywniakiem w którym były tez napoje potem ciągnęła się aż do wysokiego murku który kończył teren Domu Dziecka. Murek około dwumetrowy ciągnął się aż do Krochmalnej, można było po nim swobodnie chodzić był szeroki ok. 40 cm. Rosły przy nim cztery drzewa na które bez problemu można się było dostać koło śmietnika bezpiecznym wejściem po cegłach. Drzewa te i murek były ulubionym miejscem zabaw dzieci w berka, a zasadą zabawy jest niedotykanie nogami ziemi. Kto nie pamiętał skoków z murka dwa metry nad ziemią, skakania z gałęzi na gałąź czy przechodzenia po linie łączącej dwa drzewa trzymając się jej tylko rękami, te zabawy były oczywiście wspólne z dziewczynami one były tak samo wysportowane jak my. Z murku przy domu nad kuchnią -można było po gzymsie przejść na balkon grupy czwartej, a po nim po kratach w oknach kuchennych zejść na stojące przy wejściu ławeczki parkowe jak też wejść na daszek nad drzwiami z którego można było widzieć pracujące w biurze pracownice domu. Na terenie przeznaczonym do zabaw w części parkowej, była bieżnia wysypana czerwoną zmieloną cegłą do uprawiania sportów lekkoatletycznych -rozpoczynała się w części centralnej klombem przed domem. W środku bieżni były piaskownice i dwa sportowe boiska, do siatkówki oraz do koszykówki. Na jego poboczu stały metalowe drabinki oraz huśtawki przy ulicy do akrobacji napowietrznej. Bo to co na nich niektórzy wyczyniali nadawało się do programu cyrkowego na przykład, pełne obroty co 360 stopni- lub zeskoki kto dalej poszybuje po wyskoczeniu z siedzenia. Był oczywiście zaznaczony rekord  i każdy kolejny musiał mieć dwóch świadków poświadczających wiarygodność takiego faktu. Technika takiego skoku była oczywiście wypracowywana latami, zawsze było kilku chętnych do jego pobicia. Często przy zbyt późnym opuszczeniu huśtawki, można było poszybować w górę lądując najczęściej na czterech kończynach. Takie skoki kończyły się najczęściej trudnymi upadkami, siniakami nawet zwichnięciami, obrażenia można by było długo wymieniać. Leczone czasami tygodniami, zanim podjęło się kolejną ryzykowną próbę poprzedzoną kilkoma skokami niskiego lotu. Obok domu było gruzowisko tu miało w przyszłości powstać boisko do gry w piłkę nożną, ze śladami zburzonej w czasie wojny fabryki sztućcy, widoczne były podpiwniczenia nie do końca zasypane. Można było znaleźć wycięte na prasach łyżki, widelce i noże porozrzucane po całym terenie. W tej części rosło tylko jedno, duże rozłożyste liściaste drzewo dające dużo cienia. Ale coś nam nie pasowało patrząc na dom z jego bocznej strony. Dom sierot musiał dolegać do innego domu, widać to było na cegłach które wyraźnie do pierwszego pietra były zabrudzone smołą o takim kształcie. Zaś kształt dachu a i schodki w tylnej części domu miały poręcz tylko z jednej lewej strony, z drugiej musiały dolegać do innego domu lub stać przy murze oddzielającym posesje. Wszystko więc wskazuje że od tylnej strony były dwa wejścia którymi można się było dostać do domu. Weszliśmy oczywiście razem na balkonik, opluwany przez nas niedawno. Widać z niego było przez okno dużą salę, gdyby okno było otwarte można było wejść i wyjść przy zachowaniu ostrożności. Drzwi obite blachą były oczywiście zamknięte, kolejno zaglądaliśmy przez dziurkę od klucza chcąc wypatrzyć coś ciekawego. Jednak ciemności tam panujące zmusiły nas do zaprzestania dalszego wścibiania nosa, opuszczaliśmy więc lokal podchodząc do kolejnych okratowanych okien. Były to okna stołówki, kolejne dwa pokoiki to dwie małe zmywalnie naczyń. Pośrodku domu było wyjście albo i wejście, drzwi z tej strony były najczęściej zamknięte żeby wejść lub wyjść należało otworzyć zamki wewnątrz domu. Dla utrudnienia trzeba był przejść przez korytarzyk i otworzyć drugie takie same masywne drzwi najczęściej na co dzień były zamknięte. Przejęte na magazynek z wiaderkami i szczotkami przez panie kucharki. Kilka metrów dalej pomieszczenie w którym -śmierdziało drzewem i moczem. Dawniej musiał być tu składzik z drewnem do rozpalania w piecu dla palarni przydomowej, obecnie było to puste miejsce mocno zaśmiecone petami ze śladami sikania na murek przez tych którzy nie zdążył za swoją potrzebą do domu. Potem były okna pralni i podwójne okno kotłowni, bardzo brudne od pyłu węglowego przez które widoczne były dwa duże bojlery na wodę dla całego domu. Pod naszymi nogami była metalowa krata do wrzucania węgla który do kotłowni po dostawie wrzucany był przez palacza by nikt go nie ukradł w nocy-najczęściej najstarsi wychowankowie pomagali mu w tej czynności dostając w nagrodę słodycze i napoje. W rogu domu było zamknięcie przelotowego pasażu. Były to duże drzwi dwuczęściowe drzwi zamknięte na skobel a ten z kolei na masywną kłódkę. W pasażu przechowywano wszelkie narzędzia ogrodnicze, taczki, urzędował w nim dozorca domu który prócz mioteł naprawiał w domu wszelką stolarkę i miał tam swój warsztacik. Można było wejść do pasażu przez kuchnię, zaś nie można było odwrotnie-bowiem zamek był tylko z jednej strony. W pasażu zaraz przy wejściu od frontu była metalowa gruba klapa około 40/40 cm; przykrywająca magazynek z ziemniakami. Była to rezerwa która starczała na dłuższy czas dla całego domu, nawet kilka miesięcy -oczywiście uzupełniana w miarę ubywania, nigdy ich nie zabrakło. Do domu nie można było wejść przez zsyp, był zawsze zamknięty od strony kuchni. Reasumując wszystkie okna na parterze naokoło domu były dobrze zabezpieczone przed potencjonalnymi przybyszami kutymi grubymi prętami wpuszczonymi w mur. Z rękami w kieszeniach i głowami wysoko zadartymi, oglądaliśmy miejsce który na lata ma zastąpić nam dom. Rozpoznawaliśmy już okna naszej uczelni, balkon małej i dużej sypialni okna toalet. Powoli wracaliśmy patrząc przy drzewie kolejny raz na dom, z tej strony było w murze, tylko jedno okienko i to małe nikt nie znał jego ani położenia ani przeznaczenia. Cegła od poziomu piętra pierwszego była różnoraka to znaczy niejednolita, co znaczyło że na odbudowę domu dojechała z jakiegoś niemieckiego domu rozebranego na ziemiach odzyskanych w akcji ogólnopolskiej cały naród odbudowuje zniszczoną przez Niemców stolicę. Szliśmy w stronę boisk na których kopali piłkę starsi obu grup, wiedzieliśmy że nie dopuszczą nas do gry. Nawet nie znaliśmy zasad tej zabawy, zauważyliśmy że trzeba biegać za piłką i mocno kopać w tego kto stał na bramce by nie zdążył wybić lub złapać piłki, wtedy nazywało się to zdobyciem bramki. Udaliśmy się na drabinki siadając na metalowych szczeblach, patrząc jak jedni rzucają piłka do metalowej obręczy, inni uderzają ją rękami żeby mocno przerzucić przez siatkę w obu grach zespoły były mieszane chłopcy z dziewczynami. Tylko w kopaną piłkę brali udział sami chłopcy. Patrząc  dłuższy czas staraliśmy się zrozumieć o co chodzi w tych grach, kiedy Witek powiedział –że nie zawsze tak będzie, inni kiwali na znak aprobaty. Tadek rzekł- że będziemy ją kopali nogą kto wyżej kopnie a nawet kto kopnie przez dom na druga stronę, Czesiek z uśmiechem rzucił, że może od razu zrobimy zawody kto więcej szyb w oknach wybije. Masz rację odrzekłem lepiej kopać od strony gdzie jest jedno okienko tylko gdzie szukać wtedy piłki jak w nie trafimy. Jak już ją będziemy mieli- bez łaski sami ze sobą będziemy nią grać, od rana do wieczora. Dało się słychać zewsząd ychy! ,no!, a jak!, pewnie!. Mamy już nawet dwie drużyny powiedziałem że gram z Cyganem przeciw policjantowi i Vistule a słoniowaty Wielbłąd stoi na bramce. Musiałem to mieć we krwi bo pierwszy napomknąłem o skarbach które mogą być ukryte tutaj w tym domu, jednak coś przerwało ciekawy temat, poczuliśmy słodki zapach. Widząc że dymek unosi się koło bramy, tam się udaliśmy. Podbiegł do nas Dziadek chłopak z naszej grupy- uśmiechając się z ironią powiedział; chciałoby się zjeść sucharka lub świeżą bułeczkę z piekarni co?- no pewnie! odpowiedział Wielbłąd. Czasami przyniosą przed niedzielą skrzyneczkę wypieków których nie sprzedadzą do soboty wtedy dyżurny wychowawca rozdaje dzieciom będącym akurat najbliżej, czyli wszystkim do jej opróżnienia. A skoro część dzieci na soboto -niedziele ma zgodę na odwiedzanie swoich rodzin, słodkości może starczyć dla wszystkich. A wtedy niebo w gębie, wszystko smakuje! żadnych grymasów nawet okruszki będą zjedzone, kto nie chce nie musi jeść. Kiedy zakończył swój wywód przez chwilę panowała cisza, wreszcie przerwał ją Wojtek. A jaki dziś dzień- piątek rzekł Dziadek, bo tak zwracali się do niego -nowo poznani przez nas koledzy. Więc nie ma co ślęczeć pod bramą skoro tylko w popołudniowe soboty dostarczają ale pachnie zachęcająco-zakręcamy spowrotem i obok grających koszykarzy wracamy na wcześniej opuszczone miejsce. Mały wydał się nam podejrzany kiedy dołączył do nas nie pytając o akceptację, tak ni z gruszki ni z pietruszki odwrócił się i wskazując ręką mówiąc-oglądaliście to drzewo koło drabinek, to najstarszy dąb w Warszawie wiecie ile on widział. Przetrwał wojnę i powstanie, chodźmy i razem poszukajmy śladów z II wojny skoro to was interesuje. Nie trzeba było nas do tej czynności zachęcać razem udaliśmy się więc w jego pobliże oglądając pień czy nikt nie zostawił na nim przed laty jakiejś wskazówki. Spoglądaliśmy wysoko po gałęziach czy nic na nich nie wisi, podobno wszystko po powstaniu warszawskim było zniszczone– Czesiek go zripostował skoro wszystko to i tego drzewa nie powinno być, chyba logicznie myślę kiwaliśmy głowami że się z tym całkowicie zgadzamy a jak mógł tyle widzieć skoro nie ma oczu. Ech Czesiu to tylko taka przenośnia tak się tylko mówi, bo tyle się działo a on dalej stoi pewnie nie jeden odłamek w niego trafił, nie zobaczymy tego bo nie można na nie wejść bez drabiny jest za gruby nie wiem czy we trzech byśmy go objęli zakończył Tadek. Dąb stoi na małym wzniesieniu może pod nim jest bunkier powiedziałem, ty Stachu to wszędzie widzisz tajemnicze obiekty– odpowiedział niezadowolony Walczak, ale byśmy zostali bogatymi ludźmi gdybyśmy znaleźli taką schowaną w czasie wojny kasę- odpowiedziałem. Zaraz by nam ją pewnie zabrali, bo ta papla by wszystkim wygadała szepnąłem Policjantowi do ucha pokazując na Walczaka. Wojtek był zawsze bezpośredni więc na głos powiedział i ty byś nas pierwszy zdradził! Co wy ja nigdy jeszcze nikogo nie wydałem- Vistuła machnął ręką, czy kiedykolwiek złodziej powie że jest złodziejem też będzie zaprzeczał. Ale niedaleko stąd było Getto a teren na którym teraz jesteśmy przed wojną wykupiła gmina żydowska- pod budowę domu dla sierot. Kto wie co oni tutaj zbudowali i ukryli w ziemi zanim ich tam zapędzili, podobno teren i budowa domu pochłonęła milion rubli? -nie dawał za wygraną Walczak. No to myślisz że staniesz przed drzewem powiesz hokus pokus na marokus wtedy otworzą się magiczne wrota i ujrzysz to co mieli cennego do schowania, akurat tutaj pod dębem przygasił go Tadek. Poza tym dom był budowany dla biednych dzieci a nie na żydowski bank. Ale nie powiecie że nie mieliby co chować bronił tego co wcześniej powiedział! to byli urodzeni handlarze lekarze, muzycy, prawnicy można by było długo wymieniać zawody wykonywane przez żydowskie społeczeństwo Warszawy w samej stolicy było ich aż 400tysięcy. Słowa które wyrzekł zrobiły na nas piorunujące wrażenie, coś wiedział bo się dowiedział lub nauczył tego w szkole, rzekłem do kolegów. Tyś chyba nic nie zrozumiał z nauki, Żydzi to tylko ludzie innej wiary ale wszyscy byli Polakami tu urodzonymi tak samo walczący w wojnie obronnej w której składali tak jak inni najwyższe ofiary ze swojego życia. A tata mój w czasie wojny był granatowym policjantem i wcale to nie oznacza że był Niemcem, powiedział szeptem Wojtek zwany Policjantem. O czym wszyscy od dawna wiedzieliśmy, a wiedząc jak bardzo kocha ojca nazywaliśmy go nie inaczej tylko właśnie od zawodu który przyszło mu wykonywać. I co nie kropnęli go nasi partyzanci z AK odpowiedział złośliwie Dziadek, zaraz twoi? bronił się podenerwowany nasz kolega; pomyśl chwilę zanim palniesz coś głupiego jemu kazali wstąpić a nawet dostał rozkaz, nie miał żadnego wyboru. Miał ostrzegać przed akcjami niemieckimi przeciw Polakom oraz patrzyć innym policjantom na ręce czy nie są za bardzo nadgorliwi w służbie okupanta. Dane najbrutalniejszych tzn. adresy ich zamieszkania przekazywał w raportach, i albo częściej rozbrajano delikwenta albo jeśli i to nie pomagało dostawał kaesa, tu dobitnie pokazał dwoma palcami na swoje czoło. On już przed wojną był policjantem kryminalnym co nie dawał żyć złodziejom, zboczeńcom czy bandytom; a także przeciwnikom władzy czyli komunistom. A te czerwone świnie?– teraz nie dają mu żyć. Wiedzą że w czasie wojny ukrywał dwa lata moją matkę w której się zakochał i którą była żydówką potem walczyli w powstaniu i przeżyli. Dopiero po wojnie wzięli ślub- długo czekali na moje narodziny, żyli z oszczędności i pomocy rodziny. Miał wilczy bilet nie mógł nigdzie znaleźć pracy a za granicę jak inni nie chciał jechać bo tu się urodził, mieszkał miał rodzinę i groby. Ale niestety! -przerwał wycierając rękawem oczy mama zmarła przy porodzie. Ojczulek kochał ją bardzo i z pomocą ciotek i sióstr jakoś dawał sobie radę w moim wychowaniu. Nie brakło w domu jedzenia, ale przyszedł czas pójścia do szkoły władza uznała że nie da rady wychować dziecka, mimo że wtedy ojciec nie pił- oni jednak uznali skoro nie pracuje jest niebieskim ptakiem. Gdyby się jeszcze raz ożenił może by odpuścili. Pewnego dnia do domu zawitała Milicja Obywatelska i tak jak cała nasza piątka znalazłem się u zakonnic, ojciec miał nakazane siedzieć cicho inaczej wsadzą go do –sami wiecie gdzie. A teraz jestem z wami tutaj –zamilkł i po chwili dodał. Może kiedyś wam opowiem jak go szykanowali, chcieli by dalej wykonywał swą pracę ale nie ma nic za darmo miał wszystko wyśpiewać, to znaczy zdradzić kolegów i wszystko co wie o tych co mogą obalić władzę – wybrał godność i honor ale nie jest łatwo tym się najeść i dalej żyć. Przez te problemy często sięgał do kieliszka nie to żeby się upijał; niepotrzebnie zaczął pić, ale wiem że na swój sposób mnie kocha i obiecał mnie odwiedzać, wiem że mnie znajdzie a przez wódę najczęściej ma kłopoty, wtedy nawet ludzie się z niego śmieją; rozmawiam a raczej rozmawiałem by się nie dał, by walczył bo ma mnie a ja już swoje wiem. Poklepałem Wojtka po ramieniu mówiąc mu mądre przysłowie ,,O tym co jest zdradą decyduje historia” on mi zaś odrzekł powiedzeniem swojego ojca ,,Wroga którego zlekceważysz uczynisz przez niedbalstwo silniejszym” pokiwałem głowa że się z tym zgadzam choć w pierwszej chwili nie zrozumiałem głębokiego przekazu w nim zawartego. By poprawić nastrój rzekłem że mój dziadek też był a AK w stopniu plutonowego, a wiecie kto rządzi w wojsku taki np. Adolfek Hitlerek w pierwszej wojnie był tylko kapralem a jak mało zabrakło żeby zawojował świat –ech Kwiatku na jakim ty świecie żyjesz, bez generałów mógłby on zostać tylko szarym malarzyną odpowiedział Cygan. Na swoich obrazach nie potrafił pędzlem namalować zwykłego człowieka, dlatego nie dostał się na studia. Powinien więc zająć się malowaniem ścian na biało to nie zginęłoby tylu ludzi usłyszeliśmy słowa Witka zeskakującego na ziemię. Ferajna chyba czas wieczerzać rzekł, przed domem dał się zauważyć zwiększony ruch, po kilka osób ze wszystkich miejsc zmierzało w kierunku domu i nam czas bo wszystką szynkę nam zjedzą?- szynka rzekł Walczak jest tylko w święta albo prędzej jak ktoś przyniesie z domu. Powiedział jeszcze że dyżurni zawiadamiają swoje grupy o wieczornym posiłku jest więc 18.30 i pierwszy pobiegł w kierunku domu, jakby mu tą kolację ktoś miał zabrać. Na niego to lepiej uważać niż potem żałować rzekł Witek- widzieliście jak chciał dokuczyć Wojtkowi podczas rozmowy, tak się nie zachowuje człowiek który chce się wkupić w czyjeś łaski. Przed wejściem powiem wam przednią mądrość ,,Zdrada chodzi jak wilk –w baraniej skórze „ I tak należy traktować tego lizusa, z bezpiecznej odległości. Zeskakiwali z drabinek pytali nie pierwszy raz, skąd biorę takie fajne przysłowia. Ojciec i  dziadziuś mnie zawsze uczyli jak starać się być lepszym, by przeze mnie nikt w życiu nie płakał, bym był dobrym chłopcem mam nadzieje że nigdy nie zapomnę tych ostrzeżeń i pouczeń które są w nich zawarte. Schodząc zobaczyliśmy jak Judasz wystawia pół głowy zza drzwi mówiąc że pokaże nam nasze stałe miejsca nie wytrzymałem i rzekłem ,, Głupi i mądrzy są nieszkodliwi, tylko półgłówki” czym rozbawiłem naszą grupę która z uśmiechem szła w kierunku ostatniego stołu w rzędzie naszej grupy, przy którym były wolne miejsca, pytając siedzącego Walczaka czy to jego półgłowie widać było przed chwilą w drzwiach, gdy potwierdził skinieniem głowy znów ryknęliśmy śmiechem. Na każdym stole na środku leżał pokrojony na talerzu chleb i biały metalowy dzbanek z uchem pełnym herbaty, oraz talerzyki z takimi samymi porcjami do zjedzenia; dla każdego na dzisiejszy posiłek. Na talerzykach leżały i kostka masła i pasztetowa zwana szpachlówką oraz dwie rzodkiewki i słoiczek dżemu o smaku śliwkowym do oporu na wszystkich stolikach. Wszystkie grupy przyszły na posiłek razem to znaczy na tą samą godzinę, ale chaotycznie nawet teraz dobijały ostatnie sztuki liczone przez wychowawców pilnujących by kolacja była zjedzona. Byliśmy nowymi więc dało się wyczuć że nas obcinają, to znaczy obserwują a co śmielsze które zauważyły nas dopiero teraz, zaczęły wypytywać skąd nas drogi przyniosły. Wszyscy jesteśmy z Woli padały ciche szeptane odpowiedzi- trafiają się i znajomi  ze wspólnych podwórkowych zabaw starsi od nas z którymi bawiliśmy się koło domów gdzie kiedyś mieszkaliśmy, już wiemy teraz że przechodzili drogę podobną do naszej. Starszych od razu przywieziono tutaj gdzie już się zaklimatyzowali, młodsi trafiali do sióstr jak my. Większość dziewczyn można zakwalifikować do ładnych a nawet bardzo ładnych, podrzuconą nam kiszką podzieliliśmy równo i sprawiedliwie grubą warstwą smarując chlebek. Z pełną buzią dyskutując jakie ona ma właściwości i na co pomaga; nie wiedzieliśmy tylko prostej rzeczy z czego ją robią, ale może to i dobrze bo i my nie chcielibyśmy jej jeść. Wyczuwaliśmy w niej sól, pieprz, i zioła -ogólnie była jednak smaczna, kolacyjny przydział wystarczył by do posmarowania dwóch kromek, ale dzięki dziewczynom każdy zjadł po trzy z  pokrojonymi na wierzchu cieniutko rzodkiewkami. Masłem zaś posmarowaliśmy ostatnią kromkę z obficie nałożoną kwaskowatą masą ze słoiczka, krzywiliśmy się głupkowato ale zmieściliśmy i to, resztę zlizaliśmy językami z talerzyków popijając gorącą herbatką.. Podczas posiłku przypatrywaliśmy się wszystkim obecnym, na ich radosnych twarzach gościł uśmiech nie widać było strachu tak właśnie jak w wielkiej rodzinie. Ależ to życie teraz nabiera rozpędu u sióstr my byliśmy najstarszymi i najsilniejszymi, tam One zastąpiły nam rodziną. Tutaj naszą matką ma być starsza pani dyrektor i wychowawczynie w grupach, a kim te fajne dziewczyny z którymi spożywaliśmy posiłek -wychodzi że siostrami, zaczęliśmy nabijać się czyim bratem będzie ten lizus Walczak; padło z przodu pytanie Haliny co tam się na końcu dzieje może zajmiecie się kolacją. Dopiliśmy lurowatą herbatę w brązowym kolorze. Czekaliśmy na sygnał zakończenia posiłku który dali wychowawcy dopijając na stojąco herbatę już we własnym gronie. Po kolacji jeszcze było widno, przed domem dwie drużyny znów szykowały się  do kolejnego meczu; tym razem na czarnym asfalcie, małą piłką od tenisa ziemnego. Czy oni się kiedyś zmęczą padło pytanie, i nie czekając na odpowiedź poszliśmy wolno w kierunku ławki, stwierdziliśmy że pod murkiem gdzie rosły 4-drzewa, na jednym z nich mianowicie kasztanowcu tętniło życie towarzyskie. Minęliśmy ławkę i oglądając się czy nie jesteśmy pod obserwacją skierowaliśmy się w kierunku  śmietnika za którym było łagodne wejście na murek. Jeden za drugim powoli nawet na czworaka szliśmy w strachu że spadniemy do kasztana, który stał najbliżej ogrodzenia. Widzieliśmy że piłka mocno uderzona podczas gry szybując nad murem przeleciała za płot, wtedy ten kto ją przekopał wskakiwał po drzewie na  murek i jednym zeskokiem na drugą stronę. Znalezioną piłkę wśród gruzu kopniakiem podawał na drugą stronę, następnie po skrzynce jednym podskokiem już siedział na płocie by po chwili zeskoczywszy z niego grać dalej. Widzieliście jak szybko przechodzą przez mur po drzewie na drugą stronę, pokiwali mówiąc że niedługo i my będziemy tak fruwać jak się tylko nauczymy wchodzić z ziemi na drzewa. Aż przyjemnie na nich popatrzeć jak prędko potrafią obskoczyć w te i z powrotem. Na drzewie siedziały już dwie dziewczyny, okazało się że są siostrami Ewa i Krysia Tworek, paliły cichaczem papierosy i kiwając głową zapraszały nas na kilka dymków. Ja papierosów nie palę, także Cygan i Policjant ale Garbusa i Vistuły nie trzeba było zapraszać wydmuchają każdy rodzaj siana. Wiemy że Czesio zbiera pety wyjmuje z nich tytoń i robi skręty. Witek posiada zdolność wyproszenia papierosa od starszych. Czesiek uśmiechnięty, wysoki ale misiowaty na ciałku, uważał że paląc schudnie kilka kilo. Swobodnie rozmawialiśmy z nimi, po chwili dał się słyszeć piskliwy głos z ziemi byśmy natychmiast zeszli na dół, już wiedzieliśmy co się stało. Błyski żaru choć zasłaniane dłońmi zostały jednak zauważone przez panią Lunię wychowawczynię grupy trzeciej. Jej ulubionym powiedzeniem kiedy chciała kogoś ukarać, nawet za małe przewinienie były słowa -wszystkie kary świata. Pety pstryknięte poleciały za mur ale smród w ustach i na rękach palaczy pozostał, schodziliśmy za dziewczynami- trzeba było dokładnie obserwować sposób ich schodzenia i robić identycznie to samo a w ostatniej chwili trzeba było chwycić się oburącz gałęzi, zawisnąć i zeskoczyć na ziemię. Staliśmy teraz z głupimi minami, co paliliście? -Ewa odpowiedziała że Sporty? I już kładła na wyciągniętą rękę połowę z 10-o sztukowej paczki papierosów które tam zostały. Jeszcze tylko kolejno chuchnijcie rzekła zbliżając swoją twarz- sama była osobą niepalącą. Ci od których poczuła smród udali się przed dom, gdzie stali inni wychowawcy wśród nich łysiejący facet. To pan Henio który z racji skąpego owłosienia na głowie nazwany został Łysym. Krysia szepnęła że to ich ulubiony wychowawca ale zatwardziały palacz, Był fajnym facetem w dodatku prawa ręka p. Falkowskiej z którym wszyscy się liczą. Uśmiechał się i pogroził palcem każąc wszystkim palaczom natychmiast umyć zęby– co wszyscy skruszeni chętnie poszli uczynić. Niedługo znów byliśmy razem siedząc na drabinkach, gdzie dalej się zastanawialiśmy ile tajemnic kryje stary dom? czy są podziemia godne poznania, i co mieści się na poddaszu. Bardzo pragnęliśmy poznać dom, od dziś będziemy mieli dużo czasu by zaspokoić naszą młodzieńczą ciekawość– postanowiliśmy się jakoś nazwać. Wymyślaliśmy różne zasłyszane gdzieś nazwy czekając na ogólną akceptację oto one, mściciele, bezdomasy, pryjuciarze, piraci i inne do akceptacji była nazwa kozacy –bo tak nazywa się ludzi którzy w życiu często ryzykują. Zakonnice powiadały że nazywa się tak ludzi którzy zaczepiają innych i rzadko się wycofują w walce kiedy siła jest przeciwko nim. Zaakceptowano jednak moją nazwę,, wilczki” tłumaczyłem że jest to stado niebezpiecznych zwierząt, które są chowane w stadzie, razem polują razem się bawią i uczą się jak przetrwać w trudnych chwilach- nie pozostawiają swoich pobratymców w opałach i dzielą się tym co wspólnie upolują. W tym momencie okazało się że wilczki to najlepsze stworzenia, że to lekarze lasów, polują tylko kiedy są głodne- robią selekcję szczególnie chorych rannych i starych zwierząt. Pięcioro rąk przybiło układ na drabinkach, musimy teraz wybrać kogoś na szefa czy dowódcę dodał Policjant? Dobrze odrzekłem- mamy czas przespania się z tematem, jak poznamy domek obierzemy miejsce spotkań. Ponownie zauważyliśmy ruch przed domem, siedzący na ławkach wstali przywołując nas słowami  że zaraz rozpocznie się dobranocka. Nie wiedzieliśmy co to? ale skoro inni nawet starsi chodzą ją oglądać z całą pewnością nam nie zaszkodzi. Najpierw zagoniono wszystkich do łazienki, byśmy się umyli nie wiemy akurat dlaczego ręce? podobno by nie wystraszyć Bolka i Lolka bohaterów dzisiejszego wieczoru. Każdy miał swój ręcznik do wycierania, a nad nim stał plastikowy kubek ze szczoteczką do zębów. Mydło pachniało lecz nie wiedzieliśmy czym na wszystkich tych rzeczach były wypalone duże litery imienia i nazwiska zaś na ręczniku czarnym tuszem wykaligrafowane duże litery Łazienka była wspólna dla obu grup męskich, więc w chwili mycia panowała przepychanka przy sześciu kranach. W równych odstępach zawieszonych nad rynną typu wojskowego, na całej długości wzdłuż ściany. W łazience stało się na drewnianych podestach. W pomieszczeniu tym były tez trzy niegłębokie brodziki ok. 30cm głębokie, w brodziku pod oknem był gumowy szlauch kilkumetrowej długości do mycia drobnych kafelków,  w małe kwadratowe płytki ułożone na całej podłodze. O porządek łazienki wspólnie więc dbali dyżurni obu grup, szorując rynny okna i podłogi, wietrząc by nie śmierdziały wilgocią ręczniki, do znudzenia szukając tam kurzu na oknach, kaloryferach drzwiach gdzie go normalnie być nie może, tam wszędzie gdzie wymyśli go sobie członek komisji. Już w piżamach i w kapciach udaliśmy się za wszystkimi do biblioteki zwanej czytelnią, w której stał jedyny telewizor marki Wisła. Na podłodze siedzą najmłodsi, za nimi na ławeczkach drugo i trzecioklasiści a na krzesłach najstarsi wychowankowie i wychowawcy. Niby nas pilnujący ale tak naprawdę z chęcią oglądający kreskówki dla dzieci i tak samo jak one szczerze reagujący. Obraz był piękny, czarno biały, wlepiliśmy oczy w ekran po raz pierwszy w życiu –(u zakonnic nie było telewizora)jeszcze nic nie było, a już nam się podobało. Jakaś ładna pani zapowiedziała przygody Bolka i Lolka, oglądaliśmy aż dwa odcinki z tymi urwisami którzy potem na lata stawali się naszymi bohaterami czyniącymi dobro i kochający wszelkie zwierzątka. I jak to w życiu wszystko co dobre szybko się kończy więc maluchy czyli my udały się do mycia zębów białą miętową pastą –bardzo palącą w język, czasami była też owocowa którą co odważniejsi nawet jedli; najczęściej była tylko jedna ta gorsza. Oczywiście czystość wieczorem systematycznie sprawdzali wychowawcy, kładąc nacisk szczególnie na ręce i nogi oraz zęby.  Nie przepuścili żadnemu brudasowi do tej pory aż szczotka i pumeks zrobiły swoje, potem gasło światło. Ogromne   wrażenie zrobiła na nas biblioteka z kilkoma tysiącami książek, do której można się będzie zapisać jak się tylko rozpocznie rok szkolny; i kiedy już nauczymy się czytać. Potem po ciemku opowiadaliśmy najlepsze momenty dobranocki śmiejąc się kolejny raz z gaf przez nich popełnianych. Oprócz Bolka i Lolka poznamy w najbliższym czasie innych bohaterów dobranocek będą tam między innymi Reksio, Jacek i Agatka, Krecik, Pies i Kot, Pan Cerowany,  Żwirek i Muchomorek, Gąska Balbinka, Przygody Kota Filemona, Koralgol, Rozbójnik Rumcajs, Przygody Pyzy, i W krainie deszczowców, Pan Cerowany. Nie zawsze usypialiśmy po bajce od razu dla najmłodszych zaczynał się horror, starsi opowiadają nam opowieści o duchach i diabłach oraz najstraszniejszej czarnej łapie żywiącej się mięsem dzieci. Najlepiej było zatkać watą uszy, i nasunąć kołdrę na głowę, ale zawsze w strachu i tak  coś słychać a wtedy serce bardzo mocno wali nie dając zasnąć. Do spania na sali trzeba się przyzwyczaić a tego który próbuje najbardziej nastraszyć czy dokuczać już za dnia trzeba gasić że jest farmazonem, i gada głupoty, przerywać kiedy chce coś powiedzieć i wyraźnie dawać do zrozumienia że traci autorytet a kiedy jeszcze przez kilka dni będzie ignorowany przy zabawach odejdzie mu ochota opowiadać w nocy głupoty. A kiedy rano dziewczynom rozpowie się o jego wieczornych pomysłach-one to właśnie wykonają za nas tą właściwą robotę, która najbardziej będzie bolała. Tej pierwszej nocy już zasypialiśmy gdy usłyszeliśmy miarowe uderzenia. Tadek co to jest szepnąłem, nie wiem? też się boję ?-chodź razem wstaniemy, daj mi swoją rękę bym wiedział że jesteś w pobliżu- dobra!  gdy poczułem dłoń przyjaciela raźniej stawiałem w ciemności kroki. Jakby ktoś miarowo chodził-usłyszałem szept Tadka, nie chciało mi się nawet żartować bo sam się tego bałem. Zaczekajcie usłyszeliśmy Witka, który też jeszcze nie spał idę z wami. Teraz było nam jeszcze raźniej choć miarowy oddech Vistuły był lekko śmierdzący od papierosów; musiał się najarać w kiblu przed snem. Koło drzwi  spał Orluta, gdy uchyliliśmy drzwi aby światło z korytarza wpadło do sypialni. Zobaczyliśmy jak Paraliż z kciukiem w ręku obraca głową w lewo i prawo będąc dobrze we śnie, kiedy go obudziliśmy był wystraszony nie wiedząc o co chodzi i co od niego chcemy. Wracaliśmy po ciemku do swoich łóżek docinając sobie że mamy te swoje duchy, liczyliśmy że zaśniemy za chwilę; ale chrapanie Wielbłąda i Bzyka noc zamieniało w horror. Kilka dni później już zasypialiśmy z tą kakofonią dźwięków –przyzwyczajając się do niej. Niektórzy jak Dziadek, Paraliż i Orbita z naszej grupy sikali pod siebie, tych po wymianach prześcieradeł już po wizytach u lekarzy budziła nocna Hania do nocnego sikania. Co półprzytomni, zaspani z wielkim trudem robili, w trzeciej grupie też było kilku nocnych sikaczy, zaś Baba Jaga jak mówiono na nocną kursowała pomiędzy nimi nie dając im spać, to była komedia Stańko półprzytomny nasikał między kaloryfery, Walczak lał z balkonu drugiego piętra, Słoń obok niego w zawodach kto dalej. Paraliż wychodząc sikać zawsze walił głową w drzwi budząc innych płaczem, lub przeklinając na czym świat stoi uciekał zaraz z sypialni bo rzucano w niego tym co kto miał pod ręką.   Nowy dzień rozpoczął się nerwową szarpaniną obudzono nas o 6.30, zaganiając do porannej toalety –do 7 ej. Po pościeleniu swojego łóżka parami rozchodziliśmy się do pomieszczeń które przez miesiąc mieliśmy sprzątać. Pierwszy raz miałem w reku szczotkę po krótkiej instrukcji wiedziałem co mam z nią zrobić. Człowiek wszystkiego musi i może się nauczyć jak zechce, w sypialni pozamiatałem to cośmy  nanosili butami i kapciami wieczorem–mokrymi ściereczkami wycieraliśmy kurze z okien, kaloryferów i stojących przy łóżkach osobistych szafek oczywiście przy otwartym na zicher balkonie. To co zamietliśmy w Sali odfrunęło przez balkon nie trzeba było dzięki temu latać z opróżnieniem kosza przed dom zaoszczędzając trochę czasu do przyjścia komisji która wykonana przez nas pracę oceniała w skali od 1 do 5. Zawsze do czegoś się przyczepiali, widział kto by sprawdzano kurze palcem po podłodze czy narożne listwy między parkietem a ścianą. Kiwając głowami dogadywaliśmy że też będziemy ich srogo oceniać gdy będzie nasz czas. Jakoś utarło się potem by nie szkodzić sobie i stawiać noty średnie gdy kontrola była z wychowawcą oraz noty dobre gdy go nie było. Po całym miesiącu sprzątania można było dostać kieszonkowe. Dycha w tamtych czasach to kupą forsy, można było za nią kupić 5 ciastek w restauracji Wenecja lub 5-ęć paczek owocowych groszków po 2-a złote, 20 a paczek dropsów i tyleż lizaków. Po przejściu komisji oceniającej naszą pracę całą grupą schodziliśmy na śniadanie, dyżurni na stołówce rozłożyli  talerze na zupę mleczną. A z zupą jak to z zupą nie wszyscy ją lubią były i dobre i takie że rzygać się chciało. Była więc ryżowa, zacierkowa, kaszka manna, płatki owsiane oraz pęczak, rzadko kluski zawsze jednak własnej roboty. W dodatku wychowawcy z nami jedzą i pilnują żeby taki  talerz każdy zaliczył dla własnego zdrowia, stolik musi być więc być uniwersalny na pomoc w znikaniu podanych wiktuałów. Na szczęście przy naszym stoliczku  wszyscy lubią to troszkę rozwodnione mleko. A i z resztą podawaną na drugim talerzu też nie mamy problemów, dzisiaj są ta dwa plasterki kiełbasy która zwie się krakowska, łyżeczka dżemu oraz pół jajka. Troszkę dziwnie pachnącego w środku koloru mleczno żółtego, zaś żółtko po zewnętrznej ma kolor podchodzący pod szary fiolet. Później poznałem prawdziwy smak jajka nie przegotowanego które gotuje się tylko do 10minut a na miękko z 8 . Wiem że trzeba pilnować czasu  gotowania a i smak jest inny ale ugotuj naraz sto jaj w garze gdy ok. 80 głodnych gęb wpada na stołówkę. W trakcie uczyliśmy się smarować kromkę chleba nożem i masłem by masła starczyło chociaż trzy kromki i oczywiście herbatka trzymająca kolor którą gotowało się w innym garnku do utraty mocy czyli koloru, smaku i zapachu o ile pamiętam najczęściej była to herbata Ulung , Madras ,Junan, Popularna, Chińska czy Gruzińska, albo mieszanki powyższe. Oczywiście podane na gorąco w białym metalowym dzbanku, czasami była to zbożowa kawa mleczna-ale wtedy nie było zupy. Po posiłkach sprzątali dyżurni, kuchnia jak się później przekonałem to dobra fucha. Jak umie się żyć z kucharkami to z odebranych wcześniej porcji kiełbasy scyzoryczkiem odkroisz coś z 5-ciu dekagramów jakie przypadały na osobę, a i jak masełko było twarde to bez problemu można było odkroić po małym milimetrze rozkładając pokrojone wcześniej pokrojone na porcje w kuchni. Masło było dopiero dobre do smarowania gdy poleżało kilka minut na talerzach, zawsze twarde było łatwiejsze do podzielenia i nigdy nie mylono się przy rozdziale na grupy z jednej kostki wychodziło zawsze 16 cie kostek, grupy zaś liczyły od 16u do 18u osób plus wychowawca. Po posiłkach gdy wszyscy szli na powietrze dyżurni mieli już gorzej gdyż wszystko trzeba było posprzątać ze stołów i dokładnie umyć. Zarówno talerze, sztućce jak i kubki, najbardziej brudne były statki po obiadach, po kilku latach te czynności wykonywały nowe panie zatrudnione do pomocy przy kuchni. Dobre podejście a raczej nauczenie się by porządnie wykonywać swoją pracę było nagradzane słodyczami przez panie część z nas kilka osób było nawet pupilkami dla których zawsze znalazła się dokładka na obiad czy kromka chleba przed posiłkiem nawet z dodatkowym kawałkiem kiełbasy który trzeba było zjeść na miejscu. Paniom w kuchni nie zawsze pomagaliśmy gdy mieliśmy dyżur, chętnie przychodziliśmy kroić chleb dla całego domu na kolację bo dyżur miała tylko jedna kobieta która po wydaniu i posprzątaniu kuchni mogła dopiero zakończyć pracę jadąc do swojego domu, jak jej było miło gdy przychodziliśmy jej pomóc, mogliśmy zawsze wejść do środka, tak rodziły się przyjaźnie i wieczna dobroć i otwarte serce tych pań które stawały się prawdziwymi ciociami które oddały by ci swoje serce. Nigdy was nie zapomnimy Mamo, pani Loniu, pani Marysiu, pani Kaziu; nawet po latach będziemy was kochać za wyciągniętą rękę z ciastkiem czy cukierkami kupionymi za własne pieniądze których też nie zarabialiście za dużo, za tą kromkę chleba daną głodnemu dziecku zawsze od serca. Nigdy nas nie skrzywdziliście, ani razu nie uderzyliście szmatą nie padło w gniewie żadne złe słowo, choć były też osoby jak w życiu których nie da się lubić. Rozumiem po latach jak trudno wam było kiedy zamiast cukierka mogliście tylko przytulić nasze krótko ostrzyżone głowy do swoich białych fartuchów. Dziś jeszcze nie idziemy do szkoły bo dopiero ją otwierają pierwszego września, idziemy więc albo na telewizję albo na dwór, udało nam się dostać piłkę nożną której mamy pilnować jak źrenicy w oku. Bezmyślnie kopaliśmy ze dwie godziny, patrząc jak kopnięta w kierunku do bramki leci w inną stronę. Na zmianę staliśmy na bramce i graliśmy dwóch na dwóch próbując kiwać i grać technicznie-ale raczej nic nam nie wychodziło. Zmęczyliśmy się tylko kładąc pod wielkim drzewem na trawie z głową w wpatrzoną raz w liście raz w chmury wymyślając do czego są podobne płynące po niebie obłoki tylko dzieci to potrafią. Później obie grupy chłopięce przygotowywały dla siebie boisko do piłki nożnej, zbierając kamienie, szkło czy wystający z ziemi złom, wydobywaliśmy to wszystko grabiami i łopatami zwożąc na taczkach w jedno miejsce z którego zabiorą go samochody które przywiozą ziemię. Chyba z tydzień trwało zanim ono powstało, ziemie równo rozrzuciliśmy ubijając własnymi nogami. Nigdy na nim nie zdążyła urosnąć trawa bo zawsze było używane od świtu do wieczora w każdym dla nas wolnym czasie. Na początku bramki były pomiędzy dwoma kamieniami, by stać się prawdziwym boiskiem po przywiezieniu prawdziwych metalowych bramek, czekaliśmy na nie kilka tygodni. Często słyszeliśmy więc zdanie –jak nie macie co robić to tam? ręką pokazywano na gruzowisko na pewno nie będziecie się nudzić. Kiedy wstaliśmy po dłuższym odpoczynku postanowiliśmy zabawić się w wojnę, koło pasażu leżały stare rozwalone krzesła których nogi a raczej noga z boczną listwą podobne były do karabinu, uzbroiliśmy cały swój oddział  i po niedługim czasie dało się usłyszeć głośne terkotanie podobne do strzelania jak na filmach same długie serie nikt nie oszczędzał amunicji. Ileż śmiechu wzbudzały kłótnie obustronne oddziałów np. Kwiatek! krzyczał Wielbłąd trafiłem ciebie jesteś zabity, –wtedy odpowiadałem wcale nie bo spudłowałeś, na pewno nie!- trafiłem bo mam dobre oko, no dobra jestem lekko ranny bo bym się nie odzywał gdybym nie żył, a poza tym na pewno strzelałeś ze złej amunicji ze ślepaków pobierz normalną od Policjanta-to się wtedy zmierzymy. Dołączali do nas inni chętni do zabawy, dało się słyszeć ogólne trata tata, czy dadadada, umorusaliśmy się chowając za drzewa, czołgając po gruzach z którego wyciągnęła nas Halina. Wściekła bo musiała nas teraz zagonić do mycia oraz przebrać w świeże ubrania byśmy wyglądali jak ludzie a nie jak partyzanci po wyjściu z kanałów. Z korytarza z którego wchodzi się do dużej sypialni na wprost od klatki schodowej było wejście do pomieszczeń grupy trzeciej, cztery sypialnie po lewej stronie potem pokój wychowawców a na jego wprost uczelnia. Pod umywalnią męską piętro niżej na piętrze pierwszym była łazienka grupy pierwszej co my później nie robiliśmy by je podglądać ale to już innym razem. Czyści przebrani w nowe ciuszki poszliśmy do uczelni ale była zamknięta na klucz a Chaliny nie było widać. Czekając więc chwilkę-otworzyliśmy drzwi na wprost uczelni, z małego korytarza wchodziło się do pokoju lekarskiego, na wprost oraz po lewej stronie do izolatki chłopięcej 4-o osobowej, zaś na końcu korytarza drzwi – po lewej izolatka dziewczęca z jedyną wanną na piętrze i też z czterema łóżkami oraz z własna ubikacją. Drzwiami po lewej można było wyjść na klatkę schodową, którą schodziło się na piętro pierwszej jak i dochodziło do półpiętra grupy czwartej. Wcześniej przez drzwi po prawej wchodziło na główną salę widowiskową już przez nas oglądaną. Przez drzwi wychodzącymi na klatkę, wejść można było na półpiętro i siedzieć na ulubionym przez palaczy okienku. Wyżej był ostatni poziom –czyli strych, tam też były zamknięte drzwi na grubą kłódkę. Przez dziurki od kluczy oglądaliśmy to co mogliśmy zobaczyć- dużą przestrzeń i gołębie które miały tam swe gniazda. Już wtedy padły pytania co jest za drzwiami, co ukryto przed dziećmi grubą kłódką. Siedliśmy na klatce czując dym po wcześniejszych palaczach, który zawsze zdradził siedzących na schodach choćby niewiadomo jak bardzo starali się  zostać niezauważonym – zostawali w większości zawsze wyczuci przez personel i nocną Hankę. Z półpiętra był dobry widok na najbliższą okolicę, po otworzeniu okna ręką z lewej strony można było dotknąć piorunochronu -czyli można wejść na dach? tylko jak bezpiecznie zejść. Kto pierwszy rzekłem –chłopaków zamurowało, cisza, popatrzyli w dół potem w górę nikt się nie odezwał; co wy ja tylko sobie zażartowałem sam się cykam; nie pozwoliłbym by któryś z was ryzykował bezmyślnie w zakładzie o przekonanie. Przyjdzie czas że kiedyś czas sprawdzi co nasza przyjaźń jest warta –rzekłem zmieniając temat. Zobaczcie jaki widok miałby snajper gdyby polował z tego miejsca na ludzi-stwierdził Wojtek. Obserwowaliśmy w skupieniu widoki z okienka. Na strychu zawsze walały się na podłodze pety po palaczach a złapani musieli o ile nie wykazali się świeżym chuchem posprzątać, nie tylko po sobie ale i po innych szczęśliwcach tego zgubnego nałogu. Złapani przed zarekwirowaniem całej papierosów bronili się mając zawsze tylko jedynego przy sobie a i on często był podzielony na pół i palony przez szklaną fifkę, zawsze wtedy poddawani byli sprawnej rewizji wszystkich swoich kieszeń i rękawów. Szczęśliwcy wiedzieli że tylko paczki Sportów 10 szt. łatwo mieszczą się w skarpetce, tylko tam nigdy żaden szukający nie zajrzał. Najczęściej palonymi papierosami były SPORTY, Klubowe, Ekstra Mocne zwane Emersonami czy Metolowe oraz rzadko oczywiście ze względu na cenę Caro, Marlbollo czy Camele były też inne ale dostępne tylko w Peweksie za walutę wymienialną przez nas w tym czasie nieosiągalną. Na dziś koniec teatrzyku a w najbliższym czasie dowiemy się więcej o zamkniętym strychu, kto ma do niego klucz, ewentualnie załatwić nową kłódkę a tą normalnie jak to robiliśmy w swoich kiedyś domach –trzeba przepiłować kiedy nie wiadomo gdzie jest klucz. Może to tu właśnie tu mogłyby wilczki się spotykać ale jak stąd bezpiecznie wyjść gdyby trzeba było z jakichś powodów opuścić lokal. Vistuła z Garbusem jeszcze palili znalezione pety z których wydłubany tytoń wysypali na gazetę robiąc skręta, czy dobre spytaliśmy? uśmiechając się z ich nałogu, kiedyś przez niego zginiecie a jak nie to złapiecie jaka gruźlicę i nie pomogą wam żadne szklane fifki. Schodziliśmy schodami piętro niżej po prawej był magazynek z  ubraniami, stąd były rozdzielane na grupy nowe ubrania, kurtki czy buty, było to królestwo pani Marysi zaopatrzeniowca i magazynierki. Doszliśmy do długiego korytarza w pierwszych drzwiach była toaleta oraz pokój krawcowej, która naprawiała wszystko czy ręcznie czy na maszynie tam gdzie zrobiła się dziurka czy szczególnie na kolanach przetarte spodnie, w korytarzu pierwszym pokojem była uczelnia zaś wszystkie drzwi do końca to sypialnie dziewczyn ostatnie drzwi przed łazienką to drzwi pokoju wychowawców grupy, na wprost którego było drugie wejście do biblioteki rzadko używane. Na tym oglądaniu domu zostaliśmy przyłapani przez dziewczyny które myślały że je podglądamy, zalotnie dokuczając że tu nie muzeum lekko popychając nas znanym już korytarzem w kierunku skąd przyszliśmy. Odchodziliśmy przekomarzając się z kociakami by na odchodnym dały nam po buziaku, w takiej asyście doszliśmy do czwartej grupy też dziewczyn, przez drzwi w ich szatni  weszliśmy na główną salę. Tam już niełatwo było nawet w żartach poszturchiwać młode wilczki, które nie pozostały dłużne w tłumaczeniu z uśmiechem a celowałem w tym razem z Cygankiem choć i reszcie nie zamykały się buzie. Uważaliśmy że skoro są w naszym stadzie i w tym domu to jak nic wychodzi że są przybranymi siostrami, zaczęliśmy wybierać sobie siostry którymi one miały być przez następne lata. Było bardzo wesoło z niektórymi potem latami chodziliśmy do tych samych klas, pomagaliśmy sobie trudach chociażby dobrym słowem. Główna sala kolejny raz  wprawiła nas w zadumę, dziewczyny patrzyły jak na głupków oglądających białe ściany w domu wariatów dziwiąc się co tu jest takiego że przerwaliśmy radosne chwile zabawy. Drewniana klepka na całej sali dwa razy w tygodniu była pastowana i froterowana nogami dzieci, potem kupiono elektryczne froterki wtedy to była zabawa a raczej taniec. Miejsca w których źle rozsmarowano pastę długo należy wcierać by się błyszczało. Jeszcze dziś mam przed oczami jak na kolanach w trójkę czy w czworo klęcząc na suknach jeden obok drugiego pastujemy szmatką po dwie klepki ruchem obrotowym prawej ręki w lewej trzymając pastę powoli cofaliśmy się do tyłu, miejsca suche to były miejsca niezapastowane i do poprawy, nie warto było się spieszyć i tak trzy razy. Na końcu sali stał złożony pod ścianą stół do ping ponga i kilka stolików z krzesełkami, z głowami w górze patrzyliśmy na sufit do którego było na pewno z 10 metrów. Gdyby spaść przez sufit rzekłem byłby z każdego placek –nie kracz rzekł Cygan i się przeżegnał. Już na Sali doszedł do nas zapach gotowanego posiłku, zeszliśmy znanymi schodami koło sekretariatu zobaczyć co będzie dziś na popołudniowy posiłek. Było już nakryte na stołach skręciliśmy w prawą stronę i dochodząc do metalowych zamkniętych na kłódkę drzwi przed którymi było kwadratowe okienko do wydawania posiłków przez które dyżurni dostawali posiłki dla swoich grup – dzień dobry? powiedzieliśmy do pustego okienka z którego po chwili pokazała się pyzata głowa z białą czapką na włosach, była to pani Lonia miła i zawsze uśmiechnięta kobieta ok. trzydziestki. Co was sprowadza w moje progi rzekła, ładne zapachy? odpowiedzieliśmy; zauważyliśmy jej szczery uśmiech. Zgłodnieliśmy?- może jest coś do picia prócz wody z kranu- ech chłopcy wiem że burczy wam w brzuchach dostaniecie po kromce chleba, tylko z piekarni? rzekł Wielbłąd i jeszcze ciepły? podpowiedział Policjant– po chwili wyszła niska starsza pani w białym fartuchu o siwych włosach, wiedzieliśmy jak inni wcześniej zwracali się do niej Mamusia. Miała coś w sobie co wzbudza szacunek, a do tego trzeba być dobrym i umieć kochać. Doszły do nas słuchy że jej rodzina zginęła w czasie wojny stąd każde dziecko traktowała jak swoje- z własnej pensji kupowała cukierki na jakie było ją stać. Raz owocowe to znów miętowe których zapas miała w kieszeniach swego fartucha. Miała w dłoniach chlebuś który rozdzieliła miedzy nas głodomorów a z kieszeni wyciągnęła paczkę z landrynkami. Częstując mówiła że białe są smaczne i odprowadziła nas do drzwi, mówiąc byśmy jeszcze chwilkę wytrzymali zaraz będzie gotowy obiad. Czekała w drzwiach aż znikniemy wychodząc na podwórko. Obok kuchni było pomieszczenie gospodarcze oraz zlew do zmywania naczyń robili to zwykle dyżurni ale później zorganizowano pomoc kuchenną, która bardziej fachowo myła po posiłkach niż czyniły to przyuczone  dyżurujące dzieci, mniej tłukło się wtedy talerzy a i lepiej były pozmywane, nie licząc zachlapanej podłogi. Ze zmywalni przykuchennej było wejście do magazynu żywnościowego, było tam wszystko co jest do jedzenia potrzebne i ma długi termin przydatności do spożycia, także lodówki na mięso i masło. W pokoiku w którym zmywano po posiłkach było okienko otwierane od strony kuchni haczykiem, też dwuskrzydłowe; służące do rozmów wychowawców z obsługą. W samej kuchni były dwa wejścia do magazynków w jednym były beczki z kapustą kiszoną oraz inne warzywa, schodziło się do niego schodkami pod balkonem czwartej grupy było tam zawsze chłodno. Do drugiego magazynku wchodziło się przez drzwi obok wejścia po schodkach prowadzących do pasażu, po prawej stronie a pomieszczenie to służyło tylko do przechowania ziemniaków. Z włazu dość często korzystaliśmy wynosząc ziemniaki które piekliśmy w ogniu. Zdobycie ich było dość proste ale nie pozbawione humoru. Dwóch kumpli spuszczało trzeciego trzymając go za ręce nogami wprost na ziemniaki a ten cichutko napełniał do połowy woreczek po kapciach, tylko tyle by wystarczyło na posiłek po kilka sztuk na łepek. Czasami robiliśmy sobie jaja strasząc tego na dole że idzie wychowawca żeby był cicho a  my zaraz go wyciągniemy. Cóż miał robić wystraszony w piwnicy, czekał aż zrobi się bezpiecznie, po chwili znów go uchylaliśmy mówiąc że się zaciął i potrzebna nam pomoc, której już szukamy by w końcu nastraszyć że potrwa to kilka godzin a nawet że będzie musiał nocować z kartoflami. Była też możliwość że wyjdzie dopiero jak nastraszy kucharkę, ale wiedzieliśmy że wiąże się to w wydaniem tego miejsca i na pewno z lepszym zabezpieczeniem przed potencjalnymi smakoszami pieczonych kartofelków wchodzących od strony pasażu. Nigdy jednak nie daliśmy się złapać ani nikogo nie zostawiliśmy. Pieczone ziemniaczki służyły też za dobrą walutę, starsi coś nam za nie dawali, zaś wychowawcom kiedy przychodzili widząc z daleka ogień –mówiliśmy że za kieszonkowe kupiliśmy je w warzywniaku i  pieczemy. Nigdy nie gasili nam ognia ale przestrzegali byśmy dobrze go ugasili po zakończeniu przyniesionym piaskiem, czasami też skosztowali pieczonego z solą. Za ziemniaki potrafiliśmy dostać od kolegów ze szkoły mieszkających obok kościoła, drobne pieniążki na oranżadę czy lizaki, te zaś dawali im rodzice za ich  przyniesienie na obiad który później z nich robili. Wszystkie kuchareczki były kobietami o rubensowskich kształtach, mające w sobie wielką dobroć, wiedziały że dziecko nie powinno być głodne. Jeśli miały czym i mogły zawsze przyniosły coś na przekąskę, w ostateczności niosły w garści kromkę chleba. Były wyrozumiałe, cierpliwe wręcz przyjacielskie w tych swoich białych fartuchach zawsze znalazły coś słodkiego. Nie tolerowały chamstwa, bluzgów i dokuczania mniejszym. Tacy jak Stańko, Słoń czy Walczak nigdy nie mogli liczyć na pobłażliwość w czasie dyżurów w kuchni. A i ścierką jak było trzeba oberwał jak pyszczył przy okienku, nigdy taka szuja nie dostała nic poza to co mu się należało. One były też naszymi pierwszymi nauczycielami na kółku gotowania, od nich nauczyliśmy się gotować pierwszych posiłków, piec mięso i ciasto. Na początku pamiętamy że posiłki gotowano były w piecach który zawsze trzeba było najpierw rozpalić ogień i przez cały dzień go podtrzymywać. W takich warunkach piekły nawet ciasto z soboty na niedzielę, teraz wiem dlaczego czasami wychodził zakalec tzn. że nie wyrosło, bo piec był niedogrzany kiedy zaś spalona była skórka to znaczyło że był za gorący. Dopiero po kilku latach kuchnię zgazyfikowano, ułatwiając paniom pracę a tym samym ciasta częściej były dopieczone i wyrośnięte.  W kotłowni siedział na krześle zawsze umorusany węglem palacz, w przerwach siedział na krześle i palił papierosy jeden za drugim, z nogą założoną na nogę co chwilę wstawał dorzucał łopatą węgiel do pieca by po chwili znów siedzieć i palić. To dzięki niemu mieliśmy ciepłą wodę do mycia a w sezonie jesienno zimowym ciepłe kaloryfery. Pomieszczenie robiło koszmarne wrażenie wielkie dwa bojlery, węgiel, duża ilość rur na ścianach i oczywiście ciepło w pomieszczeniu trwające cały rok. W zimie praca była jeszcze do zniesienia, ale gdy w lato było gorąco na powietrzu, ciepło było nie do wytrzymania. Do kotłowni schodziło się metalowymi schodkami, wzdłuż ściany trzymając za poręcz po prawej stronie tak ok. 20-stu.  schodków. Pod schodkami stał regał z całym osprzętem i kluczami potrzebnymi tylko w tym pomieszczeniu do różnych napraw.  Czasami pozwalał nam wrzucić kilka łopat do pieca. Ale doszliśmy do wniosku że jest to nieciekawa praca a w dodatku brudna. Obiadek dziś też się udał, te panie  wiedzą jak i co gotować by było smacznie by dzieciaki i młodzież chciały to zjeść. Żurek z dudkami oraz kartofelki, całe wazy wędrują na stoły- jest gorąca. Jemy szybko, dokładamy aż łyżka stuka o dno. Wychowawcy sprawdzają czy zupka zjedzona potem wazy z powrotem wracają do kuchni a na tackach wnoszą talerze z drugim daniem. Kluseczki własnej roboty z polewą truskawkową tu już nikogo nie trzeba zachęcać do jedzenia, oraz kwaskowaty kompocik z rabarbaru. Szybko im daliśmy radę, co niektórzy przy innych stołach oblizują ukradkiem talerze my idziemy za ich śladem-patrząc czy nikt nas nie patrzy. Na zakończenie układamy puste talerze na kupkę ze sztućcami, którą dyżurni zanoszą do zmywalni-i tu jest minus tego dyżuru na stołówce, zmywanie naczyń kiedy inni idą się bawić. Niezjedzona zupa jest podgrzewana ponownie, dla spóźnialskich a tych nie brakuje w każdej grupie. Ma ona trochę zmieniony skład, jest rozwodniona mniej w niej warzyw o mięsku można tylko pomarzyć. Drugie danie jest zawsze takie same, każdemu wypada taki sam kawałek mięsa, surówki i ziemniaków-cały personel je zawsze z nami. Tuż po obiedzie grupami idziemy po przydział potrzebnych rzeczy do szkoły, dostajemy tornistry, fartuszki szkolne z przyczepianymi białymi kołnierzykiem, juniorki, dostaliśmy nawet ortalionowe kurtki zwane Szwedkami. Reszta przyborów jest do pobrania w grupie, zeszyciki, ołówki, pióra wieczne i używane  nawet kilkuletnie książki po starszych uczniach, jedynym nowym podręcznikiem był elementarz, bo trzeba do niego wpisać brakujące słowa, literki i zdania, oglądaliśmy obrazki w książkach chyba z  godzinę. Postaliśmy przy tablicy chcąc kredą napisać litery widziane wcześniej w książkach, najczęstsze próby to nasze inicjały. Skoro próby wypadły słabo zrezygnowaliśmy z nich, zanosząc spakowane tornistry na korytarz do szafek z naszymi imionami, były już tam worki na kapcie z wyszytymi kolorowymi nićmi imieniem i inicjałem nazwiska. Zastanawialiśmy się kto nam tak ładnie wyszył i kiedy później dowiedzieliśmy się że to koledzy którzy chodzą na kółko wyszywania, ucząc się przyszywania guzików, cerowania skarpet a nawet haftowania jako elementu nauki potrzebnej w przyszłym dorosłym życiu. Do dobranocki ci co zechcieli mogli wyjść ponownie wyjść na podwórko co chętnie  uczyniliśmy siedząc na ławkach przed domem, starsi nie przejmując się grali w piłkę dla nich nie było przyjemnością chodzenie do szkoły, dokuczali nam że jeszcze ona nam zbrzydnie. Przed pójściem na dobranockę wiedzieliśmy że będzie kontrola czystości trzeba się więc dobrze wymyć bo jutro będą oglądać nas ludzie. Niektórzy chodzili kilka razy do łazienki próbując domyć nogi mające różne kolory od chodzenia na boso a to po asfalcie przed domem a to wracający z wakacji chodzący bez trampek które rozpadły się od gry w piłkę. We wszystkich przypadkach potrzebny był pumeks po użyciu którego szczególnie pięty wracały do normalnego koloru nie opisuję mycia rąk po orzechach włoskich a dokładniej po oddzielaniu przed zjedzeniem łupinek od orzecha. Efekt wielokrotnego mycia rąk z namoczeniem jest taki sam, ręce mają kolor jasno czekoladowy –kolor przestaje być po tygodniu a czasem i dłużej o ile w tym czasie nie dojdzie kolejna porcja orzechów których spore ilości rosną koło szkoły 139 oraz u księdza po drugiej stronie ulicy Karolkowej i w parkach wzdłuż torów koło cmentarza Wolskiego. Byliśmy w łóżkach, dziś nikt nie straszył, nie opowiadał jak to dobrze było w rodzinnym domu kiedy rodzice byli w pracy, lub szukali pracy a my pod opieką babć i dziadków. Pół dnia spędzaliśmy na podwórkach, do domu wpadało się po pajdę chleba i kawał kiełbasy, tak umorusani do wieczora spędzaliśmy czas na różnych zabawach, zawsze widząc w oknie głowę babci na pierwszym piętrze donoszącą nam coś słodkiego. Komuś się to nie podobało jak to życzliwi sąsiedzi, kilka donosów na komendę, że włóczą się bez opieki, kradną, biją się między sobą. Pamiętam swój dom, czynszowa kamienica kilkupiętrowa koloru żółtego na ulicy Ogrodowej pod nr. 55. Był to stary budynek który powstanie przetrwał w dość dobrym stanie. Łukowaty wjazd od ulicy w którym zmieścił się tylko jedno auto,  po środku podwórko dość spore z piaskownicą i trzepakiem. Na wprost wjazdu taki sam wyjazd, za nim garaże i komórki na węgiel. Z jednej i drugiej strony pod ceglanymi łukami były wejścia do domów zarówno po lewej jak i prawej stronie. Także po środku podwórka było jeszcze jedno wejście. Przed wojną musiał stać jeszcze ok. dwumetrowej wysokości murek  za piaskownicą tworząc zamknięte podwórko z przyległym do niego śmietnikiem. Resztki jego nieodbudowane były widoczne przez długie lata. Domy takie były w czasie wojny utrapieniem, znający je mogli łatwo uciec podczas łapanek, wbiegając do bramy z której były wyjścia we wszystkich kierunkach. Któregoś dnia przyjechał radiowóz zwany Suką a panowie w niebieskich mundurach zabrali wszystkich na dzielnicową komendę, skąd do domów powróciło tylko jedno dziecko, reszta pomimo protestów całych rodzin znalazła się u zakonnic w Zbójnej Górze k/ Warszawy. Skąd w efekcie teraz wspólne przebywaliśmy w tym Domu Dziecka. Oduczyliśmy się tęsknić bo mieliśmy siebie, znaliśmy się już dwa lata i to te lata beztroskie bez obowiązków gdzie podczas zabaw krystalizuje się przyjaźń, gdy zaczyna się odróżniać dobro i zło. Tutaj w domu wszystko jest takie proste, zorganizowane. W pobliżu zawsze są wychowawcy karzący za przewinienia i rozdzielający skaczące na siebie kogutki gdy za bardzo na siebie naskoczą. Nocka też minęła szybko na myślach o tym co jutro będzie w szkole, jak nas przyjmą; będziemy szli razem a skoro się znamy nie mamy czego się bać, będziemy w tej samej pierwszej klasie. Rano nieco prędzej udało nam się umyć i posprzątać by przyspieszyć wyjście na śniadanie, komisji wcale nie było. Na pierwszy ogień poszła żółta kaszka manna, potem pasta z jajek ze szczypiorkiem, najlepsze na końcu, plasterek szynki i dżem. Po śniadaniu ubieramy się w granatowe fartuszki, nowe trampeczki, w krótkich spodenkach zbieramy się przed domem i jak kurczaki każdy za swoją mamą idziemy pod okiem swoich wychowawców w trzech grupach, do trzech szkół  nr. 1 nr. 90 i nr. 139, z nami idzie Halina poganiając całe stadko by przebierało nogami troszkę szybciej. Idziemy wzdłuż muru ulicą Karolkową, na ul. Grzybowskiej minęliśmy dużą zajezdnię tramwajową, zwalniając by pooglądać stojące w zajezdni gotowe do odjazdu pojazdy- jednak Halina znów zdecydowanie zachęciła do pójścia dalej strasząc. Ze jeśli się spóźnimy po południu zarządzi generalne sprzątanie w czasie wolnym od zajęć po 17-ej, burczała jeszcze coś o dobranocce, ale zrzędzenie ustało gdyż starsi już widzieli z daleka żółty budynek mówiąc że to on jest celem naszej wycieczki. Skręciliśmy w lewo by znów wzdłuż betonowego ogrodzenia dojść do furtki za którą na murze była czerwona tablica z orłem a pod nią nazwa i duże cyfry nr.139. Ustawiliśmy się w pary wpatrzeni w Halinę, ze wszystkich stron korytarzami szły odświętnie ubrane dzieci z rodzicami ale większość tylko z mamusiami. Dała znak byśmy się nie ruszali a sama czytała na tablicy ogłoszeń gdzie jest miejsce spotkań klasy pierwszej a starsi już udali się ze swoimi znajomymi do znanych z zeszłego roku pomieszczeń. Po chwili powróciła mówiąc że w szkole są trzy klasy pierwsze A, B i C- Dzieci z naszego domu będą chodziły do klasy C. I udaliśmy się za nią gdyż ona wyczytała w której klasie jest zbiórka pierwszaków C. Niedaleko uszliśmy najmłodsze klasy zawsze miały zajęcia na parterze, przywitała się z jakąś panią musiały się znać bo zaraz całą grupkę poprosiła do klasy prosząc byśmy zajmowali wolne miejsca w ławkach. Po chwili już wiedzieliśmy że klasa nasza to 26 osób a w niej 12 oro  to dzieci z Domu Dziecka im Janusza Korczaka.

  1. a) Ekiel Piotruś .
  2. b) Kwiatkowski Stanisław .
  3. c) Bieliński Czesio .
  4. d) Zawadzki Wojtek .
  5. e) Mikołajczyk Witek .
  6. f) Bąk Zdzisio .
  7. g) Parkot Czarek .
  8. h) Tworek Ewa .
  9. i) Bożena Olczak .
  10. j) Leśko Krystyna .
  11. k) Kotowska Hania
  12. l) Małecki Tadzio .

 

Coś pani mówiła do całej klasy przechadzają się pomiędzy ławkami czego i tak nie zapamiętaliśmy, w końcu powiedziała że udamy się na salę sportową gdzie wobec całej szkoły mamy złożyć przyrzeczenie. Na Sali był niezły ścisk i zaduch, wyszedł poczet ze sztandarem a my najmniejsi z dwoma palcami w górze przysięgaliśmy dobrze się uczyć dla Polski-jakieś tam dyrdymały o honorze szkoły że będziemy grzeczni. Potem krótko dyrektorka oznajmiła że na otwarcie szkoły mamy pójść do kina na film pod tytułem,, I ty zostaniesz Indianinem” do kina Mazowsze które jest niedaleko naszej szkoły. Rozchodziliśmy się w wojskowym tempie najpierw pierwsze na końcu ósme klasy. Ta sama kolejność była w kinie w którym zmieściły się tylko dzieci do klas czwartych, starsi mieli seans na godzinę 12. Dla większości z nas był to pierwszy kontakt z kinem, nie chodziliśmy nawet na poranki dla dzieci, nie wiedzieliśmy nawet że takie są. Dobre mija szybko, pełni wrażeń za swoją panią wracamy do szkoły, do naszej klasy chcąc obejrzeć miejsce w którym będziemy się teraz uczyć. Oczywiście że dyskusjom o filmie nie było końca. Będziemy siedzieć w ławeczkach są twarde i dwuosobowe z drewnianym oparciem, pomalowanych na kolor zielony. Naszej korczakowskiej grupie która już oswoiła się wcześniej ze sobą było o wiele łatwiej, inne maluchy patrzyły na nas z lekką zazdrością kiedy ze sobą rozmawialiśmy chcąc dołączyć się do rozmów ze swoim trajkotaniem. Byliśmy ważni my decydowaliśmy z kim się będziemy bawić, niejeden już dostał kuksańca by wiedział,, na kogo pies merda ogonem „w naszej grupie bez rodziców. Przed trzynastą odebrała nas znów Halina i tą samą drogą którą przyszliśmy teraz wracamy, cały czas dyskutując o wrażeniach dzisiejszego dnia. Do starszej drugiej klasy z Domu Dziecka też poszła  niezła ekipa nie mniejsza niż nasza.

  1. a) Marecki Zbyszek .
  2. b) Walczak Mirek .
  3. c) Lubtak Marek .
  4. d) Życki Leszek .
  5. e) Pietrasik Marek .
  6. f) Turalski Marek .
  7. g) Ekiel Mieczysław .
  8. h) Krysia Tworek .
  9. i) Hanka Kotowska .
  10. j) Małecka Iza .
  11. k) Turalska Ola .
  12. l) Gumowska Miecia .

Dziś wyjątkowy dzień to i wyjątkowe jedzenie, rosołek z kluskami a na drugie mały kurczak w potrawce i gotowana marchewka. Wychodząc z jadalni za drewnianymi drzwiami po prawej stronie była pracownia modelarska, starsi koledzy budowali tam latawce i samoloty latające; biorąc udział w zawodach i turniejach z których wracali często z nagrodami i dyplomami. Dla małolatów jak my nie ma tu wejścia, ale można pooglądać przez zakratowane okno postępy przy składaniu modeli szybowcowych. Mogliśmy tak stać godzinami zanim nas nie odgoniono od okien wymówką że zabieramy sobą całe światło potrzebne na stwardnienie kleju. Ktoś zniósł piłkę grupową więc gramy początkowo bez ładu i składu, żadnych zasad i reguł, wszyscy za piłką aby kopnąć w kierunku bramki, aby dalej aby w kogoś kopnąć piłką żeby zabolało, najlepiej z czuba co znaczyło o sile uderzenia, wzbudzając respekt przed składającym się do strzału. Po obiedzie gra w piłkę do 15stej, potem odrabianie lekcji i czytanie lektur do 17stej. Do kolacji był czas wolny, kiedy poznawano nasze możliwości sportowe i polepszającą się z dnia na dzień techniką gry byliśmy metodą losową włączani do grających zespołów. Nabyte w tych meczach indywidualne umiejętności pozwalały bez obaw na pojedynki jeden na jednego, starając się odebrać piłkę lub choć ją wybić, początkowo była to raczej kopanina i bezmyślne bieganie za piłką i solowe akcje. Z czasem składna gra zespołowa jak przeciwnik pozwolił, tak można ją było nazwać; twarda męska gra; ale wiele wody upłynie zanim zaczną obowiązywać pewne drużynowe zasady gry bez chamstwa, bluzgów, płaczu a nawet rękoczynów. Reprezentacja wyłoniona z obu grup z prawie czterdziestu chłopców z niezłym skutkiem grała ze szkołą nr.90 do której chodziło nie mniej niż 900 dzieci z tego połowa to chłopcy, ci też mieli z czego wybierać swoją ośmioosobową drużynę szkoloną przez nauczyciela WF- u Romana Pajdę. Dość odważnie poczynała sobie taka drużyna w turniejach pomiędzy warszawskimi Domami Dziecka, a także lekkoatletycznie. Byliśmy wytrzymali, dobrze grający ciałem w miarę kultura gry sama pukała do nas. Gra toczyła się codziennie na trzech boiskach, w dodatku skakano w dal i wzwyż na obu piaskownicach; no i oczywiście biegi na bieżni wokół boisk i przydomowego klombu. Dwa razy w tygodniu była też rytmika, na która chodziły na zmianę prawie wszystkie dzieci, dbano więc o nasz rozwój. Na szczęście początkowo niedużo było nauki rozdano nam brakujące przybory i mogliśmy pójść znów na podwórko mając czas wolny do kolacji. Przed domem był klomb (pośrodku)wylany asfaltem, naokoło niego stało siedem parkowych ławek klapnęliśmy na tych pod murkiem. Wtedy Policjant rozpoczął ni z gruszki ni pietruszki, mieszkamy wszyscy w domu kolejny raz padły słowa Janusz Korczak, zginął z dziećmi wyprowadzony do Getta skąd po dwóch miesiącach z dziećmi żydowskimi ok. 4000 tyś został wywieziony do Treblinki gdzie zginął spalony razem z nimi w piecu?– w piecu to spala Baba Jaga? wymądrzał się Walczak. Smutne to potwierdził Cygan mógł się uratować a jednak zginął razem z nimi. Podobno są i żyją byli wychowankowie tego domu –mieszkają w Izraelu, USA Kanadzie, Rosji powiedział Vistuła wiem bo mają spotkania byłych wychowanków,  jak się uratowali? rzekł zdziwiony Policjant przecież SS- mani okrążyli cały dom? –nikt nie mógł się uratować. Niemcy są dokładni befhel ist befhel, ordnung mus sein- mów po ludzku rzekł Wielbłąd. Rozkaz jest rozkazem a u nich wszystko z zegarkiem czyli porządek musi być rzekł nasz znawca języka niemieckiego. Ponad setkę dzieciaków pod eskortą odprowadzono do Getta, kilka ulic dalej dokończył. Na pewno kilku się uratowało szeptem dopowiedział Bzyk, dzieci się zmieszczą wszędzie ale Szwaby przetrząsnęli przecież cały dom!- więc gdzie?- wszyscy razem równocześnie zadaliśmy to samo pytanie. Dom już poznaliśmy ale nie mogliśmy umiejscowić miejsca, gdzie mógłby ukryć się ktokolwiek i nie zostać znaleziony. Niemcy przyjechali kilkoma samochodami, zabezpieczyli tj. okrążyli teren domu by nie zwiało żadne bezbronne dziecko. Wyprowadzili je przed dom ustawili w zorganizowaną kolumnę i pod eskortą wyprowadzono do Getta. Tyle wojska na bezbronne dzieciaki powiedział Cygan –pytanie pozostało bez odpowiedzi. Może gdzieś na strychu? powiedział Dziadek- chyba cię powaliło! starszy od nas jesteś o rok ale żadnej logiki w tym co mówisz, popatrz na stare zdjęcia my choć jesteśmy dopiero kilka dni od razu zauważyliśmy wielkie półokrągłe okno w miejscu gdzie dzisiaj jest strych. Stary doktor tam właśnie mieszkał, więc wszystko było otwarte a Niemcy mają specjalne klucze otwierające zamknięte drzwi a nazywają się one tłuczkami a jak nie wiesz Dziadku co to ci powiem Wojtek podniósł oczy! granaty trzonkowe. Jednak zgodnie z dokumentami z korczakowskiej kancelarii dzieci brakowało, doktor ich brak wytłumaczył to w ten sposób że kilkanaścioro może być za Warszawą, w miejsca gdzie dzieci pracowały i siały warzywa słowem uczyły się pracować na działce, skąd potem przywożono potrzebne w tamtym czasie produkty spożywcze dla kuchni. Całą grupę pod eskortą odprowadzono kilka ulic dalej gdzie zorganizowano Getto dla ludności żydowskiej za wysokim murem. Po kilku dniach spod Poznania przybył oddział młodzieży niemieckiej z Hitlerjugend który stacjonował w domu do wybuchu powstania warszawskiego. Sam dom służył też Niemcom jako hotel dla tych żołnierzy którzy za szczególne zasługi na froncie wschodnim dostali urlopy by odwiedzić swoje rodziny. Niedaleko było do dworca Głównego- dziś to trzy przystanki tramwajem. Dowódcą i nauczycielem dwóch plutonów i ich nauczycieli wojskowych był kapitan Herman Reep. W budynku zajętym przez powstańców walały się potem zdjęcia z okresu ich pobytu w W-wie. których kilka przetrwało do dzisiejszych czasów. Dom odremontowano po wojnie, pierwsi wychowankowie zamieszkali gdzieś po dziesięciu latach. Często nasze rozmowy dotyczyły walk w domu podczas powstania i o dom, skoro został prawie zrównany z ziemią. Jaki oddział w nim walczył, czy ktoś zginął gdzie pochowano go w pobliżu domu to są wielkie niewiadome, nikt nigdy głębiej nie kopał niż na głębokość łopaty podczas wiosennego wysiewu trawy czy kwiatków na klombie. Kiedy pojawiał się wychowawca zmienialiśmy temat na szkolny, to znaczy o szkole do momentu jego odejścia nie chcieliśmy go pytać o czas wojny choć pan Henio czy pani dyrektor a nawet wychowawczyni Łucja Gold przeżyły wojnę i na pewno  taką wiedzę mogli posiadać. Nasze rozmowy na pewno zwracały uwagę starszych którzy do naszej grupy starali się wepchnąć jakiegoś kablującego lizusa, chcieli poznać treść naszych rozmów i planów, bo o czym można tyle czasu rozmawiać na drabinkach na dodatek bez kłótni. Początkowe życie toczyło się na zasadzie fali w wojsku, starsi zawsze myślą że mogą zastraszyć młodszych to tyczy się na pewno części która nie potrafi bić się o swoje dosłownie, natomiast wilczki toczyły ciągle bójki czy utarczki słowne kończące się na straszeniu. I po pewnym czasie i kilku potyczkach w których obie strony obrywały mając podbite oczy, czy wybite palce od zadawania bardzo silnych ciosów; następowało potem zbratanie, przechodzące  w solidarność. W tym domu byliśmy więc rodziną my zrozumieliśmy to szybko i było nam łatwiej, bitnym odpuszczano nie rozumiejąc dlaczego nie można tych słabszych wykorzystywać do sprzątania, do oddawania kasy jeśli już ją dostaliśmy z domu podczas odwiedzin sobotnio niedzielnych lub oddawania piłki w czasie boiskowej kopaniny, padały później dosadne słowa znaczące; po meczu oberwiesz.   W naszej grupie prym dokuczania wiódł Orbitowiec i Słoń, co do małego lizusa Dziadka próbującego wkupić się w łaski naszej grupy, mieliśmy rację nie chcąc mu zaufać, był starszy od nas ale bał się konfrontacji. To był chłopiec na posyłki wyższych lecz starszych Tamborskiego, Stańki a nawet Mareckiego. Bez żadnego honoru bez ambicji, zawsze mogącego oczernić bezpodstawnie kolegę i jeszcze z niego się naśmiewać. Jego charakter sprzedawczyka pracującego na dwie strony, okazał się buforem nie do przebycia, by móc go włączyć w szereg wilczków czy zaliczyć do przyjaciół. Był wybrany w przyszłości nawet przewodniczącym Rady Dziecięcej, będąc podporządkowanym i wykonującym nasze polecenia. Pierwszym i najgorszym z trójki czarnych charakterów był Boguś Stańko, nazwę swoją otrzymał od swojej choroby(padaczki) stawał w pewnym momencie i z głową skierowaną w niebo mrużąc oczy zapominał o całym świecie, nie wiemy czym taka choroba była spowodowana. Czasami się przewrócił a w konwulsjach wtedy leciała mu piana z ust i stawał się bezbronnym. Było to często jego słabą stroną, zawsze ktoś wtedy go popchnął a nawet brutalnie podciął nogi. Kiedy upadł nic nie pamiętał a każdy któremu zalazł za skórę mógł wtedy na nim swój sposób się z nim policzyć. Kopany i uderzany wszędzie, był osobą często opatrywaną przez siostrę pielęgniarkę z wiecznie obandażowaną głową, a kiedy szukał potem zemsty w rozstrzygnięciach jeden na jednego. Bijąc mnie czy kogoś innego wiadomo było że skończy się to łomotem w którym będzie brała reszta zgranych chłopców naszej grupy, miejsce konfrontacji wybieraliśmy my. Nawet Otrząchajło, Słoń czy Dziadu bali się wtrącać, widząc bezwzględny sposób w jaki ogół dokonywał kary. Nigdy nie odciągali nas od takiego załatwienia sprawy, wiedzieli że wcale nie są od niego lepsi a wtrącenie może obrócić się przeciw nim. Na początku wysyłaliśmy jemu ostrzeżenia na kartkach, podrzucanych do kurtek, pod poduszkę czy do biurka. Wściekał się otwierał po kolei tornistry porównując charaktery pisma, nie znalazł oczywiście bo kartki były pisane przez dziewczyny. Był od nas starszy kilka lat a w tym wieku jest to duża różnica zapewniająca przewagę w bójkach solo. Kiedy już przegiął wtedy padały zaczepnie pytania, czy nie ma dosyć niech tylko kogoś dotknie a sam wie jakie będzie zakończenie, widział jak krąg się wokół niego zaciska jak w rękach zbliżających znajdują się niebezpieczne ciężkie przedmioty. Jeśli się nie wycofał w porę, to znów kończyło się grupowym pobiciem. Zwykle postępowanie jego było nielogiczne, ale jak to żądać logiki kiedy wydawało mu się że jest nie do ruszenia, i wszyscy powinni go szanować; że jest najstarszy-i jego powinni się bać. W dodatku nieuk, cham, gbur i tuman; można by dołożyć jeszcze kilka epitetów, ale nie jest wart tego by się specjalnie nim zajmować. Któregoś dnia podczas meczu w piłkę nożną na przygotowanym przez nas boisku, w meczu ważnym bo pomiędzy grupą drugą i trzecią Stańko zaczął faulować, i wcale nie grą ciałem jak to zdarza się na meczach; ale po odpychając rękami i kopiąc po nogach zarówno kolegów naszej jak i z trzeciej grupy. Poobijani po  meczu podczas wspólnego mycia ustaliliśmy że trzeba z nim zrobić porządek. Kilku miało poważne otarcia, inni szli kulejąc mając siniaki zarówno na rękach jak i nogach. Zareagować musimy szybko by wiedział że nie będziemy tolerować w przyszłości podobnego stylu gry. Kruczek ma zawołać Orbitę do Haliny, wcześniej sprawdzając czy nie ma jej przed domem z nim powoli wraca na górę w kibelkach czekają Mięśniak i Meserszmit, Orbita dochodząc do załamania korytarza widzi już stojącą przed uczelnią grupę kilkuosobową trzymających w rękach różne pomocne rekwizyty będące poukrywane wcześniej w naszych szafkach. Na jego widok wstali wszyscy a tym czasie z toalet wyszli Życki i Pietrucha oraz nasza dwójka, podniósł ręce na wysokość twarzy przyjmując pozycję obronną. Czy wiesz po co się tutaj zebraliśmy rzekłem? Popatrzył do tyłu wiedział że nie ma ucieczki.  Krzywdzisz często naszych kolegów- to samo więc ciebie teraz spotka. Otworzyły się drzwi i z korytarza III grupy wyszło kolejnych kilku pokrzywdzonych w meczu. Spojrzał na nich i głośno krzyknął, okrzyk aj? jak boli! który przerwał mój wywód. Na jego głowie pękł kij od szczotki, którego drugą pękniętą część trzymał mocno zdziwiony Mięśniak. Najbliżej byłem ja i Cygan wykorzystując moment gdy Stańko biadolił  trzymając rękami głowę –rzuciliśmy mu się pod nogi; ktoś go popchnął upadł więc tyłem przeleciawszy po naszych plecach rąbnął głowa o podłogę rękami dalej zasłaniając twarz. Nikt się nie wahał, nie współczuł kolejni kolanami wskakiwali mu na brzuch, kolanami dążąc do unieruchomienia kończyn. Tu zacytuję kolejną mądrość ,,I Herkules dupa kiedy ludzi kupa”. Było nas nie mniej niż dwunastu, nikt nie patrzył gdzie uderzał; bity jednak dalej nas wyzywał, ubliżał i straszył. Widać ten typ tak ma, kolejne razy już go uciszyły i osłabł,  już się nie zasłaniał; dałem znak by nauczkę poglądową zakończyć. Podszedłem z Cyganem i Garbusem mówiąc- że jeśli kogoś dotknie choćby małym palcem to w nocy nie pozna sam siebie. Czy zrozumiałeś? –pokiwał wystraszony głową. Popatrz na obecnych tu na korytarzu, w tym domu oni są naszymi braćmi, dokuczanie młodszym musi ustać, a sytuacja jak na dzisiejszym meczu nie może się powtórzyć. Koniec z popychaniem i złośliwymi faulami na meczu, nikt z Tobą więcej nie zagra; chyba że grę tą nazwalibyśmy polowaniem na ciebie. Odchodził z opuszczonymi rękami w kierunku łazienki na pytanie p. Luni którą spotkał- co ci się stało? Zakrwawiony; płaczącym głosem odrzekł że podczas gry się przewrócił  i zniknął zamykając za sobą drzwi. Był tam sam starając się doprowadzić do normalności, w ty czasie nasza grupy papierem i ścierkami od pastowania podłóg czyściła podłogę z krwi po zajściu, inni zmieniali pokrwawione przez Orbitowca ubrania by nie podpaść Halinie ale krwi nie dało się tak łatwo sprać mydłem, jutro oddamy pranie pani Janeczce z pralni może ona lepiej sobie poradzi. Zespołowa praca szybko dała efekt, nie było już żadnego śladu. Powróciliśmy  odekscytowani bójką na podwórko, obserwując z drabinek jak zachowa się Orbita gdy natknie się na wychowawców czy przekabluje? nikt by mu uwierzył. Przyszedł po oklejany plastrami przez p. Lunię, jak ty teraz wyglądasz mówili, widzisz że niektórym nie idzie na zdrowie piłka nożna i powinni zacząć uprawiać inne bezpieczne sporty. Usiadł w ich pobliżu i do końca dnia ich nie opuszczał. Zaczęliśmy powtarzać że tak każdego można załatwić, że siła jest w grupie powiedzenie że ,,nieważne ile ciosów zadasz lecz ile przyjmiesz na siebie by móc walczyć dalej stało się myślą przewodnią”. Podzieliliśmy się na dwa oddziały i zaczęliśmy ganiać po terenie robiąc- wielki raban. Znów karabiny strzelały tylko  seriami, ponownie dały się słyszeć dialogi że wszyscy strzelają bardzo celnie i odgrażania że jak przyjedzie wesołe miasteczko, to pójdziemy na strzelnicę by raz na zawsze ustalić kto ma lepsze oko do strzelania. Siedzieliśmy do dobranocki zmęczeni za bramką na boisku. Każdy starał się ułożyć coś śmiesznego, miałem przyjemność być sędzią który ocenia kto najlepiej i w dodatku najmądrzej to zarecytuje. Dochodziły do nas dziewczyny przysiadając obok nas. Słuchając kolejno ułożonych zdań. Gdy wstałem wszyscy zamilkli, patrzyli po sobie wiedząc że jak coś powiem to bardzo celnie. Ułożyłem wierszyk a raczej jedno zdanie o przypadłości Stańki tak trafny że zaczęto go od tego dnia tak nazywać i powtarzać w całym domu.

 

Kauczka Nebauczka .

 

Kauczka Nebauczka hop na szafę, rak neborak- chlup do wody,

Um tamta, um tamta, um tamta.

 

Po chwili ciszy wszyscy zaczęli śmiać się do rozpuku, kolejni przychodzący po usłyszeniu dołączali rozbiegli się przekazując nauczony wers. W sumie dla obcych na pewno jest głupi –my nazwaliśmy go głupio mądry. A jeszcze pomyśleć jak wściekły będzie Stańko gdy wszyscy będą nazywać go teraz Kauczka Nebauczka. Większość młodzieży domu przechodziła od samego początku edukację w bójkach, my wiedzieliśmy że ono nie ma sensu, skoro wcześniej kilka razy już to robiliśmy- i nic z tego dobrego nie wynikło. Kiedy kolega staje się partnerem a przyszłych konfrontacjach czujesz jego osobę po swojej stronie, wiesz że masz bezpieczne plecy wiesz że cię nie opuści, wiesz że jest chociaż nie musisz go w tłoku widzieć. Sam też go nie możesz zostawić, choćby trzeba było wspólnie dostać po zębach, wiedząc że przeciwnik stracił też swoje-gdy dowiesz się później że jednemu  podbiliśmy oczy czy miał zwichniętą dłoń, kolejny zaliczył dwa tygodnie zwolnienia. Kiedy szła fama że oni są dobrzy bójki ustawały, dochodzono prawdy po wspólnych rozmowach zdobywając w ten sposób szacunek i autorytet. Zasady były proste skoro mieszkamy razem w jednym domu jesteśmy więc rodziną, nie każdy urodził się orłem; za kilka lat do szusuje do nas, i tak jak my zajmie swoje należne miejsce w stadzie. Stając się wilczkami wiedzieliśmy, że nie możemy być solidarni w głupocie że bardziej powinna do nas dochodzić siła argumentów niż argument siły. Założenia były sprawiedliwe; pomagać młodszym, starać się nie wypaczać prawdy, pomagać sobie wzajemnie, nie być złośliwym, dla kolegów z normalnych domów też być normalnym -oni mieszkali przecież gdzieś obok. Też dobrze rozróżniali co jest dobre a co złe, starali się w żaden sposób nas nie urazić widzieli nasze zgranie, oraz ze można na nas polegać. Gdy ginęły kanapki w czasie np. WF- u, na podwórku gdzie za bramkami zostawialiśmy swoje tornistry ktoś im wyjmował je z tornistrów i z pewnością zjadał. Wspólna czteroosobowa grupa nie biorąca udziału w grze, ustaliła i złapała sprawcę, nie był to nikt z naszego domu. Po takich delikatnych sprawach nagłośnionych przez dyrekcję szkoły, zaczęto nam wydawać bułkę najczęściej z masłem i żółtym serem do śniadania. Tylko nikt nie pomyślał że taką bułkę w coś trzeba zawinąć lub choć włożyć do torebki foliowej a nie wpakować pomiędzy zeszyty i książki szczególnie w letnie ciepłe dni. Później było to jabłko, bo bułki jedzono w drodze do szkoły. To co innego gdy chodziliśmy do szkolnego sadu na jesieni lub w lato jak owoce dojrzewały, rosły tam śliwki, jabłka, gruszki i na przerwach i po lekcjach aż ostatnie znikły z drzew; wypady do ogrodu nosiły ogólną nazwę –witamina. Oczywiście że wiele razy ktoś nas przeganiał z sadu, ale zawsze na dwóch odwiedzających ogród, jeden obserwował teren dostając połowę z zerwanych do worka owoców. Rzadko się zdarzało by ktoś z nauczycieli złapał amatora kwaśnych jabłek od Korczaka, uczyliśmy kolegów że tylko praca zespołowa pozwoli i najeść się owoców i bezpiecznie wrócić do domu. Ja z Tadkiem stawaliśmy się z czasem i pod wpływem nabytych doświadczeń starszymi grupy. Garbus, Vistuła i Policjant -naszymi podwładnymi i to była ta pierwsza piątka ci z kolei zostawali zwierzchnikami trójek na kandydatów. Ich bycie wilczkami polegało na częstym przebywaniu razem, na wspólnych zabawach, na rozmowach poza domem. Na świadomości że będąc dobrym nic złego nie może cię spotkać, nazwa wilczki dotyczyła tylko naszej piątki. Inni nie znali naszej nazwy, choć w ostrzeżeniach padało słowo wilki ale dotyczyło zdania ,,Uważaj bo cię wilki zjedzą” jako powiedzenia. Jednak na najbliższe akcje pierwszeństwo miała nasza piątka, reszta była w odwodzie gdyby doszło do konfrontacji z kilkoma osobami na raz, to znaczy gdyby przeciwnik połączył siły. Razem z kandydatami było nas więc 11- u z obu chłopięcych grup. Pierwszą wspólną akcją była nocna akcja na małą sypialnię w której mieszkali najstarsi chłopcy z naszej grupy. Cel wiadomy Orbita, z żartobliwym wysłaniem go w kosmos. Walczak nie wiedział po co ale miał nas zawiadomić, że wszyscy w jego sypialni już zasnęli, gdyby skłamał i wpakował nas w kłopoty to wiedział jaka będzie nasza reakcja, widząc pochowane w sypialni nogi od krzeseł i wiedząc o wcześniejszych porachunkach ze Stańką, w których brał bierny udział. Byliśmy przygotowani na rozróbę, musieliśmy ją zaryzykować właśnie w sypialni, by wiedział że nigdzie nie jest bezpieczny. Czy baliśmy się?- i to jak, gdyby zostali ostrzeżeni z pewnością skończyło by się na pobiciu nas wszystkich, myśleliśmy o ubezpieczeniu korytarza pozostałymi wilczkami. To z pewnością mogło by ich powstrzymać przed dalszą agresją gdyby bójka przeniosła się podczas prób wycofywania z wrogiej nam sypialni. Zdawaliśmy sobie sprawę że akcja byłaby bardziej zagrożona, im więcej osób wie o niej, gdybyśmy wtajemniczyli pozostałych któryś niechcący mógłby się normalnie przez przypadek wygadać. Był czwartek w telewizji leciał jakiś teatr, przed 22-ą słyszeliśmy jak oglądający wracają do swoich sypialń. Jeszcze będą gadać, zapalą i po wiadomościach sportowych pójdą spać. Już i nas łapał sen, w chłodzie siedzieliśmy na balkonie by nie dać się pokonać. Przed 23-ą niepierwszy na zwiady idzie Witek po krótkiej chwili wrócił mówiąc że słychać jeszcze głosy. Po kolejnym kwadransie Wielbłąd przychodzi z wiadomością że jest cisza, mimo wszystko czekamy do 23.30. Skończyły się opowieści i najnowsze kawały, pytamy Vistułę czy pójdzie jeszcze raz, sam wiesz że palisz dobry powód by cicho wejść i spytać cicho czy ma kto zajarać, Czesiu obaj palicie najwyżej was wygonią, lepiej to niż wejść w gniazdo szerszeni które na pewno potrafi się bronić. Wychodziliśmy razem, oni kilka metrów przed dali znak żebyśmy się zatrzymali. Otworzyli drzwi klamką- nawet nie zaskrzypiała, mocniej zacisnęliśmy przyniesione wcześniej rekwizyty; tanio swojej skóry nie sprzedamy. Nasłuchiwaliśmy jakiegokolwiek ruchu kiedy nasi dwaj koledzy zniknęli za drzwiami, mają najgorszą dziś robotę szepnąłem –pokiwali głowami rozstawiając się łukiem, po akcji chyba rzucą fajki? Uśmiechnęliśmy się wycierając drżące i spocone ręce o piżamy. Ależ to długo trwa pomyślałem zaglądając do sypialni, zobaczyłem wycofujących się szperaczy. Gdy wyszli Vistuła rzekł że chrapią i gwiżdżą, mało nie buchnęliśmy śmiechem gdy Garbus dopowiedział –i pierdzą. Odczekaliśmy chwilę wchodząc według planu, ja z Cyganem wykonujemy nasz plan, reszta zajmuje miejsce blisko łóżek tych najniebezpieczniejszych sprawdzając możliwość oburęcznego zamachu. Blondas jako najniebezpieczniejszy dostał dwóch opiekunów Witka i Cześka, muszą go wyłączyć przy pierwszej próbie. Ja z Tadkiem na pewno wyłączymy Kauczkę, reszta nie jest dla nas zagrożeniem ale Wojtek ma stanąć obok Tamborskiego. Mało nas usłyszałem szept Policjanta– zamknij dziób i rób co ustalone odrzekł cicho Vistuła. Zwinąłem pół paczki SPORTÓW Blondasowi? sam mi dał, przez sen-słowo!- były to słowa Garbusa. To schowaj je i mód się by to co mówisz było prawdą bo wtedy niech twój łeb pierwszy otrzyma cios jakeś głupi że naprawdę budziłeś go po papierosy. Poczułem dłoń Tadka który rzekł że wszyscy są gotowi, na co czekasz? -na razy! Ale te nie padają, słyszymy jak smacznie chrapią, sapią i wzdychają. Kucamy- długie śmierdzące nogi  obiekt akcji widać było dobrze przy księżycowym świetle, ciemność korytarza to dobry element naszego odejścia. Tadzik  szepnąłem! Wycofuj powoli Wielbłąda z Policjantem będą nam tylko przeszkadzać przy odwrocie pokiwał głową, szeptał coś do Vistuły by ten uczynił to samo. Niechętnie opuszczali salę –stanęli w drzwiach patrząc jak wkładaliśmy przygotowane pocięte w paski z gazety między paluchy obu nóg, po nerwach nie zostało już śladu widziałem uśmiech Tadka gdy dwoma Ronsonami na benzynę jednocześnie zapaliliśmy z obu stron. Odeszliśmy szybko do drzwi, za nami Witek sypnął garścią na podłogę wcześniej ubite drobno na miał szkło i zaiwanione Halinie pineski. Za zamykanymi drzwiami widzieliśmy jeszcze ogniki, coś zatrzepotało i miarowo uderzało. Dochodząc do sypialni usłyszeliśmy głośne k——a!, ojojoj –ku—a!  jak boli, krzykiem obudził całą salę. Później znamy dalszy ciąg z opowieści Dziadka, który zapalił światło (jego łóżko było najbliżej drzwi). Widział siedzącego zakrwawionego Stańkę jak z nóg, wyjmował kawałki szkieł i pineski,  miał okopcone paluchy koloru szaro żółtego. Nie wie co go bardziej bolało to że nikt nie chciał mu  udzielić pomocy, czy to że tylko jemu zrobiono rowerek. Ale nikt nie chciał stąpać po podłodze widząc pokaleczonego Orbitę. Krzyki ściągnęły nocną oglądającą do końca program. Wściekła pozamiatała salę odgrażając się że jutro powie rano Halinie jak się zabawiamy po nocach i skończy się oglądanie wam  telewizorni. Hanka powąchała tylko ręce Lizusa czy nie czuć smrodu po papierosach i czy to nie on zrobił kocówę, efekt był pozytywny. Gdy usiadła na tapczanie dopiero zajęła się udzieleniem pomocy pokrzywdzonemu   okręciła bandażem obie stopy, gdy stwierdziła że dobrze wykonała swoją prace uderzyła ręką w bolącą nogę mówiąc- będziesz żył na to się nie umiera zasyczał od tych czułości, położył się więc na łóżku przykrywają kołdrą. Kiedy wyszła gasząc światło dokładnie zamknęła drzwi, słuchać było jak się odgrażała że będzie ich zamykać w nocy na klucz, otworzyła drzwi naszej sypialni nic nie stwierdzając poza egipskimi ciemnościami i chrapaniem zakłócającym ciszę- widać było jak machnęła ręką zamknęła drzwi i odeszła podsłuchiwać na korytarz trzeciaków ale i to nic nie pomogło musiała by rozbudzić całą grupę tylko po co. Po jej odejściu długo w nocy słychać było pojękiwania rozmowy przez ścianę, sala mimo egipskich ciemności nie myślała o spaniu, widać że chcieli złapać sprawców nocnej wizyty, i powyrywać im nogi z tyłka jak się uda. Słychać było ich wędrówki parami do toalety i podsłuchiwanie pod drzwiami trzeciaków. Nastroje ostygły późno w nocy gdy kolejny raz uświadomili sobie że przygoda spotkała Scyzora, widocznie on znów komuś zalazł za skórę, więc niech on sam nie śpi i czuwa a nie innymi chce się wysługiwać. Do rana jednak nic już się nie wydarzyło a kiedy zmęczeni zasnęli twardym snem po szóstej zrobiła im pobudkę pani Halinka, byli półprzytomni. Rano obudzona cała grupa  poszła się myć a potem do dalszych obowiązkowych czynności, jednak dało się zauważyć szukanie sprawców nocnych odwiedzin, i wypytywanie czy ktoś czegoś nie zauważył. Także i Tarnacka próbowała przez swoich pupilków ustalić kto nie śpi po nocach i kogo przykładnie można by za to ukarać. Wszyscy z dużej sypialni brani na spytki pojedynczo mówili  że poszliśmy spać po dobranocce, na nic okazała się jej dyplomacja i obiecanie nagrody za wskazanie sprawcy oni w to szczerze wierzyli bo faktycznie szliśmy spać razem z nimi. Wiedzieliśmy że nikt więcej po nagrodę się nie zgłosi, choć za dwie dychy można było kupić 10 ciastek a jej gwarancję że nikt się nie dowie potraktowaliśmy jak żart, choć był pomysł zwalenia zdarzenia na Walczaka gdyby ten skierował swoje podejrzenie na któregoś z nas. Stańko przez kilka dni nie chodził do szkoły, mówiliśmy głośno że głąby nie muszą się uczyć, przynoszono mu też do lóżka posiłki jakoś tak zawsze wypadło że chleb był czerstwy a herbata nijakiego smaku gdy dosypiesz troszkę soli. Przez całe dwa tygodnie nie zagrał też z nami ani razu w piłkę. Jednak przez kilka następnych nocy mała sala czuwała do późna tylko połową stanu Stańko, Słoń i Blondas; zawsze jednak przegrywali z Matką Naturą zasypiając późną nocą. Podejrzewali że to zrobiła trzecia grupa, w końcu uznali że niech czuwa sam Stańko bo jest sam sobie winien że nie da się lubić. Skoro tylko on został pokrzywdzony znaczy że do nich nikt nic nie ma i są w porządku. Do prywatnych rozgrywek pomiędzy kandydatami wilczej watahy dochodziło nawet często, zawsze ktoś z piątki był obecny przy walkach solowych kogutów; efekt był różny najczęściej podbite oko, czy opuchnięte od uderzeń usta, o sińcach nie wspomnę, potem jednak podawano sobie rękę by po kilku dniach wszystko wracało do normy, znów się razem bawili zapominając o niedawnych sprzeczkach. Gdy Kauczka  dowiedział się że to ja mogę kryć się za akcjami przeciwko niemu poprosił bym przyszedł do małej sypialni, stanął naprzeciw mnie podniósł moją twarz i uderzył centralnie w twarz pięścią. Zalałem się krwią brudząc pościel w łóżku na które upadłem, myślał że mnie zastraszy- udawałem że szlocham w sali byli Tamborski i Marecki. Boguś widząc tyle krwi wystraszył się jak wytłumaczy to Halinie ściągał prześcieradło, wstając oparłem się lewą ręka o szafkę na której stała doniczka z kwiatkiem gdy wyczułem ją powoli wstając wbijałem palce w miękką ziemię. Orbita podawał mi szmatę od froterowania, wtedy dostał glinianą donicą która pękła na jego głowie, upadł więc przysypany czarną ziemią był oszołomiony i zaskoczony próbując wstać, ale na to ja mu nie pozwoliłem kopałem z wściekłości na zmianę nogami w klatkę piersiową może i w twarz nie patrząc czy mu połamię żebra czy straci zęby, raz za razem odpychałem go rękami widząc że się podnosi. Wiedziałem że razy muszą boleć, nigdy nie dałbym rady starszemu o kilka lat w solówce w tym wieku taka różnica to inna klasa, gdyby nie ta doniczka odpowiedniej wagi jakie stały na większości z tapczanów z pewnością dostałby czymś innym, tylko zaskoczenie dawało mi szansę. Podbiegli do mnie Walczak z Blondasem, chwycili za ręce odciągnęli mnie do drzwi tam puścili mówiąc bym się ogarnął zanim zobaczy mnie Halina. Na korytarzu stał Garbus nic teraz nie mów, szukaj Cygana i powiedz że oberwałem; ale bez paniki Boguś nie wygląda lepiej zaraz przyjdę na plac i wszystko wam opowiem. Popatrzyłem w lustro wyglądałem fatalnie, powoli zmywałem krew z włosów, twarzy i rąk. Znów oglądałem się w lustrze, bolały mnie zęby, miałem chyba złamany nos a na pewno przestawioną chrząstkę w dodatku opuchniętą twarz od uderzenia która utrudniała oddychanie -nosa nie czułem. Zmieniłem jeszcze koszulę a pokrwawioną zalałem gorącą wodą  wsypując do miski mydlane płatki używane do prania skarpetek. Krew nie jest łatwa do sprania i z pół godziny zajęło mi przywrócenie jej do pierwotnego stanu. Znów popatrzyłem w lustro- nie najlepiej? Twarzy nie da się ukryć kilka dni potrwa zanim dojdę do siebie. Przed małą sypialnią też kończono sprzątanie chcąc zminimalizować ślady bójki,- w porządku? padło jedno pytanie ale pozostawiłem je bez odpowiedzi machając ręką. Schodziłem powoli po schodach sprawdzając co chwila czy zatamowałem krwawienie, dla pewności w toalecie dziewczyn była rozpoczęta rolka papieru toaletowego, nawinąłem niezły kawał i schowałem za spodnie. Na sali nie było nikogo szok już mijał, obym nikogo z kadry nie spotkał bo pytaniom z kim się biłem nie będzie końca. Wszyscy zeskakiwali kolejno z drabinek chcąc być pierwszym przy mnie, kiedy podeszli już blisko oglądali moje zmiany na twarzy, dotykali delikatnie opuchlizny pytając czy boli –pokiwałem głową. Zaciskali pięści w ciszy szli za mną czekając aż zdam im relację z całego zajścia. Chcieli od razu wziąć odwet za mnie nie licząc się z jego konsekwencjami, oberwiemy ale i im się dostanie, może jeszcze chcecie wejść do wrogiej sypialni w biały dzień starsi teraz tylko czekają by obić nam ryje. Tylko spokój! pośpiech jest złym doradcą ochłoniemy, poczekamy, uderzymy. Kiwali głową przyznając mi rację wszak to ja byłem poszkodowany, moja krzywda moja też decyzja –możesz na nas polegać! zrobimy co trzeba. Zapadła cisza którą przerwał Wojtek pokazał głową w kierunku domu- skąd wyszedł Boguś z obandażowanym łbem, przywołany przez palaczy na murku coś im tam tłumaczył gestykulując by potem spocząć na ławce obok, spoglądał w naszym kierunku, ciekawi byliśmy jak wytłumaczył swój widok, słyszeliśmy nawoływania że wygląda jak mumia. Bystre oko p. Halinki od razu zauważyło wieczorem przed snem opuchliznę na mojej twarzy pytając gdzie się tak urządziłem, tylko nie kłam że grałeś w piłkę przerwała moją odpowiedz. A Stańko nie pomógł ci trochę, głupio się uśmiechnąłem wzruszając ramionami, nikt nie pożyczał piłki dzisiaj i co tak się w locie stuknęliście że obaj wyglądacie jak dwa nieszczęścia. Myślisz że nic nie wiem że Stańko cię pobił, że nie widać suszących się ubrań na balkonie; nie mogę jednak udowodnić że znęca się on nad młodszymi, ale jak tego dokonałeś że i on jest tak pokiereszowany wiesz tylko ty i mam nadzieję że niedługo skończą się takie przepychanki bo któryś z was znajdzie się w poprawczaku. Ze zwieszoną głową skierowałem się do toalety, by po chwili być już pod kołderką. Gdy zgasło światło długo kręciłem się zanim zasnąłem, ból nie dawał mi spać, trwało tak kilka dni zanim doszedłem do siebie. Gdy minął tydzień od zajścia z Orbitą; dałem znak że chyba już czas by spróbować zawitać z ponownymi planowanymi odwiedzinami. Kolejny raz nie zasypialiśmy siedząc w chłodku na balkonie by nie zasnąć, zegar na PDT- Wola wreszcie doszedł do 23ej. Palacze udali się znów na zwiad biorąc na siebie ryzyko zarobienia pierwszych kuksańców. Noc była gwiaździsta, ale w niczym nam to nie przeszkadzało gdyż w domu wszędzie było ciemno. Kiedy Vistuła wrócił mówiąc że nocna siedzi już w sekretariacie dłubiąc pewnie w nosie po skończonym niedawno filmie myśląc jak wytrzymać do rana.  Udaliśmy się na  wcześnie ustalone miejsca Obserwujący na balkonie Policjant miał dogodny punkt obserwacji, poprzez szczelinę w drzwiach auli powinien zauważyć jej wyjście gdyby chciała dołem przez jadalnię klatką wejść na górę lub próbować wejście dużą salę robiąc rutynowy obchód. Wojtek nie może zasnąć bo nas wkopie a wtedy Halina będzie wiedziała kto nie śpi po nocach. W każdym wypadku musiał zdążyć nas powiadomić bo inaczej scenariusz był do przewidzenia. Już czas niech wszyscy po kolei leją do dzbanka, który na co dzień służył do podlewania kwiatów. Już drugi raz pierwszy po dobranocce sikaliśmy do dwu i pół litrowego pojemnika by go napełnić. Idziemy wolno – by nie porozlewać niesionej niespodzianki. Wchodziliśmy cicho do sypialni dzisiejsza akcja jest bez zabezpieczenia. Powoli krok za krokiem zbliżyliśmy się do śpiącego, uchylając jego kołdrę i trzęsącymi rękami powoli wylewałem ciepły płyn z prawej strony jak najbliżej piżamy. Po chwili zmieniłem na lewą stronę, wtedy przekręcił się na bok czekaliśmy chwilę. Wiedząc że jak otworzy oczy uciszy go Cygan mającego wolne ręce, opróżniony dzbanek stał się już lekki, ale i takim lepiej nie oberwać. Wtedy obiekt podkulił nogi przekręcił się na drugi bok i spał dalej. Cała zawartość była w jego łóżku którego siennik był napełniony sianem. Sami spaliśmy na takich ale wywietrzonych i suchych po  wcześniejszych właścicielach, wiedzieliśmy że do rana nasz mocz przegryzie się z sianem i będzie strasznie śmierdziało. Korciło mnie by mu jeszcze przyłożyć za to jak wcześniej ze mną postąpił –odpuść słychać było szept Tadka zbudzilibyśmy całą salę, to o czym myślisz zrobimy innego dnia. Opuszczaliśmy pokój już wyprostowani, wtedy Tadek zahaczył o nogę Judasza ten otworzył zdziwione i wystraszone oczy. Przyskoczyliśmy wszyscy do niego, cichoo! szeptaliśmy a nic ci się nie stanie –rzekłem. Nie do ciebie przyszliśmy z wizytą. Powoli się uspokajał nie wiedział ilu nas jest, ale było mu z pewnością ciężko. Bał się robiąc wielkie oczy, rozumiał swoją niemoc, wiedział że jest bez szans ostatnim razem sprawców też nie znaleziono. Nas nie widziałeś –rozumiesz? kiwnął głową gdy zwalniałem powoli zacisk dłoni na ustach. Jak obudzisz śpiących wiesz że będziesz miał kłopoty znów kiwnął głową; zeszliśmy z jego łóżka zabierając ze sobą leżący dzbanek. Odchodziliśmy w ciszy jak przyszliśmy-Wielbłąd! skoczył po Policjanta oznajmiając mu koniec akcji. Już myślałem że w tej ciemnicy zniosę jajko- co tak długo trwało? Jakie długo od wyjścia z sypialni z dziesięć minut, do teraz może piętnaście. Już myślałem że o mnie zapomnieliście- wszyscy ale nie Stasiek i Tadek rzekł dobitnie Czesiek z nimi to lepiej zgubić jak z innym znaleźć dobrze wiesz? pokiwał głową i w milczeniu udając się do toalety- gdzie myliśmy ręce i dzbanek. W sypialni zanim zasnęliśmy wyszliśmy na balkon by rozmowami nie budzić śpiących. Opowiadaliśmy wszystko od początku, ciesząc się z kolejnej nocnej wyprawy, dokuczaliśmy osłonie że byli pierwsi gotowi uciec gdyby któryś ze śpiących tylko pierdnął, oraz ich zapewnienia że to ja im kazałem wycofać się do drzwi by nie przeszkadzali. No dobra, ale my z Cygankiem bezpieczniej byśmy się czuli gdybyśmy wiedzieli że najgorsi sk—–ele po Stańce są wyeliminowani i nie będą w stanie myśleć o rewanżu gdyby za nami pogonili. Następnym razem stanęło na tym że nie odstąpią od raz ustalonego planu i dopiero na koniec opuszczą swoje miejsce. Wiemy odrzekliśmy, ale chcieliśmy tylko się z wami podroczyć? ale to nie jest miłe!- powiedział Witek. No chyba- poparł go Czesiek. Potem na hasło ,,jutro też jest dzień” udaliśmy się do łóżek, jednak i tam  długo nie mogliśmy zasnąć. Co chwila słychać było czyjś głos pytający-czy już spisz? Ale w końcu zmogło nas wszystkich i kolejny raz akcję przeżywaliśmy tym razem w swoich snach. Walczak nie wszczął alarmu, zaś niespodziewającą się  niczego pani  Halinka cofnęło na korytarz z obrzydzenia, złapała się za nos i zapalając światło pobiegła otworzyć balkon. Szybko postawiła wszystkich na nogi gdy zobaczyła Orbitę wiedziała już kto jest winny pasiasta piżama kleiła się do ciała a białe pasy wzdłuż były żółtego koloru, uchylona kołdra potwierdziła tylko kto jest sprawcą. Kazała mu wszystko wynieść na balkon by tam wyschło  i wywietrzało. Następnie stała nad wycierającym podłogę i trajkotała, taki duży a taka z ciebie świnia jaki ty dajesz przykład młodszym, czy ty nie masz czucia, sam wypierzesz swoją zaszczaną piżamę i ją wyprasujesz to samo zrobisz z pościelą. Dziś nie pójdziesz do szkoły– pójdziesz na wizytę do lekarza a nocnej przekażę, że ma ciebie budzić dwa razy w nocy by uniknąć takich powodzi jak dziś,  dobrze że nie nawaliłeś w galoty bo byłbyś pośmiewiskiem całego domu. Przychodzących z łazienki kolegów witała wiązanka przekleństw kiedy tylko wchodzący pytali się w żartach co tak śmierdzi, szybko poubierali się rozchodząc do codziennych prac. Kiedy po siódmej grupa schodziła razem na śniadanie o niczym innym nikt nie rozmawiał tylko o tym że Boguś na noc będzie zakładał pieluszkę a ptaszka gumową rurką połączą z butelką po mleku stojącą przy tapczanie za pomocą plastra. Zanim rozlano zupę mleczną, wszystkie grupy wiedziały o perypetiach Orbity, kiedy dołączył jako ostatni do śniadania stając się obiektem kpin ogółu, szczególnie bolesne były docinki dziewczyn– pompa, sikawkowy, szczyl, lejek, zaszczaniec, wentyl dało się zewsząd słyszeć. Wiedzieliśmy że celnie trafiliśmy, było to wymowniejsze niż grupowe pobicie. Walczak do nas się uśmiechał szepcąc że nas nie zdradził i przed swoim wyjściem do szkoły spytał czy mógłby być z nami. A niby z kim? zapytał Cygan, no jak to w waszej bandzie? Banda- to cos złego, a my jak widzisz staramy się pomagać młodszym nie wykorzystujemy ich,  nie zabieramy im kasy ani słodyczy przyniesionych z domu. Wiemy że musiały tu trafić jak my z ważnych przyczyn a nie z własnej woli. Cierpią taką samą biedę jak my a za to że są mniejsi chcecie ich jeszcze bardziej karać. Wyobraź sobie że masz młodszego brata tu w domu czy obojętnie byś przechodził gdyby mu ktoś dokuczał lub w inny sposób znęcał się nad nim, co być powiedział matce lub własnemu sumieniu; na to my nie dajemy pozwolenia. Musisz zrozumieć co innego jest dać a co innego samemu wziąć. Może kiedyś jak przemyślisz swój stosunek do nas –do rodziny z którą jesteś tu w tym domu! miej to na uwadze. A w niedzielę oglądaj program dla młodzieży w teleranku pt. ,,Niewidzialna ręka” zobacz jak pomaga się starszym i potrzebującym, wiemy że do tego trzeba mieć jaja, a przynajmniej urodzić się z sercem a nie kawałkiem flaka bez kości. Może dołączysz do nas jak będziemy wiedzieli że jesteś gotowy do poświęceń, a ty byś chciał i tu i tam- oglądasz filmy i  wiesz jak kończą kable, albo pracujący na dwie strony. Któraś cię załatwi kiedy będziesz zbyteczny, w najmniej dla ciebie spodziewanym momencie. Zapamiętaj ciekawą mądrość może ona będzie twoją myślą przewodnią ,,Gdy wąż jest jadowity to nieważne czy jest gruby czy cienki, gdy wróg jest niebezpieczny to wszystko jedno czy jest blisko czy daleko”. Postaram się! rzekł odchodząc ze skwaszoną miną i opuszczoną głową, sam szedł do szkoły myśląc nad tym co od nas usłyszał. Orbitowiec po śniadaniu spotkał nas ubierających się do szkoły, stanął pytając za co wszystko go spotyka. Spojrzałem na kolegów z którymi zawsze razem chodziliśmy do szkoły, czy niektórzy niczego się nie nauczą padło z głębi korytarza. Myśleliśmy że chce nas sprowokować, dużo ryzykował był sam a na korytarzu akurat same wilczki, byłby głupcem gdyby chciał pobić któregoś kogo dziś obrał sobie za kozła ofiarnego. Stuknęły o podłogę upuszczone tornistry. różne przedmioty znalazły się w naszych rękach, stoją one zwykle głębiej w szafkach były więc i kije do hokeja i nogi od krzeseł będące w zabawach w wojnę naszymi pistoletami maszynowymi, mieliśmy po trzynaście lat. Rozumieliśmy się jak dobrze naoliwiona maszyna zaciskając wokół niego krąg, nie dochodziło do nas jeszcze czy to odwaga czy raczej głupota podyktowała mu takie rozwiązanie. Mogliśmy się spóźnić do szkoły i tak by nam nic nie zrobiono, –uklęknął przed nami podniósł prawą rękę i płaczliwym głosem przysięgał że się zmieni że już nie będzie dokuczał młodszym. Opadły nam ręce, nikt jednak nie uderzył. Pamiętasz jak mnie ostatnio ustawiłeś w małej sypialni i uderzyłeś pięścią w twarz i moją reakcję jak rozwaliłem ci łeb doniczką, pokiwał głową czy nie czujesz że ,,im bardziej zaciskasz tym większy czujesz opór’’ jesteś nielubiany, a kiedy tylko się pokazujesz przestajemy się bawić, czy grać w piłkę wiedząc jak to się może skończyć. Twoja gra powoduje natychmiastową reakcję obronną punktuje ten kto cię wyłączy z dalszej zabawy. Jesteś starszy od kilka lat od każdego z nas kończył mój wywód Cygan, znaleźliśmy się w tym domu z wiadomych przyczyn i on jest teraz naszym domem czy to dochodzi do twojego pustaka. I żebyś wiedział- wszedł mu w słowo Witek, to że jesteś cały zawdzięczasz innym, moglibyśmy ciebie zdjąć lub poważnie uszkodzić podczas jak spałeś już parę razy. Zwiesił głowę kiwając nią –przepraszam was wszystkich za swoje postępowanie i obiecuję się zmienić proszę o szansę. I jeszcze jedno jak zapastujesz już sypialnie i ją wyfroterujesz wyczyść trampki, stojące w twojej przegródce i nie miej za złe temu co w nich zastaniesz bo stało się to wcześniej- bez urazy. Będziesz pod obserwacją wiesz jak odpłacimy za krzywdę każdego z nas, nie uchroni cię wtedy żadna Halina, choć ma na ciebie teraz oko wie że ostatnie rękoczyny to twoja robota, radzimy ci więc po koleżeńsku byś popracował nad sobą słyszeliśmy z jej ust że gdy dowie się kto katuje młodszych, to umieści go w poprawczaku. Musisz zmienić swój stosunek do nas, widzisz mam złamany nos a mimo wszystko nie boję się ciebie miałem cię pod butem mogłem i tobie zrobić kuku coś podobnego ale znasz przysłowie,, Pan Bóg nierychliwy ale  sprawiedliwy’’ i chyba masz za co dziękować że mnie wtedy odciągnęli od ciebie bo nie wiem czy mógłbyś jeszcze chodzić. Posmutniał jeszcze bardziej kiwając głową, gdy odchodziliśmy w ciszy na klatce dało się usłyszeć jego wymawiane i powtarzane słowa przebaczcie? przebaczycie? Nikt nie odpowiedział, kiedy na podwórku dochodziliśmy już do bramy widzieliśmy jak stał w oknie nad balkonem machając nam ręką. Złamaliśmy twardziela rzekł Tadek- sam się złamał odrzekłem według przysłowia ,,Siła złego na jednego’’ lub innego- jakiego? ,,Kto mieczem  wojuje od miecza ginie ‘’-prawda, znikając pomachaliśmy mu jednocześnie uśmiechając z takiej samej reakcji. W szkole uczyliśmy się wszyscy raczej średnio nikt nas nie motywował nagrodami, ale były też jednostki którym bez nauki w szkole lepiej wchodziło do głowy. Na przykład taki Vistuła był bardzo dobrym matematykiem zawsze logicznie i dobrze odpowiadał a nie uczył wcale, nauka wchodziła mu do głowy na lekcjach, zapamiętując niepojęte działania miał podzielność uwagi, za to miał inne wady np. był kleptomanem, świerzbiły go ręce by komuś coś buchnąć, nie dlatego że to potrzebował ale tak dla sportu. Zawsze dziwnym trafem znajdowaliśmy zaginione rzeczy u niego. Wtedy pierwsze do kontroli było jego tapczan, potem szafa,  tornister czy kieszenie, ale najwięcej wstydu przynosił nam w szkole a we wcześniej opisanej akcji był jednym z winnych nazwijmy to dosadnie kradzieży kanapek. Powiedział że był głodny, ostrzegliśmy go że to się kiedyś dla niego źle skończy. Tłumaczył się że wyjada tylko kiełbasę ze środka że nie rusza pieczywa z masłem, ale uśmiechał się wtedy szyderczo mówiąc że musielibyście mnie wtedy i tak wyciągać z tarapatów bo tacy jesteśmy. Dobrze odrzekliśmy jednogłośnie, nam też czasami burczy w brzuchach lecz wystarczyć musi to co dostajemy lecz nikomu nie kradniemy z każdym komu od dziś zginie śniadanie będziemy negocjować co chce w zamian, będziesz musiał oddać coś wartościowego, albo wstąpisz do innej grupy z którą będziesz musiał się dzielić; przyjmą cię chętnie bo obok w małej sypialni oni żrą ciastka po nocach coś znajdą i dla ciebie. Ustalamy dziś jednogłośnie koniec z tą lewizną nie chcesz  być z nami odejdź stawiasz naszą kilkuletnią przyjaźń pod znakiem zapytania mamy swoje wejścia w kuchni zawsze coś zawsze załatwimy. Może masz tasiemca albo owsiki powiedział Czesio one cię zjadają od środka musisz iść do lekarza i się zbadać- co wy chłopaki? ja zawsze z wami –przysięgam że się zmienię, dajcie mi tylko czas. Nasz wzrok się spotkał ale to Cygan pierwszy się odezwał, my ci przebaczamy ale jak zamierzasz przeprosić kolegów z klasy? a muszę- odrzekł? spoglądając po wszystkich, zobaczył nasze kiwające głowy nikt się nie śmiał gdy padły jego smutne słowa; jutro na dużej przerwie zrobię to przed całą klasą. Kiedy problem kanapek zaistniał w szkole, dyrektor załatwiła codzienne dostawy bułek kajzerek które po jednej sztuce każde dziecko dostało do szkoły na drugie śniadanie była to najczęściej bułka z masełkiem i żółtym serem lub plasterkiem kiełbasy zawinięta w pergaminowy papier. Codzienne dostawy pieczywa były początkiem zgranych akcji mających zdobyć kilka bułek więcej, lub świeżą bułkę wrocławską lub ciepły chlebek. Jakie to było proste dwóch pomaga znieść pieczywo do kuchni kolejna dwójka zaś wskakuje na samochód i bierze tak by nie można się było zorientować że cokolwiek ubyło ze skrzynek. Później z bułkami przeczekać trzeba było za domem do odjazdu samochodu. W ten sposób mieliśmy dla siebie więcej świeżego pieczywa już przed śniadaniem a i dla Vistuły coś więcej gdy zacznie go ssać w żołądku. Nie zdawaliśmy sobie sprawy że możemy i my krzywdzić niewinnych ludzi może nawet materialnie odpowiadających za braki w samochodzie. Oraz jakie to proste byłoby schwytanie któregoś z nas gdyby na samochodzie był ukryty za skrzynkami na dzień czy dwa jeszcze jeden konwojent, lub przynajmniej ustalenie że pieczywo znika w naszym domu. To była normalna kradzież dziś to dobrze rozumiemy, wtedy tłumaczyliśmy sobie że pracownicy mają zawsze nadwyżki na samochodzie chociażby na własne potrzeby i na pewno uzupełnią braki kilku sztuk z tego co sami zakombinują. W podobny sposób piliśmy dodatkowe mleko, pomagając przy transporcie bańki którą codziennie dostarczano z mleczarni i zostawiano koło bramy. Mleko nierozcieńczone jest pyszne a gdy przywożone jest schłodzone by nie skwaśniało, w zimie często było zmrożone ale i takie było przez nas pite. Zawsze odlewaliśmy około dwóch litrów do butelek lub półlitrowych garnuszków, resztę grzecznie znosząc do kuchni gdzie i tak mogliśmy się napić do woli taka bańka dla całego domu mieściła 50 litrów. Garbus nigdy nie mylił się w datach dobry był z historii, jak już coś raz usłyszał zapamiętywał jak amen w pacierzu. Ale wadą jego było palenie papierosów, więc zbierał pety po drodze i skręcał z nich nowe które palił w fifce by nie zachorować na gruźlicę. Rozsmakował się też w różnych lekach zawierające spirytus, które jak syropy wypijał całymi butelkami, pił też Acnosan czy spirytus salicylowy wlewał w siebie wszystko co znalazł. A że pali twierdził-bo chce schudnąć a palenie mu pomaga. Wiesz co odpowiedziałem, tobie jest potrzebny ruch i gimnastyka ale ty jesteś leniwy czasami jeszcze pograsz w piłkę i to tylko na obronie bo nie masz kondycji. Nawet dziewczyny żartują że jesteś słoniowaty ale przystojny i jak tak dalej pójdzie to tylko Lola Pu może zostać twoją dziewczyną. Jaki z ciebie pożytek będą miały wilczki jak nie nadążysz za stadem przy poważniejszej akcji, osłabisz grupę a sam siebie skażesz na stracenie, a w pierdlu pomęczą cię? wystarczy nie dając żreć czy palić to wiesz co wtedy zrobisz sprzedasz nas wszystkich. Zwiesił głowę i odpowiedział, postaram się ograniczyć palenie-będę walczył z nałogiem może  czas zrobi swoje? przecież to nawet nie jest smaczne-splunął żółtą śliną sobie pod nogi. Czy widzisz teraz jaka z ciebie robi się świnia- powiedział Cygan nie liczysz się z nami rzygasz nam pod nogi jakąś gruźlicą jakby się nic nie stało. Jak stoisz przed lustrem i pumeksem wycierasz czoło bo ci powiedzieli że ludzie mądrzejsi mają wysokie czoła, a czy nikt cię nie nauczył co to obrzydzenie i nie dokończył machając ręką, ech Garbusie raz chcesz być łysy i mądry a za chwilę słoma ci z butów wypada widziałeś choćby w szkole nauczycieli –wykształceni mądrzy czy któryś pluje jak ty pokiwał przecząco głową. Rozumiem zwierzęta oznaczające swój teren na którym mieszkają i polują. Kiedyś ktoś silny zmusi cię do zlizania wtedy przekonasz się jakie to jest smaczne. Wam to zaraz wszystko przeszkadza co ja robię odburknął, nie Czesiu odparłem to że nie wychowują nas nasi rodzice bo nie mogą! z różnych przyczyn, to nie znaczy że chowa nas ulica. Staramy się czytać książki, podglądać innych tych dobrych bo kiedyś dołączymy do tego społeczeństwa, dlaczego nie mają powiedzieć o nas że jesteśmy dobrze wychowani i czy ci nie będzie przyjemniej gdy wspomną że to zasługa ojca czy matki. Nie czujesz się jakbyś robił we własne gniazdo?- nie jestem ptakiem odpysknął. Może i nie jesteś a raczej na pewno odpowiedział Tadek, bo ptak dba o swoje gniazdo w którym mieszka, nie rzyga w nie, nie sra bo inaczej musiałby się potem taplać we własnych odchodach. Mam nadzieję że wiesz poco są te nasze wywody, po to byś wiedział jak się zachować wśród ludzi, byś był pomocny, byś dał się lubić a nie budził odrazę. Oczywiście pomagaliśmy sobie odrabiać zadane lekcje, ale to nie przyśpieszało naszego wyjścia na podwórko gdyż trzeba było i czytać lektury i uczyć się na pamięć wierszy. Gdy zauważono wahanie w naszych odpowiedziach -co na dziś jest zadane? wtedy grupowy wchodził z uczelni wcześniej szepcąc coś z wychowawcą znikał na kilka minut do grupy najczęściej dziewcząt z którymi razem chodziliśmy do jednej klasy i było już wszystko wiadomo a nawet więcej w temacie szkoła. Kiedy się ściemniało lub była zła pogoda, życie przenosiło się na dużą salę. Na niej kontynuowaliśmy gry i zabawy w chwilach wolnych. Najczęściej niby piłką którą zastępował normalny kapeć, pożyczony z szatni dziewczyn  z wiszących worków szkolnych. Zgięty tak że jego pięta zmieściła się  w proporcji 2/3 tam gdzie jest miejsce na palce. Potem podział na drużyny 5u na 5-u bramkami były krzesła, odstęp między nogami miał tylko z 25 cm, zasady takie same jak na normalnym boisku, trzeba było celnie i szybko trafić, celnie podawać, nie wolno było spodem stopy przytrzymywać niby piłki. Gra ciałem oczywiście dozwolona a bramkarza tak wymanewrować podaniami by kapeć znalazł się pod krzesłem. W zimowe wieczory grę ta zastępowaliśmy grą w hokeja gdzie kapeć był poruszany za pomocą kija, były próby gry prawdziwym czarnym krążkiem ale po zbiciu pierwszej szyby, i bolesnych zatrzymaniach go własnym ciałem nigdy już nikt nie próbował nimi grać w domu. Stół do ping ponga był najczęściej zajęty przez starszych, którzy okupowali go godzinami. Czasami w zbijaka chłopcy i dziewczyny piłką siatkową eliminowali siebie nawzajem. Ta gra to też pokaz szybkiego przerzucania po to by wyeliminować tego kto się przewrócił trafiając w niego piłką. Oczywiście do gier zaliczał się babington, kręgle czy gra w zośkę. Dziś też graliśmy w kapcia Orbita też przyszedł i był w jednej z drużyn, gdy złapał go atak i z podniesioną głową w sufit zatrzymał kapcia pod swoją nogą nikt go tym razem nie kopnął, nikt nie uderzył, po raz pierwszy zastanawialiśmy się jak mu pomóc jakąś kurtkę wsadziliśmy pod głowę by nie walił nią o podłogę. Później szybki telefon na Pogotowie, po kilku minutach już była karetka po kilku minutach jechał do lekarza z wychowawcą a po 2-ch godzinach wracał radosny tramwajem o własnych siłach. Mijający czas pokazał że Boguś stał się pokorny, a grupa stawała się silniejsza, mądrzejsza i przewidująca. W szkołach też były tarcia, wychowawcy coraz częściej były wzywane do szkoły. Drugą opiekunką grupy była pani. Julia  Niebieszczańska starsza kobieta ale bardzo miła i spokojna. Takie wizyty w szkole kończyły się jak to mówiła p. Lunia  wychowawczyni . III-ej grupy.

  1. a) Wszystkimi karami świata .
  2. b) Zakazem oglądania TV ,
  3. c) Zakaz wychodzenia na boisko po zajęciach obowiązkowych .
  4. d) Zakaz spożywania kolacji ale wtedy przynoszono ją później .
  5. e) Zakaz gry w piłkę .
  6. f) Czytanie lektur i wcześniejsze chodzenie spać .
  7. g) Na pewno znikało kieszonkowe .
  8. h) Zakaz odwiedzania rodzin w soboty i niedziele .

Kary jak szybko były nakładane tak czasami szybko je cofano, wszystko zależało od serca z jakim do pracy przychodzili wychowawcy. Zawsze zadawaliśmy im niebezpieczne pytania np. jak by postąpił dr. Korczak i czy kara jest właściwa do przewinienia. Oto niektóre z nich odnosząca się do przysłów.

 

Wina wyznana na pół darowana.

Kto się do winy sam przyznaje, ten niewinnym zostaje.

Przy winnym i niewinnemu się dostanie.

Stosowanie przymusu wynika z niewiary w argumentację.

Lepiej winnemu przepuścić niż niewinnego ukarać.

Gdzie wszyscy winni tam nie ma winnego.

Jedną sprawiedliwością jest prawo odwetu.

 

Do częstych zajęć należy zaliczyć wspólną z dziewczynami rytmikę, dwa razy w tygodniu, była obowiązkowa, osobno dla chłopców i dziewcząt. Z najlepszych indywidualnie powstał zespół mający w programie tańce regionalne i nowoczesne. Braliśmy udział w wielu pokazach i występach, byliśmy dumni gdy ubrani w uszyte stroje krakowiaków, górali, marynarzy reprezentowaliśmy nasz dom na dzielnicowych pokazach. Perfekcyjnie wykonywane tańce, żądanie bisów i oklaski jakie otrzymywaliśmy były wspaniałą zapłatą za włożony trud, pot i poświęcenie; mobilizowały do brania udziału w późniejszych zajęciach rytmicznych. Przyszłe wspólne zabawy grupowe pokazały jak było potrzebne i przydawało się wyczucie taktu, rytmu i bez kompleksowe tańczenie przy muzyce zarówno polskiej jak i zagranicznej na wspólnych potańcówkach organizowanych kilka razy w roku, nie gdzie indziej tylko na głównej sali. Wcale nie musiało być iluminofonii, kolorowy przystrojony papier nałożony na boczne lampy czynił salę kolorową. Do szczęścia wystarczył ZK 140 z muzyką na zmianę przygotowywaną przez grupy, i jak kto woli można było w kółeczku albo ze swoją sympatią próbując różne kroki pod zmienne tępo muzyki. Następną ulubioną przez nas była pracownia modelarska-gdzie składano latawce, modele szybowców, nawet samoloty silnikowe, brali w niej udział najbardziej uzdolnieni manualnie a tych nie brakło. Żeby tam się dostać trzeba było być poleconym najczęściej przez wychowawców grupowych, którzy widzieli jak prowadzisz zeszyty, znali stosunek do wykonywanych prac w grupie, ogrodzie i zajęciach w szkole. Zrobione modele często brały udział pokazach, konkursach czy zawodach a zdobyte dyplomy były dowodem do dumy tak samo jak puchary. Uczono też nas na różnych kółkach zainteresowań szczególnie takich które będą nam potrzebne w naszym przyszłym dorosłym życiu a więc kółko gotowania, kółko wyszywania czy teatralne. Na nim przygotowywano się do różnych imprez, świąt narodowych, patrona domu czy świąt najbardziej przez dzieciaki lubiane Bożego Narodzenia z Mikołajem. Każda grupa przystrajała własną choinkę robiąc ręcznie wykonane ozdoby, jednak tą najładniejszą była zawsze ta stojąca na głównej Sali, miała największe bombki, najdłuższe łańcuchy i dużą ilość świecących kolorowych lampeczek i włosa anielskiego. Pod nią było też najwięcej miejsca na prezenty i rózgi. Większość dzieci naszego domu im. Janusza Korczaka to dzieciaki z rozbitych rodzin, nie brakło sierot bez jednego rodzica a już najmniej było sierot bez obojga. Byli także tacy których rodzice gdzieś znikli, lub nigdzie nie mogli znaleźć pracy. Z rodzin kryminalnych było chyba najmniej dzieci, ale niełatwo było się dostać do teczek osobistych które posiadała w swoim gabinecie p. Maria Falkowska. Z wilczków wszyscy spędzaliśmy wszystkie święta razem przyszedł czas że zrozumieliśmy dlaczego tak jest.

 

 

Rozmowy z profesorem o historii

 

Wszystko rozpoczęło się właśnie w szkole do której uczęszczaliśmy nr. 90 imienia Maksyma Gorkiego na ulicy Marcina Kasprzaka w Warszawie. Nauczyciele jak w większości szkół zajęci karierą i jak najlepszym nauczeniem dzieci, byliśmy już w siódmej klasie był rok 1972. Nie zaliczaliśmy się może do najlepszych uczniów ale tych raczej średnio sie uczących, którzy piątki mieli tylko z WF- u i Plastyki. Mieliśmy jak każde dziecko ulubione przedmioty i nauczycieli którzy naprawdę starali się nas czegoś nauczyć. Ale przedmiot który prowadził profesor Grabowski tj. historię otworzył nam oczy na rzeczywistość której nie znaliśmy i w której przyszło nam żyć. O Polsce o naszej historii, o zaborcach o ciągłej walce i o tym jak walczył w II wojnie Powstaniu Warszawskim. Był jedynym nauczycielem który nie należał do PZPR, zakończył wojnę jako oficer Armii Krajowej w stopniu podporucznika, był naszym bohaterem wzorem do naśladowania, szczupły ale bardzo silny-czuć to było przy powitaniu gdy wyciągał swoją dłoń. Wyobraźcie sobie jak śmiesznie wyglądał kiedy po lekcjach grywał z nami w piłkę, miał około pięćdziesiątki trochę krzywe nogi ale kondycyjnie wytrzymywał zawsze do końca spotkania nie palił papierosów, grał zawsze czysto choć ostro i na granicy faulu ale nigdy nie wykorzystywał swojej funkcji nauczyciela gdy jak to w grze czasami ktoś cię podetnie czy niechcący sfauluje. Jego powiedzenia znała cała szkoła, na boisku po faulu pytał dlaczego ty mnie tak nie lubisz że musisz mnie kopać?. Jak to śmiesznie wyglądało gdy za kilka dni podczas lekcji historii brał delikwenta do odpowiedzi słowami, o to ten co nie szanuje starego profesora że musi go kopać i jeśli był naprawdę nieprzygotowany mówił, za wiedzę masz dwójkę ale za odwagę kopnięcia nauczyciela duży plus to nie była żadna zemsta profesor nie lubił jak nie posiadało się podstawowej wiedzy w temacie. Z  powodu członkostwa w AK był wzywany do Urzędu Bezpieczeństwa, jak to nam powiadał na wyjaśnienia a raczej spowiedź. Do szkoły przychodził ze skurzaną brązową teczką zapinaną na dwa zatrzaskowe języki, zawsze w garniturze pod kantem, czystej koszuli i oczywiście  pod krawatem. Na jego lekcjach nie można się było nudzić jego spostrzeżenia były bardzo celne, po szkole gdy siedział na ławce obserwując nasza grę w piłkę cieszył się ze zdobytych bramek jak też z tego w jaki sposób przegrywając schodziliśmy po meczu z podniesioną głową, pocieszał mówiąc że następnym razem czeka nas zwycięstwo, potraficie grać zespołowo, jesteście przygotowani kondycyjnie i myślicie podczas gry a to znaczy że nie są wam obce zasady gry fair pley. Widać konsekwencję w grze gdy staracie się wyeliminować z gry najlepszych zawodników przeciwnej drużyny. Dawał nam rady podczas przerw, nie wiedzieliśmy dlaczego nas polubił i poświęca prywatny czas, przez ostatnie lata bardzo zbliżył się do nas. Na lekcjach zadawaliśmy mu trudne pytania z historii naszej ojczyzny, nie rozumieliśmy skąd akurat nam przekazuje to co wie, prawdę w którą mamy wierzyć, o powstaniu warszawskim, o Katyniu, o walce po wojnie z Sowietami, o sfałszowanych wyborach o 3x Tak, o innych organizacjach które powstały po zdelegalizowaniu AK.  o WiN, RoAK, NSZ. Czy UPA. Po lekcjach tłumaczył nam w wąskim gronie Jałtę, Teheran, dlaczego nas zdradzono, przy klasie powtarzał delikatnie że nie o wszystkim może nam powiedzieć bo prawda jest trudna ale jak to w życiu- komuś przeszkadza więc nieraz był wzywany do dyrektor Górnickiej która tak jak my lubiła swojego nauczyciela, ostrzegając że dochodzą słuchy od uczniów których rodzice należą do PZPR, którzy nie zgadzali się gdy ich dzieci zadawały w domu po  zajęciach pytania, czy to prawda że mieliśmy być XVII republiką rosyjską, lub że po wojnie zginęło więcej naszych żołnierzy polskiej Armii Podziemnej niż w walce z Niemcami podczas całej II wojny światowej. Jego opowieści z czasów gdy Polska była potęgą w Europie powodowały że czuliśmy się bohaterami tamtych czasów, nie rozumieliśmy późniejszego rozpadu polskiej potęgi czy brak lekarstwa na kłótnie szlachty. Opowiadając o naszych królach wydawałoby się że ich zna osobiście. Mógł godzinami rozprawiać o najlepszych w swoich czasach rycerstwie czyli husarii która nigdy nie przegrała bitwy w przeciągu 150 lat do jej rozwiązania, by potem rozprawiać o Lisowszczykach czy taborytach łupiących Niemców. Historię ostatnich lat omawialiśmy tylko w małym gronie, tłumaczył nam jak postąpiono z tymi co uwierzyli władzy ludowej i ujawnili swoją organizacyjną przynależność chcąc zakończyć bratobójczą walkę ramach amnestii, jak z nimi postąpiono i jak ich traktowano. Ginęli masowo po wyzwoleniu w tajemniczych okolicznościach wywożeni na długoletnie więzienia nie gdzie indziej tylko do rosyjskich łagrów, skąd wracali schorowani, wycieńczeni albo słuch o nich ginął mordowani w katowniach NKWD. Było tych tematów wiele zbliżył się do nas tak bardzo, że któregoś dnia zaczął po lekcjach opowiadać o naszych rodzinach jakby je dobrze znał. Stasiu twój dziadek zginął w 1950roku zamordowany mając 40 lat w niewyjaśnionych okolicznościach. W nocy w drodze do domu, pisały o tym gazety był kapitanem AK pochowany jest na cmentarzu brudnowskim kwatera 57F, nawet go nie możesz pamiętać bo urodziłeś się osiem lat po jego śmierci, odważny do granic gdy próbowano go aresztować zabił 2-ch ubeków i dwóch zranił, sam ranny odebrał sobie życie strzałem w usta by nie dostać się w ich łapy miał ps. Wilk i pozostał zawsze nim dla wrogów, kiedyś ci więcej o nim opowiem, rodzina dostała pozwolenie na cichy pochówek Milicja rozpowszechniała wiadomości że to bandycki na niego napadli i tu się nie mylili bo to byli bandyci pracujący dla Sowietów jako ich agentura. Drugi dziadek Sowiński Władysław plutonowy AK ps. Spokojny obaj przeżyli wojnę  i powstanie mieszka teraz na ul Ogrodowej 55. Twój ojciec Wojtek i jego brat Janusz nie mogą nigdzie znaleźć stałej pracy, dorabiają rozładowując dorywczo wagony w tak zwanej Tabace na ulicy Burakowskiej. Jest to praca jak za Niemca ciężka i wykańczająca, ponda siły, nigdzie nie mogli innej stałej pracy, obaj nie lubią tej władzy a skoro wszędzie jest pełno szpicli, to kiedy popiją mocniejszych trunków mówią o tym za dużo są pracowici mają więc wrogów a jeszcze potrafią grać dobrze w karty i często ograją kogoś, ten w złości czy zazdrości pójdzie i pożali się, komuś a gdy zacznie składać takie raporty co jakiś czas otrzyma za to jakieś pieniądze  na przetrwanie i wszystko! wtedy wiedzą co się dzieje w takich miejscach kto co przy wódce powiedział, co zginęło z wagonów, nazywa to się inwigilacja. Później gdy rodzina stara się na sądownie o to by uzyskać zgodę na umożliwienie pobytu dziecka ze swoją biologiczną rodziną orientujesz się teraz czy taką zgodę może on uzyskać- raczej nie, stąd już wiecie dlaczego po was nikt nie przychodzi otwierają teczkę i mówią co im ślina na język przyjdzie by ich upodlić, by zapomnieli o swoich uczuciach, o was? by ważniejsza dla nich stała się właśnie wódka. Tak zawsze postępował okupant czy zaborca, by ogłupić nasz naród. A babcia twoja Janina żeby było weselej ma nazwisko panieńskie Bandera to już inna historia też zasługująca na to by ujrzała swoje światło. Twoja historia Tadku Dziadek Zginał w powstaniu kapral podchorąży Czarny twój ojciec jako 16 letni chłopak walczył w powstaniu w stopniu kaprala AK ps. Sęp. Po wojnie ujawnił się podrzucili mu broń dostał 10 lat. Nigdzie nie może znaleźć pracy jako wróg ludu, pracuje dorywczo przy rozładowaniu wagonów razem z twoim ojcem Stasiu. Są dobrymi przyjaciółmi i tak jak wy macie tą przyjaźń w genach już wiesz dlaczego mieszkasz w Domu Korczaka. Dziadek zabity w powstaniu przed wojną nauczyciel we wrześniu 1939 walczył w BROW tworzył podwaliny organizacji podziemnej późniejszej Armii Krajowej. Twoja kolej Wojtku – ojciec przedwojenny policjant dał się dobrze poznać komunistom, podczas  wojny sierżant AK  na rozkaz organizacji wstąpił do Granatowej Policji, uratował wielu ludzi podczas wojny między innymi bojowniczkę ŻOB-u swoją przyszłą żonę  uczestniczkę obu powstań. Ma wilczy bilet nie może nigdzie znaleźć pracy stąd Wojtka umieszczono podobnie jak was. O Witku wiem tyle że ojciec był przed wojną nauczycielem, w czasie wojny uczył młodzież w tajnych kompletach, po wejściu Armii Czerwonej dostał bilet do polskiego wojska nie stawił się siedział pięć lat za swoje poglądy ale jak tu utrzymać rodzinę kiedy się urodziłeś jako drugie dziecko nauczał, malował i tak dalej ale pracy stałej żadnej nie znalazł. Matka sanitariuszka Teresa żołnierz AK pracuje teraz w szpitalu, późno ciebie urodziła! Miała dobrze ponad trzydziestkę. Sama jednak nie mogła utrzymać całej rodziny stąd i ty znalazłeś się tu teraz jesteście wszyscy. O Czesiu wiem najmniej ale już ruszyłem swoje wtyczki i niedługo powiem czego się dowiedziałem na jego temat. A teraz wracajcie szybko do domu by nie wysłali na poszukiwania jakiejś spec grupy z Żytniej- zaśmieliśmy się z żartu bo nikt nie znosił tych panów w stalowych mundurach. I na koniec moje spostrzeżenie nie dajcie się urobić ani przerobić dom wasz jak wszystkie temu podobne placówki jest pod kontrolą władzy, macie więc zapewniony wikt i opierunek i naukę. Brońcie się jak możecie przed wstępowaniem do ichniego harcerstwa czy innych młodzieżowych organizacji bo zrobią z was mięso armatnie pamiętajcie o swoich korzeniach i najważniejsze nikomu coście się tu dowiedzieli o sobie nie możecie powiedzieć tak będzie najlepiej my za kilka dni się znów spotkamy. Nawet na zajęciach w szkole uważajcie bo nie ze wszystkimi można swobodnie porozmawiać, zachowujcie dyskrecję –do zobaczenia rzekł i kolejno każdemu podał swoją rękę na pożegnanie z uśmiechem powiedział że kółko historyczne na  dziś zakończyło działalność. Szliśmy dłuższą część drogi w ciszy, gdy mijaliśmy Grzybowską poprosiłem by na mnie poczekali gdy będziemy dochodzili do ulicy Jaktorowskiej jak nazwano dawną Krochmalną. Przy kościele powiedziałem że muszę wejść i pomodlić się bo mnie coś w środku boli i pokazałem na miejsce gdzie człowiek ma serce- my z tobą? odrzekli razem i tak nam się oberwie za zbytnie marudzenie, wasza wola odpowiedziałem i po kilku schodkach nacisnąłem po klamkę kierując swoje kroki w głąb kościółka. Kolejno moczyliśmy palce w wodzie święconej, żegnając się w imię Ojca i Syna i Ducha świętego. Weszliśmy w ciszy na główną salę idąc środkiem kierowaliśmy się do głównego ołtarza, minęliśmy kilka modlących się w ławeczkach osób o tej godzinie nie było już mszy w kościele. Kolejno klękaliśmy patrząc w Jezusa przybitego do krzyża, każdy po swojemu odmówił najpierw Zdrowaśkę potem Ojcze Nasz. Po chwili rzekłem do przysięgi! podnieśliśmy prawe dłonie w których dwa palce były skierowane do góry. Ja wilczek przysięgam ze powierzonej mi dzisiaj tajemnicy nie zdradzę nikomu, zachowam w swej pamięci rodziców i Dzidków i nigdy nie wyprę się wiary swoich przodków tak mi dopomóż Bóg. Skrzypnęły cicho drzwi przy bocznej nawie i wyszedł ksiądz, znaliśmy go z widzenia, wolał jak zwracano się do niego po imieniu-Tomasz, zastał naszą piątkę z podniesionymi rękami, poznał nas wiedząc że jesteśmy wychowankami Domu sierot. Kiedy przeżegnaliśmy się biorąc swoje teczki, podszedł do nas pytając- co nas sprowadziło do kościoła? Popatrzyliśmy po sobie i odpowiedzieliśmy razem że przysięga, wiem że niezłe z was gagatki i łobuziaki, może mógłbym wam w czymś pomóc. Nie możemy dziś o tym mówić bo już dawno czekają na nas z obiadem i tak nam się oberwie, ale jeśliby  można przyjść w innym terminie chcielibyśmy czy odwiedzić księdza i porozmawiać, o honorze czy dowiedzieć się  czegoś więcej o Bogu. Objął nasze głowy swoimi rękami mówiąc niech Bóg czuwa nad wami, uczynił znak krzyża– i żegnając się z nami mówił –będę czekał na was moje owieczki. Skierowaliśmy się ku wyjściu jeszcze raz kucnęliśmy żegnając się i wyszliśmy na ulicę, ukradkiem wycierając łzy. Czy nie czujecie jakby się ktoś nami opiekował- spytałem, ktoś tam wysoko, kto widzi nasze łzy i nasze niełatwe dzieciństwo brak rodziców a czasami kogoś ze starszego rodzeństwa by pomógł nam rozwiązać nasze sprawy. Wolno udaliśmy się w kierunku widocznej z daleka bramie, w ciszy doszliśmy do głównego wejścia, panie z sekretariatu skończyły już pracę i szły do swoich domów pytając czemu tak późno wracamy. Jak to czemu wiedzę dźwigamy, a więc wolniej chodzimy, a naprawdę to w szkole były zajęcia dodatkowe- pokiwały palcami mówiąc że dzwoniły do szkoły a odpowiedź była taka że bębnicie w piłkę na głównym boisku i nie sposób was stamtąd wygonić. Głodni skierowaliśmy swoje kroki do kuchni, tam usłyszeliśmy słowa pani Loni; że tylko my zostaliśmy do nakarmienia, przetrzymali was bo narozrabialiście? Nie byliśmy tylko w kościółku pomodlić się odparł Cygan rozlewając zupę na nasze talerze. Dobre z was dzieci powiedziała, zaraz przyniosę wam drugie danie. Wszyscy zrobiliśmy dolewki zupy jaką był Żurek z jajkiem, i chlebuś -podobno w południe pływały w niej kawałki kiełbasy- a co to jest kiełbasa spytał Wielbłąd i buchnęliśmy śmiechem. Drugie danie, paćka ziemniaków z ogórkiem i mięso wołowe z sosem. Odnosiliśmy talerze pytając jeden przez drugiego czy mamy je umyć; zostawcie w zlewie i idźcie go grupy damy sobie radę odpowiedziała Mama. Po drodze obowiązkowy kibelek, po chwili wchodziliśmy do uczelni wysłuchując kolejny raz co tak późno wracamy. Czekaliśmy aż podgrzeją nam resztki z obiadu  bo wcześniej obecni tu kałmuki wylizali nawet talerze powiedział Wielbłąd a zupę piliśmy kubeczkami ani jednego kartofelka skarżył się Wojtek. Sami jesteście sobie winni? No dobra teraz do nauki- a z obiadami wiecie jak jest kto późno przychodzi sam sobie szkodzi. Cały czas przed kolacją spędziliśmy za boiskiem, normalnie siedząc i leżąc na trawie. Pierwszy odezwał się Cygan, dlaczego profesor nam opowiedział prawdę o nas której my nawet nie znaliśmy? I skąd on tyle akurat o nas wie? W szkole nigdy nie dał złego słowa powiedzieć na dzieci z naszego domu, był zawsze blisko-obserwował, słuchał i nauczał. Nigdy się nie śpieszył do domu, kibicował na meczach sypał mądrościami i przysłowiami przy każdej okazji. Był szczery do bólu, cieszył się wielkim zaufaniem młodzieży nie donosił dyrektorce, na zajęciach z nim nie można się było nudzić sprężystym krokiem wędrował między ławkami i nauczał z sercem, nigdy się nie spóźniał. Był wymagający, gdy za kilka dni miały być kolejne z nim zajęcia, prosił tylko o przejrzenie notatek które robiliśmy w czasie lekcji każdy swoje tak jak rozumiał. Kiedy zadzwonił dzwonek kończący lekcję nikt wcześniej się nie zrywał by wybiec na przerwę, słuchaliśmy go do ostatniego słowa, razem  opuszczaliśmy klasę i nawet idąc korytarzem pytaliśmy się o to czego nie zdążyliśmy się dowiedzieć. Nie rozumieliśmy dlaczego zdecydował się nam przekazać trudną i niebezpieczną wiedzę wpajał nam od kilku lat, gdyby tylko ktoś doniósł czego się nauczyliśmy miałby pewnie moc problemów, a może nie pracowałby już jako nasz nauczyciel. On znał nasze rodziny? wiedział o miejscach gdzie byli pochowani, skoro my nigdy nie byliśmy puszczani do rodzin przed takimi świętami jak na przykład Święto Zmarłych na groby swoich przodków by oddać im cześć dziękując za to że zaistnieliśmy nim na tym świecie, że nie znaleziono nas wśród kapusty jako jej środek. Wiele nocy spędziliśmy na rozmowach jakie ma zadanie tracąc swój prywatny czas, dlaczego ryzykuje ucząc nas trudnej prawdy; ale jeszcze długo nie uzyskaliśmy na nie odpowiedzi. Kiedy po lekcjach gdy siedzieliśmy na górce za szkolnym boiskiem, prosiliśmy by opowiedział nam o walkach w powstaniu, jak się zaczęło widzieliśmy łzy w jego oczach gdy opowiadał o swoich rówieśnikach z którymi walczył i którzy zginęli. Czasami gdy wiedział że nie ma jakiegoś chorego nauczyciela przychodził na zastępstwo mówiąc, mamy trzy godziny zrobimy więc wycieczkę z niespodziankami. Tramwajem nr10 dojechaliśmy w pobliże parku Sowińskiego. Tam opowiedział nam i o gen. Sowińskim pokazując ślady na murach po obronie Warszawy we Wrześniu 1939r. jak i te z powstania 1944r. Później pieszo ulicami Woli oglądaliśmy tablice poległych Warszawiaków, żołnierzy oraz powstańców. Chyba nie ma na Woli ulicy gdzie nie zapłacono by krwią, zmęczeni tramwajem dojechaliśmy do kina FEMINa, kawałek dalej był już Umschlag Plac na Pawiaku, i muzeum które oczywiście zwiedziliśmy. W chwilę później byliśmy pod  pomnikiem żydowskim. Skąd tramwajem nr 11 wróciliśmy zmęczeni do szkoły. Miejsca takich wycieczek były różne i jakże blisko szkoły np. Gazownia Warszawska, dworzec Zachodni, ogródek jordanowski  czy stadion ,,Sarmaty” Innym razem mosty, kościółki czy wolskie cmentarze. Przychodził czasami i w sobotę odwiedzinami do Domu Dziecka, wiedział że wilczki są w komplecie i z chęcią zwiedzimy Cytadelę lub Stare Miasto. Bez problemów skoro był belfrem w szkole zgadzano się by zabierał chętnych do zwiedzenia w Warszawie, wiedząc że będziemy pod dobrą opieką i nie muszą w tym czasie nas szukać po terenie. Czasami takie wycieczki trwały nawet kilka godzin, zawsze za własne pieniądze kupował bilety, ciastka, napoje czy lody. Kiedy przyjeżdżało na Wolę Wesołe Miasteczko, rozstawiając się na ul Wolskiej przy starym domu, organizował nam na strzelnicy zawody, każdy miał do oddania po kilka serii po trzy strzały z wiatrówki z różnym skutkiem, ciesząc się kiedy trafialiśmy bezbłędnie. Zawsze słyszeliśmy spokojny głos profesora wciągnij powietrze, nie oddychaj dobrze przyceruj i naciskaj spust. Kiedyś spytał się gdy wracaliśmy do domu czy nie chcielibyśmy nauczyć się strzelać z prawdziwej broni, spojrzeliśmy po sobie odpowiadając że pewnie nie wiedząc jak to jest możliwe. Obiecał że w niedługim czasie spełni nasze marzenie, ale oczywiście wcześniej będziemy musieli nauczyć się wszystkiego od podstaw, jak o broń trzeba dbać by nie zrobić sobie krzywdy i by nas nigdy nie zawiodła, zawsze odprowadzał nas do samego domu przekazując w ręce wychowawcy żegnając podając każdemu swoją żylastą męską silną dłoń i słowami do następnego razu. My zaś wieczorami toczyliśmy rozmowy czy słowa dotrzyma i naprawdę pokaże, nauczy jak posługiwać się pistoletem, nawet przez myśl nam nie przeszło że może i czymś innym. Rodziny wychowanków często w tajemnicy zapisywały dzieci na religię, nie za bardzo rozumieliśmy po co, dopiero osobiste rozmowy z księżmi  parafii św.- Klemensa  a szczególnie z księdzem Tomaszem którego zaczęliśmy częściej odwiedzać w kościele pokazały nam jak bardzo błądziliśmy w swoim życiu. To ich indywidualne podejście do każdego dziecka z osobna ich zrozumienie że to nie nasza wina że zamiast chodzić na msze gramy w piłkę na przyulicznym boisku. Ich zdolności pedagogiczne docenialiśmy po czasie starając się nie zakłócać więcej szczególnie ważnych świąt kościelnyych, kiedy ludziska nie mieścili się w kościele. Byłem ochrzczony chodziłem w ukryciu na religię cztery lata ale nikt a nawet ja nie wiedziałem że nie miałem święta Pierwszej Komunii, potrzebnej w przyszłości wraz z sakramentem bierzmowania, do kościelnego ślubu. Wybiegając w przyszłość dopełniłem tychże formalności jako mężczyzna już dziewiętnastolatek pracując zawodowo. Do dziś uśmiecham się gdy koledzy pracujący ze mną śmiali się że będę siedział w kościelnej ławeczce  wraz z maluchami, muszę kupić krótkie porteczki –a tak naprawdę odbyło się to inaczej, ksiądz sprawdził że chodziłem na religię, dostałem materiał który był mi już w większości znany do nauczenia, następnie zdałem egzamin przed księdzem i w ten sposób przebiegła moja pierwsza komunia, stałem się lepszym człowiekiem, który bardziej rozumie błędy jakie robił w młodości, nauczyłem się że nie ludzi trzeba szanować nie wolno ich krzywdzić trzeba być wyrozumiałym. Na lekcjach religii gdy zadawaliśmy trudne pytania o tym czego nauczył nas porucznik Szary, by mieć dostęp do wiadomości z innego źródła. Księdza Tomasza wprawialiśmy w  zakłopotanie dlaczego tak się stało a nie inaczej, dlaczego Bóg pozwolił zwyciężyć komunie w naszym kraju, nie przypuszczał że ci chłopcy w sąsiedztwie kościoła mogą tak kochać swoją ojczyznę nie lubiąc jednocześnie władzy, Milicji i komuny. Kiedy spytał skąd to wiemy? zapadała cisza- a my czuliśmy na sobie zazdrosne spojrzenia rówieśników. Kiedy wstałem przed wszystkimi, powiedziałem jesteśmy wskazując kolegów Cześka, Wojtka i Tadka wnukami bohaterów którzy stracili życie po wojnie, tu wymieniłem ich stopnie i przynależność organizacyjną kończąc że naszym rodzicom cały czas komuna utrudnia życie stąd mimo że jesteśmy chowani przez komunę w sercach pamiętamy o nich. Chcielibyśmy bardzo prosić by ksiądz odprawił jeśli to możliwe mszę za dusze tych co zginęli bez wieści i w niewyjaśnionych okolicznościach. Nie wiemy ile taka msza może kosztować ale o pieniążki się postaramy gdy dostaniemy nasze comiesięczne kieszonkowe w wys. 5zł. Usłyszałem ciche szlochania z ktoś wstał i podszedł wyjmując to co miał w kieszeni mówiąc to na mszę za tych co zginęli, za młodzież chowaną bez dziadków; po chwili wstawali kolejno inni wyjmując swoje pieniążki mówiąc; oni zginęli też za nas. Uzbierało się kilkadziesiąt złotych, tyle całkowicie wystarczy, postaram się by w niedzielę o 12 na mszy proboszcz, wymienił imiona i nazwiska z waszych rodzin wiem że będzie trudno bo nie będzie mógł powiedzieć że zamordowała ich władza. I zmieniał temat, jednak tuż po zajęciach w małym gronie potwierdzić że tak władza pozbywała się opozycji. Pytał się o źródło naszej wiedzy przestrzegając byśmy dla naszego bezpieczeństwa skryli ją w głębi naszych serc, bo nie czas by znów płacić niewinną krwią. Wychowywano nas na ateistów byśmy nie wierzyli i istnienie Boga, nawet starsi wychowawcy o starych korzeniach  przedwojennego wykształcenia pedagogicznego przekonywały że Boga nie ma, a władzy było to na rękę dlatego był niepisany zakaz chodzenia do kościoła. Nic do tego nie miał fakt że dom ten przed wojną był kupiony przez gminę żydowską z przeznaczeniem dla dzieci z biednych rodzin. Więc my skoro państwo daje nam jeść, ubiera, naucza  zapewniając dach nad głową powinniśmy temu państwu dziękować i jak możemy się odwdzięczać tzn. bronić tej władzy oraz być gotowym gdy nas wezwie aby za nią pójść gdy zbiorą się nad nią czarne chmury. Mieliśmy już po kilkanaście lat, 25 lat po wojnie i w dziesiątą rocznicę oddania domu z powrotem na ich użytek ma się odbyć wielka uroczystość przyjadą z całego świata byli wychowankowie Janusza Korczaka wraz z rodzinami, ci którzy wyemigrowali z Polski przed w czasie i po drugiej wojnie światowej. Gości należy się spodziewać z USA, Kanady, Izraela, Rosji itd. Wszystkie cztery grupy miały przygotować wspólny repertuar jak występ teatralny ostatniej drogi doktora z dziećmi do krematorium czy skecze i występy taneczne. Będzie też wspólny posiłek, miała być telewizja, dziennikarze radiowi, ambasador Izraela oraz szklona chorągiew naszej szkoły podstawowej nr. 90. My też postanowiliśmy się przygotować do nadchodzącego święta domu bardzo chcieliśmy poznać sposób w jaki udało im się przeżyć, kto im pomagał czy miejsce ich ukrycia istniało. Chcieliśmy też poznać imiona nazwiska uratowanych dzieci, ich ilość oraz ilu przetrwało wojnę, jak też sposób w jaki znaleźli się za granicą. Tuż po kolacji z ziemi wskakiwaliśmy na drzewa na murek, technika była podobna nabyliśmy jej w miarę jak podrastaliśmy, niczym już nie przypominaliśmy tych maluszków dla których wszystko było duże, wysokie i niebezpieczne. Szeptem  rozprawialiśmy nad sposobem opuszczenia domu podczas przez esesmanów ale nic mądrego nie wymyśliliśmy choć fantazji nam nie brakowało. Na przykład tajne przejście z domu do kościoła na ul. Karolkowej, ukryty bunkier przy fabryce platerów koło jedynego drzewa, dodatkowe pomieszczenie pomiędzy ścianami i inne temu podobne. Dokładnie zmierzyliśmy długość i szerokość domu, później centymetrem krawieckim mierzyliśmy pokoje klatki korytarze przy uwzględnieniu grubości cegły; nic z tego błąd wynosił od 20 do 30centymetrów. Kilka razy więc zagadaliśmy panią. dyrektor Falkowską która pracowała przed wojną z doktorem Korczakiem, czy to jest możliwe że nie wszystkie dzieci zostały odprowadzone do Getta i skąd raptem ze świata mają przyjechać byli wychowankowie; skoro dzieci zginęły razem z Korczakiem spalone w piecach krematoryjnych. Odpowiadała uśmiechając się że jesteśmy za mali by to zrozumieć, bo skąd takie srajdki mogą dyskutować o takich niewiadomych sprawach, skoro dorośli wcześniej nic nie wymyślili. Te dzieci mogły przed wojną ukończyć 18 lat. i odeszły do miejsc swego urodzenia, na swój garnuszek i tylko takie mogły przeżyć wojnę, i to właśnie one  przyjadą odwiedzić miejsce swego dzieciństwa. Wytłumaczenie było logiczne bo nie było z naszej strony już więcej pytań a delikatnie rozłożone ręce kierowały nas w stronę drzwi, był to widoczny znak że p. Maria jest zajęta. Dumaliśmy nad tym razem siedząc na murku przy kasztanowcu jeden obok drugiego nad sposobami jakie mogły być spełnione by z odchodzącej do Getta grupy uratować kilka osób i nijak nic sensownego nie mogliśmy wymyślić, nie było logicznego sposobu by udało się wykiwać eskortujących Niemców.

 

Mały –wielki przyjaciel.

 

Za murkiem były baraki w których przebywali pracownicy budujący nowoczesne osiedle mieszkaniowe koło naszego domu, skończyły się pomysły jak można by ocalić choć jedno niewinne dziecko. Cicho! powiedział Cygan słyszycie to co ja- i jak zwykle żarty z niego żeby więcej nie pił alpag bo ci wypalą oczy i będzie miał zwidy. Ale wśród śmiechu dało się słyszeć miauczenie kota, chyba jakiś mały? Bardzo żałosne miałczenie dochodziło zza murka, to między barakami? Idziemy powiedział Policjant. Nasze oczy zaczęły szukać delikwenta, po krótkiej chwili zeskoczyliśmy na ziemię, posiedliśmy umiejętności pozwalające nam na szybkie opuszczenie placu w kilku ruchach w przypadku zagrożenia. Znaliśmy jednak stróża wiedzieliśmy że wykonuje swoja pracę, pozwalał nam szukać piłki gdy przeleciała przez płot lub sam nam ją przerzucił na naszą stronę, skoro nie był agresywny ani nadgorliwy nie dokuczaliśmy mu. Widząc nas  spytał się dlaczego całą grupą jesteśmy na terenie budowy, odpowiedzieliśmy bez wahania że szukamy małego kotka który miauczy pomiędzy barakami za swoją mamusią. A kiedy na potwierdzenie naszych słów też usłyszał kocie miałki, z nami udał do miejsca skąd dochodziły. Wyciągnęliśmy go z dziury pod barakiem. Był szary a raczej była szara bo to mała kotka i to wcale nie dzika, nie fukała na nas jakby poznała już ludzi –chyba ją ktoś podrzucił? padły słowa stróża. Uspokoiła się kiedy zaczęliśmy ją głaskać, na zmianę przechodziła z rąk do rąk tuliliśmy ją do swoich twarzy; musimy ją nakarmić w kuchni na pewno jest coś co zostało z wcześniejszej kolacji. Pożegnaliśmy się ze stróżem, który wypuścił nas na ulicę- normalnie przez furtkę słowami byśmy jej tylko nie zamęczyli. Wzbudziliśmy sensację zanim doszliśmy do domu prawie dwudziesto osobowa grupa przekrzykiwała się słowami dajcie i nam pogłaskać, potrzymać i ponosić bo ona jest wszystkich. Halinie przed domem wszyscy zaczęli tłumaczyć że kotka jest głodna i że trzeba z nią do kuchni, czy może zostać z nami że zrobimy jej domek że zamieszka z nami że będziemy już grzeczni byle nam pozwoliła ją zatrzymać. Dobrze powiedziała Stasiek i Tadek wy odpowiadacie za nią, sprzątacie, karmicie i zróbcie jej jakieś miejsce do spania w pudełku bo na pewno nie będzie spała z dziećmi bo byście ją w nocy zgnietli. I nie dajcie jej zamęczyć. W kuchni Mama nalała kotce mleka i nakarmiła prosząc o niegłaskanie w czasie jedzenia by jej nie przeszkadzać. Jak się okazało że będzie z nami spała nalała mleka w kubeczek mówiąc-to na noc? a na talerzyk położyła kostkę masła, chleb i serek. Odprowadzono nas na górę, po chwili z całego domu, przychodzili kolejni wychowankowie przynosząc szmatki do spania, pudełka a nawet zabawki bo musi się czymś bawić jak się wyśpi. Wymościliśmy jej do spania pudełko po butach- puściliśmy ją samą niech zwiedzi naszą sypialnię dotykała nas noskiem cicho pomiaukując. Gdy zasnęła zmęczona my też szybko umyliśmy się, wiedzieliśmy że jesteśmy teraz jej rodziną. Musimy ją jakoś nazwać? jakie głupie nazwy padały nie będę przytaczał kiedy przyszła moja kolej zapadła cisza. Myślę że powinna nazywać się Penicylina. To jest lekarstwo wynalezione w czasie wojny dzięki któremu wielu ludziom tj. rannym uratowano życie a tym bardziej chroniła przed amputacją kończyn w przypadku zakażenia. Niech będzie od dziś- to nasza Penicylinka, gdy przyszła Halina już spaliśmy naokoło pudełka sprawdzając po ciemku rękoma czy jest na swoim miejscu. Wygoniła nas do łóżek mówiąc żebyśmy jej nie dokuczali bo ona musi mieć swobodę a jutro mamy jej przynieść piasek z piaskownicy w pudełku by miała gdzie sikać. Kotka od początku była maskotką całego domu, pożyczaliśmy ją wszystkim grupom zasada była prosta nie wolno jej było zamykać w pokojach-musi mieć swobodę ruchu jak na wolności. Kiedy wychodziliśmy do szkoły pudło wraz  z kotką wędrowało pod konwojem do kuchni Była lubiana przez wszystkich no i oczywiście rozpieszczana. Kto coś  załatwił w szkole ciekawego do jedzenia z zamiany za samochodziki na resorach przynoszono  jej na spróbowanie przedziwne rzeczy. Napiszę kilka sów skąd takie metalowe samochody posiadaliśmy, bo to historia warta wysłuchania. Któregoś pięknego dnia a może wcześniej dowiedzieliśmy się że dom Korczaka odwiedzi prezydent Stanów Zjednoczonych John Kennedy przywiózł dary ubrania i zabawki a dzieci jak to zawsze zorganizowały występy. Były też słodycze, ciasta i telewizja. Grupy dostały piłki nożne i niezapomniane telewizory, dostały je wszystkie grupy. Pudła z zabawkami schowano do pomieszczenia z przyborami szkolnymi które dzieliła na poszczególne grupy nie kto inny jak nasza pani Halinka której niestety byłem pupilkiem. Dostawałem więc klucze do pomieszczenia i kiedy zachodziła potrzeba, schodziliśmy razem do magazyny wydając brakujące przybory szkolne. Zwykle ja to robiłem a wychowawczyni szła na pogaduszki do sekretariatu, po zrealizowaniu zamówienia, z otworzonej paczki z samochodzikami na resorach kilka wsadzałem w okienka przeznaczone do wyświetlania filmów wiedziałem że w tym czasie na auli przebywa na pewno jakiś wilczek który szybko opróżniał skrytkę i wynosił ją do sypialni gdzie najpierw my musieliśmy się nią wybawić. Później wynosiliśmy ją do szkoły był to właśnie obiekt wymiany towar za towar. Samochodziki były różne osobowe znanych marek, były też ciężarówki z przyczepami. Były one niedostępne do kupienia w kioskach czy sklepach z zabawkami może tylko w Pewexach za dolary. Kiedy wychodziłem z magazynku oddawałem p. Halinie klucze i udawałem się na podwórko by obejrzeć obiekt chłopięcych marzeń resoraki. Dzięki mojej wychowawczyni uszczęśliwiliśmy całą masę dzieciaków w szkole, może nie taki zamiar miał prezydent Kennedy ale samochodziki na pewno dotarły do polskich dzieci. Na długie miesiące dla wilczków znaleźliśmy źródło dodatkowej kasy na kieszonkowe, były więc na nie zapisy bo tylko ja w całym domu wiedziałem gdzie leżą zapomniane samochodziki każde zapakowane w pudełeczko. Dziękujemy ci prezydencie, bo z pieniążków a raczej słodyczy za nie kupionych uszczęśliwiliśmy wielu małych dziewcząt i chłopców, które bardziej takiej pomocy potrzebowały ale skąd ty mogłeś o tym wiedzieć jaki były nasze potrzeby nikt się nas o nic nie pytał a ty chciałeś jak najlepiej. Do naszego domu przychodziły też inne dary z różnych państw najczęściej zachodniej Europy. Nasze oczy widziały machlojki o jakich się nie śniło, kurtki ze skóry i dżinsy i swetry były wynoszone na sprzedaż; chodziły słuchy że otwierano rodzinne interesy. Jednak pieniądze nie trafiały do nas np. w formie czekolady czy innych słodyczy, dobrze że nie było sądów jak za Korczaka w których dzieci mogą powiedzieć o swoich krzywdach. Nie jedno też widziało przychodzącą osobę bez siatek a wracającą do domu  z zajętymi  obiema rękami, nigdy nie rozdzielały darów na  przykład panie kucharki. Kotka nasza  dostawała więc wszystko co udało na się zamienić, bawiliśmy się razem z nami wychodząc na podwórku, podczas meczów w domu –w dzień pochmurny i zimny. Lecz spać przychodziła do naszej sypialni, kiedy były zamknięte drzwi; miauczała do tej pory aż jej otworzono. Po południu kiedy odrabialiśmy lekcje siadała na środku i wylizywała swoje łapki, później chodziła po uczelni ocierając się o nasze nogi. Halina upominała ją by nie przeszkadzała nam odrabiać lekcji. Rozumiała i kładła się na środku przysypiała pomrukując, gdy wreszcie padły ulubione słowa zachęty, -kto skończył odrabianie niech wyjdzie z kotką na spacer. Powstawał taki harmider bo wszyscy wstawali chcąc opuścić już pokój kończąc naukę na dziś. Do tego stopnia że pani Halinka zwracała nam uwagę, zaraz- zaraz? co się dzieje wychodzi tylko jedna osoba, później już imiennie wywoływała mówiąc Tadek zabierz kota na spacer, Stasiek twoja kolej. Na boisku siadywała obok naszych ubrań patrzyła jak gramy, -czasami gdy piłka przeleciała obok pogoniła za nią rozśmieszając nas swoim zachowaniem. Ale taka zabawa jej się nie podobała, łatwo też nie dawała się odciągnąć na wołania-kici kici innych dzieci. Po jakimś czasie odprowadzała nas do bramy gdy szliśmy do szkoły, szła wzdłuż parkanu do Karolkowej gdzie siadała, by następnie położyć się patrząc tam gdzie nas ostatnio widziała. Czekała wtedy kładąc się w trawie na pierwszych powracających. Jak  śmieszne były historie w szkole gdy podczas zajęć wchodzące dzieci pukały do drzwi prosząc by nas  zwolniono wcześniej z lekcji bo kotka czeka na nas i miauczy. Jak stała się dorosła chodziła po całym terenie zaglądając we wszystkie dziurki, szparki i zakamarki aż poznała nie gdzie indziej tylko po drugiej stronie ulicy w zabudowaniach należących do księży swojego narzeczonego rudego kocura którego nazwaliśmy Kościelnym. Tam też znikała nasza kotka gdy nie mogliśmy jej znaleźć. Któregoś wieczoru było już po meczu wpadł do łazienki Garbus i w zdenerwowaniu mówił szybo i nieskładnie że w Penicylinę rzucają kamieniami- Pikutosy. Mieszkali obok kościoła gdzie stało kilka czynszowych starych domów z cegły; wiele razy kręcono w nich filmy z powstania miały przechodnie podwórka. Znaliśmy ich bo chodziliśmy do tej samej szkoły, było trzech braci; najstarszym był Marcin w naszym wieku, Rysiek o rok młodszy oraz Piotrek najmłodszy często grali z nami w piłkę na naszym boisku, byli naszymi kolegami ale skoro chcieli zrobić krzywdę Penicylinie podnosili rękę na nas wszystkich. Na podwórku gdzie znaleźliśmy wystraszoną kotkę nie było już śladu po sprawcach zamieszania. Czesiek ręką uderzał się w pierś przysięgając że mówi prawdę-dobra wierzymy ci! nigdy nie oszukiwałeś klepnął go po plecach Cygan. Kopnij się po chłopaków kogo znajdziesz powiedz że my już jesteśmy na boisku, z minuty na  minutę zaczęło nas przybywać. Niektórzy odchodzili na chwilę, by powrócić z procą w ręku ukrytą  w terenie i potrzebną jak widać od czasu do czasu. Prócz naszej sali przyszło kilku z grupy trzeciej a także Dziadek, Mięśniak i Marecki. Wszyscy już poinformowani co przytrafiło się kotce. Każdy przyniósł też okrągłe kamyczki zbierane zawsze i wszędzie na wszelki wypadek. Dość często robiliśmy zawody w strzelaniu do butelek, wiedzieliśmy dobrze że to jest dość celna broń a rarytasem były kulki od łożysk o średnicach od czterech do ośmiu milimetrów. Ale były one trudne do zdobycia, bo niemożliwe jest przepiłować go brzeszczotem,  ulegały tylko diaksowi  albo tarczy szlifierskiej, miały więc swoją cenę. Strzelanie do pustych butelek porzuciliśmy jednak  na rzecz puszek, dlatego że po rozbiciu pozostawiały bardzo niebezpieczne ostre kawałki, mogące nam samym zrobić krzywdę. Choć lepszy jest efekt kiedy butelka trafiona z hukiem pęka. Teraz ustawieni na boisku w długą linię jakbyśmy grali mecz, staliśmy każdy ze swoją procą. Wystąpiłem mówiąc, zadanie jest niby proste ale odległość dość spora a w dodatku na przeszkodzie stoi budka warzywna. Ci z gorszymi procami stanęli najbliżej –na wprost, dla tych z lepszym sprzętem nie miało znaczenia kilka metrów dalej. Od płotu do celu jakim były okna było na pewno ponad 10metrów, za połową boiska prawie dwadzieścia. Wstrzeliwujemy się pierwszym strzałem, potem każdy strzela tylko trzy razy i chowamy zabawki, cztery okna na parterze to mieszkanie Pikutosów. Czternastu wychowanków w zrozumieniu kiwnęło głowami, i tylko te okna starajcie się trafić powiedziałem do reszty później znikamy. Było już szaro gdy poleciała pierwsza kamienna salwa,  i tylko jeden brzęk. Przy następnych zbiliśmy jeszcze dwie szyby –prawie 60 kamieni poleciało w kierunku okien. Rozbite okna wielokrotnie były trafione razem z lufcikami. Chłopaki zaczęli się rozpływać po terenie z daleka obserwując co się może jeszcze wydarzyć. Proce pochowaliśmy za spodenki i kopiąc piłkę szliśmy w kierunku domu, tam się rozeszliśmy. Proce wróciły do schowków, nigdy ich nie trzymaliśmy w domu wiedząc że kiedy jesteśmy nieobecni szafki są na pewno kontrolowane przez personel. Wyjątkowymi miejscami do ich ukrycia były materace ze słomą na których spaliśmy, małe nacięcie żyletką na szwie i to spięte później zwykłą agrafką. Słabą stroną było sprawdzenie by słoma która troszkę się wysypała była za każdym razem posprzątana, no i samo miejsce spięcia dwiema agrafkami czyniło że schowek był stracony. Zrobienie takiej zabawki to prawdziwy kunszt, ważne by widełki były z twardego drzewa; by nie pękały przy naciągnięciu gumy. Najczęściej używaną była guma od majtek, jednak klasą był kauczuk modelarski kupowany w składnicy harcerskiej. Dwa równe kawałki były przymocowane do kawałka skóry o kształcie prostokąta, ona zgięta na pół przed strzałem ustalała kamień lub kulkę. W widełkach nacinane były rowki które służyły do mocnego i równego związania gumy by nie zsuwała się po strzale. Takie właśnie zabawki pochowane były w terenie, my z łatwością poznawaliśmy czyja jest po sposobie wykonania. Nigdy nie zdarzyło się by ktoś niechcący znalezioną przywłaszczył sobie. Z wielu okien wystawały głowy które chcące zrozumieć co się stało i z jakiej strony przyszło zagrożenie. Nie obyło się bez przyjazdu MO, którzy byli i w naszym domu pytając grających czy czegoś nie widzieli. Zagwozdkę mieli niezłą, rozrzucone kamienie pod oknami zbite szyby najczęściej jednak na spisaniu protokółu sprawa się kończyła. W szkole najstarszy z braci zapytał dlaczego akurat im powybijano szyby odpowiedziałem; pytaniem a dlaczego rzucaliście kamieniami w naszą kotkę- to proste! ona jest tylko nasza. To tak jakbyście w nas rzucali kamieniami?- ale my nie wiedzieliśmy o tym?- to teraz już wiecie że żadnego kota nie powinno się tak traktować. Posmutniał i spytał jak mogą naprawić swój błąd. Po namyśle powiedziałem.

  1. a) 12- parówek.
  2. b) Makrelka lub wędzone szprotki
  3. c) pół masełka
  4. d) Kika plasterków żółtego sera
  5. e) buteleczkę śmietanki
  6. f) osobiste oficjalne przeprosiny kotki
  7. g) syfon z wodą sodową

Na drugi dzień gdy było po odrabianiu lekcji, na boisko przyszli winowajcy niosąc zawinięte w szary papier, rzeczy z pytaniem czy mogą teraz przeprosić kotkę. Po chwili padały słowa przeprosin skierowane do Penicyliny, że już nigdy ręki na nią nie podniosą. Dary oczywiście podzielono sprawiedliwie, Pikutosy opowiadali na zmianę jak to po południu biegali po sklepach wydając swoje kieszonkowe. Kotka się najadła i leżała z nami za bramką boiska gdzie rosła trawa. Zawsze później gdy chcieli pograć z nami w piłkę przynosili jej coś na ząb, a to z obiadu a to kanapkę z wędliną, a to cukierki których nawet nie chciała oblizać. Czasami i ona podczas zabaw przynosiła nam w pysku upolowaną myszkę czy szczura zachęcając do wspólnego posiłku nie rozumiejąc dlaczego nie chcemy jej jeść, tylko ganiamy po terenie dziewczyny te zaś z piskiem uciekały gdy chcieliśmy je namówić do  wspólnego posiłku. W końcu gryzoń trafił do śmietnika lub gdzieś za płot. Było to pierwsze w naszym życiu stworzenie któremu poświęcaliśmy tyle czasu, którym pozwolono się nam opiekować. Jak ona tęskniła gdy wyjeżdżaliśmy na kolonie czy obozy podczas wakacji, dzieci z innych grup pisały do nas kartki pocztowe śląc pozdrowienia od naszej kotki. W takim jednym zdaniu była ukryta cała kocia miłość, że nie rozumie dlaczego nikt jej nie otwiera sypialni kiedy nadchodzi noc a kiedy już ją wpuszczą jak chodzi od łóżka do łóżka i pomiałkuje za nami, zasypiając sama na przykrytym kocem tapczanie. I jej radość kiedy powracaliśmy z kolonii, nie odstępowała nas wtedy na krok przez kilka dni. Ileż mieliśmy sobie wtedy opowiedzenia przygód, jaki miała szorstki języczek gdy nas lizała-w trakcie opowieści naszych przeżyć wakacyjnych. Ona zaś opowiadała o swoich przygodach stukając swoją główką a nasze, by położyć się obok by w końcu położyć na nas swe łapki i burczała zaciskając swoje pazurki..

 

To coś? jest naprawdę, skarb Korczaka.

 

Stary doktor siedział tego dnia do późnych godzin nocnych, segregował dary jakie dostawał od dobrych ludzi kochających dzieci. Był rok 1940 wyszedł z poddasza robiąc obchód po salach w których spały dzieci, temu poprawił kołderkę innemu poduszkę; inne pogłaskał po główce. Westchnął nad nielekkimi czasami w których przyszło dzieciaczkom żyć. Na drożyznę, na brak wszelkich artykułów w sklepach  – w wojnie obronnej 1939 roku dom dużo nie ucierpiał. A wojsko dbało o sieroty  podsyłając to co zalegało w magazynach i mogło wpaść we wroga ręce. Kaszy, soli cukru, fasoli, czy mąki dostarczano zawsze więcej wiedząc o prawidłowym ich rozdziale dla głodnych nie tylko dzieci z sierocińca. Ciężej było z włoszczyzną czy ziemniakami a i mięso przemycano nielegalnie, była ciepła noc minął śpiących którzy rozstawiali na noc materace na głównej Sali. Spali jeden obok drugiego ze swoimi zabawkami zrobionymi ze szmatek. Z sekretariatu wziął klucz od tajnego magazynka w którym znajdowały się potrzebne do życia artykuły codziennej potrzeby z których robiono posiłki dla dzieci, obudził śpiącego przy wejściowych drzwiach dozorcę p. Piotra swojego przyjaciela któremu w 1920r. uratował życie kiedy ten był postrzelony w wojnie polsko –bolszewickiej. Jego jasne włosy i niebieskie oczy, oraz dobroć w stosunku do dzieci powodowały że dzieci lgnęły do niego i pomagały mu w codziennym sprzątaniu. Razem znieśli przyniesione przez Warszawiaków artykuły do schowka z którego wydzielano na posiłki paniom kucharkom. Była tam mała rezerwa mleka w proszku, puszki konserw które choć utraciły termin spożycia były nadal używane do gotowania pożywnych zup które nie traciły przez to na wartości. Herbata jeszcze wojenna od wojska i  czarna wojskowa kawa w kostkach, resztę zaniesiono do chłodni koło kuchni by nic się nie zepsuło. Kilka razy znosili koce, świece czy ubranka używane ale w dobrych stanach dla wiecznie niszczących bawiących się na przydomowym terenie dzieci. Sam magazynek był wielkości ok. 4×4 m stało tam kilka regałów na których pod zamknięciem stały w słoikach różne przydatne produkty. Widać było kolorowe cukierki odłożone na święta tzw. awaryjne, był w nich czosnek, smalec i nieduże ilości marmolady. Do magazynku schodzili po schodach w kotłowni kursując kilka razy. Tam bowiem za przesuwanym regałem ok.1.5 wysokości obitym blachą były drzwi  otwierane do wewnątrz, regał odsuwał się ok. jednego metra w prawą stronę, dwa wystające ceowniki były wpuszczone w cegły ok. 10cm po jego zasunięciu. Na regale stały potrzebne w kotłowni mufy, narzędzia, pogrzebacze czy zniszczone metalowe wiadra. O schowku wiedzieli tylko obaj a więc była to ich tajemnica. Od czasu kiedy budowę domu skorygowano o magazynek w kotłowni  przez zapobiegliwego p. Korczaka który ukryto i zamaskowano przesuwanym solidnym regałem otwieranym z obu stron. W magazynku przechowywał doktor ważne dokumenty, swoją broń z pierwszej wojny, w której doczekał  się stopnia majora jako chirurg frontowy. Był to piękny nagan z drewnianą kaburą i  pudełko z nabojami do niego, których nigdy nie wyjmował i śliczny mundur w którym paradował  przed wojną z okazji różnych świąt państwowych, czapka rogatywka oraz oficerskie buty. Widziałem morze krwi rzekł do Piotra, ale nigdy z niego nie wystrzeliłem stwierdził. Otworzył metalową sklepową kasę z rączką i napisem FABRYKA KAS ROK. 1892 S. ZWIERZCHOWSKI i ska. WARSZAWA KIJÓW. do której wrzucał różne pieniądze, złote i srebrne i papierkowe. Pieniądze dostał od ludzi którym udzielał bezpłatnej pomocy jako lekarz w podzięce za udzieloną pomoc tak od serca dla dzieci. Przynosił je później kiedy robił porządek w biurku, wziął do ręki garść wysypał z małej wysokości wsłuchując się w metalowe czyste dźwięki za to w trudnych czasach będę musiał kupować jedzenie którego wartość rosła w miarę powiększających się trudności. Kiedyż ta wojna się skończy myślał dochodziły do niego straszne wieści jak Niemcy postępują z Żydami, w Łodzi budują dla nich obozy na Lubelszczyźnie podobnie, w Warszawie już budują mur oddzielający jedną część stolicy od drugiej- po co? dla kogo? nie znajdował na nie odpowiedzi. Poświęcał swój czas tym sierotom, o których pisał w swoich utworach. Słyszał o rozstrzeliwaniach na mieście o wywożeniu ludzi w do Rzeszy na roboty. Walczyła Francja ileż to jeszcze potrwa –z zadumy wyrwał go głos Piotra, może już  pan doktor odpocznie i położy się  jutro też jest dzień, wiem -wiem? Dlaczego Piotrze Hitler tak nie lubi Żydów? padło pytanie które go zaskoczyło, może chodzi o kasę! pożyczył od którego i nie chce teraz mu oddać, ale przecież to właśnie oni kupowali obrazy których Adolf Hitler był autorem, pozwalając mu na przeżycie w czasach wielkiego krachu i kryzysu światowego. Nie ma co? pięknie się im teraz za to odwdzięcza odpowiedział doktor. A świat przymknął oczy na okrucieństwo we wszystkich podbitych krajach, jeszcze nie tak dawno cieszyliśmy się gdy Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Hitlerowi i co? I nic?- żabojady nie chciały nam pomóc we wrześniu 1939r. a sami już przegrali po niecałym miesiącu. Tak dobrze słyszałem w radiu że nie będą się bić za Gdańsk, gdyby nie bitne polskie jednostki pod La Garde np. taki Maczek blokował odwrót aliantów na plaże w Normandii, cały korpus polski został w ostatniej chwili uzbrojony inaczej już na początku wojny Francuzi by skapitulowali. Może przed snem zaparzyć herbatki panie Januszu tak do niego mówił gdy bywali sami, po chwili pili w kuchni gorący gorzki ale smaczny napój. Rarytas na czasy w których przyszło im żyć. Pili w milczeniu- czy zamknął i zabezpieczył pan doktor- schowek? pokręcił głową że nie. Ja pójdę to zrobię rzekł wstał zniknął za ścianą widać go było jak mignął przez moment w kwadratowym okienku, by po kilku minutach wrócić z kluczem który włożył do ręki przyjaciela. Teraz odprowadzał go na poddasze gdzie czasami mieszkał; gdy zastała go w pracy godzina policyjna. Zanim poszedł spać myślał o wyjściu przeciwpożarowym prowadzącym przez drzwiczki w schowku które wzdłuż krzemionkowych rur odprowadzały nieczystości z całego domu do kanalizacji miejskiej- tamtędy można było wydostać się z domu ale nie wszystko na raz będzie czas na sprawdzenie. Przejściem obmurowanym ok. 1mx1m wysokim można było dojść do trawnika  na placu przed domem przykryte metalowym włazem i przysypanym ziemią na głębokość większej od sztychu łopaty. Idąc ukrytym przejściem przechodzącym obok piwniczki do której wchodziło się z kuchni wąskimi schodkami słychać było rozmowy kucharek  dochodziło się do  ściany przez którą dalej szły rury w kierunku bramy,  był to koniec korytarza który był zakończony metalowym uchwytem do ciągnięcia oburącz fachowa robota maskowała koła którymi mur o wysokości 5-ch cegieł i ponad 70cm wyjeżdżał na kółkach  i tak też dojeżdżał po ceownikach na swoje miejsce. Pomieszczenie to było miejscem do zakręcenia wody w całym domu, zbudowane z czerwonej cegły na dwa metry wysokie z zejściem po metalowych drabinkach to kwadrat 2x2m  z leżącymi na murku pod rurami kluczami dla osoby mogącej przez przypadek znaleźć wejście był to kanalik do blokady wody dostarczanej wodociągiem przez miasto z grubymi kamiennymi rurami wiadomego przeznaczenia. Pomieszczenie to było zaznaczone na planach budowy ale jeszcze nie zdarzyło się z niego skorzystać instalacja była w miarę nowoczesna nic jeszcze od czasów zbudowania domu nie zakłóciło jej normalnego funkcjonowania. Targany złymi myślami doktor Korczak nieprędko zasnął, jak i gdzie kupić mydło, chleb na kartki, mąkę co z butami dla dzieci teraz jest lato większość już chodzi boso, skąd  załatwić świeże mleko czy owoce, wiele podobnych myśli pozostało bez odpowiedzi uśmiechnął się budującym przysłowiem że ,,ranek jest mądrzejszy od  wieczora” i zasnął. Nie tylko ptaszki tego dnia nie mogły zasnąć –rano dyżurna kucharka rozpoczynała codzienną swą muzykę gotując coś do jedzenia, kaszę manną z mlekiem przywiezionym przez dobrych ludzi, całe 15 litrów i kto przywiózł? granatowa policja a doktor wiedział że to ktoś z organizacji podziemnej. Znał plutonowego Zawadzkiego jeszcze przed wojną- niech służy dzieciom! a nas tu nie było. Nie dla wszystkich starczy trzeba będzie je trochę rozrzedzić wodą, której 10litrów wlała do gara według polecenia doktora. Kucharka- Mama jak nazywały ją dzieci, mieszając aluminiową chochlą pilnowała by po zagotowaniu nie wykipiało. Stary gliniasty chleb ledwo uległ ręcznej z korbą maszynce do krojenia, każda kromka była cienko posmarowana marmeladą z czymś co kiedyś było owocami, by chleb nasiąkł i stał się bardziej zjadliwy przez dzieci, które zapomniały jak wygląda jajko, kiełbasa czy żółty serek, kaszanka, pasztetowa czy parówki sprzed wojny.  Grupy razem zeszły na śniadanie po porannych porządkach ci którzy szybko się uporali już po kilku minutach bawili się przed domem, dojadały niejadki, pilnowane by talerz został pusty. Gdy drzwi gwałtownie się otworzyły i wpadł dozorca Piotr,  podbiegł zdyszany do doktora Janusza, gdy sprzątałem koło bramy przy ulicy Towarowej zatrzymała się znana przez Warszawiaków buda oraz wojskowy samochód terenowy. Ulica momentalnie opustoszała, wyjrzałem za bramę bo cos mnie tknęło nie wiem po co widząc co się dzieje przybiegłem ostrzec- bo wzdłuż Karolkowej stało kilku policjantów rękoma pokazując w kierunku domu. Korczak szybko wyszedł z sali wchodząc z Kaziem na ostatnie piętro i przez okno zauważył stojące w kilku miejscach samochody oraz oficera w czarnym mundurze z terenowego samochodu jak przez lornetkę oglądał teren domu i jego okolice po chwili wydawał rozkazy pośpiesznie wykonywane przez podwładnych. Kaziu bierz klucz i czyń cośmy wcześniej uzgodnili zdyszany dozorca pobiegł schodami mówiąc do jedzących jeszcze dzieci, proszę natychmiast skończyć jedzenie i z panią nazywaną przez Mamusią stanąć koło mnie. Pani od teraz odpowiada za nie, wszelkie instrukcje są tam gdzie zaraz was zaprowadzę w dzienniku doktora proszę więc za mną Dom jest okrążony przez Niemców zaraz będą w środku, i pierwszy ruszył w kierunku kotłowni. Kluczem szybko otworzył metalowe drzwi i szybko pierwszy  już schodził po schodach, zerknął na okna czy nie stoi przy nich ktoś obcy. Nie było nikogo kiedy stanęli koło zbiorników na wodę obserwując ciekawie miejsce w którym się znaleźli odwiedzane jedynie tylko przez dokładającego do pieca pana Piotra. Wtedy drzwiach pojawił się zdenerwowany doktor –mówiąc teraz  pani odpowiada za nie, instrukcje znajdzie pani w pomieszczeniu do którego wejdziecie na półce, w ciągu kilku dni ktoś się z panią skontaktuje i pomoże stąd wyjść. Przesunięty regał odsłonił niskie drzwi przez które weszła Mama i 11-oro dzieci. W pokoju jest światło instruował p. Piotr ale proszę używać świec gdyż Niemcy mogą kontrolować zużycie prądu przez pewien okres będziecie sami jest bieżąca woda a przed chłodem opatulajcie się kocami. Posiłki gotujcie w ciszy za drzwiami obok na spirytusowej maszynce do którego jest spory zapas, pod żadnym pozorem nie otwierajcie drzwi ani przesuwajcie zasuniętego regału. Klamka zapadła regał wrócił na swoje miejsce a Piotr już rozsypywał zebrany wcześniej tytoń z tabaką zebrany do słoika i to wymieszane z pieprzem rozsypał drobno po pomieszczeniu. Wychodząc rzucił okiem czy wszystko wygląda naturalnie. Piotrze drzwi te zostaw otwarte będą przetrząsać dom niech myślą że tu jest zawsze otwarte, machnął ręką weź łopatę i udawaj że pracujesz przy węglu jak gdybyś to robił co dzień, przybrudź sobie tylko twarz i ręce i zniknął. Kiedy wyszedł przed dom zobaczył zbite już w gromadkę dzieci które jeszcze przed chwilą bawiły się na terenie. Do domu weszło kilku żołnierzy z zadaniem wyprowadzenia wszystkich domowników. Po kilku minutach grupa  przed domem zaczęła się szybko powiększać zarówno dziećmi jak i pracownikami personelu. Gdy kolejne przeszukanie nic nie dało tłumacz łamaną polszczyzną powiedział do wszystkich coś tam chcieli powiedzieć wychowawcy, ale ich próby przerwał Korczak- są już wszyscy mała grupa dzieci przebywa pod Warszawą gdzie prowadzono ogródek sadząc na własne potrzeby warzywa, ale potwierdzam że są wszyscy zarówno nauczyciele jak i personel pomocniczy, przetłumaczył oficerowi dowodzącemu to samo w języku niemieckim. Po chwili towarzyszący mu tłumacz powiedział, zgodnie z decyzją władz armia rekwiruje dom a mieszkańcy mają zostać odtransportowani na teren małego getta na ulicę Chłodną 33. Sienną i Śliską do miejsca nowego zamieszkania. Transport ma odbyć się natychmiast. Kolumna powoli ruszyła prowadzona przez Korczaka niosącego na rękach małą płaczącą dziewczynkę która tuliła się do niego, inne dzieci też cicho płakały ale powoli kierowały się przez otwartą bramę odważniej krocząc za swoim doktorem. Cywil zatrzymał dozorcę ciągle trzymającego zużytą mocno miotłę, pana dokumenty szybkimi ruchami wyciągnął kenkartę zza poły waciaka pan nie jest Żydem stwierdził. Jak długo pracuje pan w tym domu jako hausmeister ?- dwadzieścia lat odpowiedział. Dołączył do niego dwie kucharki mówiąc, do tego domu  przyjadą młodzi żołnierze z Hitlerjugend i w nim będą mieszkać a dom będzie służył armii niemieckiej jako hotel oni w troje mają wywalić wszystkie żydowskie klamoty. Spalić je, posprzątać dom i zmienić pościel a z dostarczonych produktów przygotować posiłek dla 60 chłopców i ich 10-o osobowej kadry. Ferschtanden -pokiwali głowami że tak, do pomocy zostanie z wami podoficer i pięciu żołnierzy, kolumna mijała bramę otoczona esesmanami, ulica wymarła żołnierze wsiadali do samochodów kończąc w ten sposób izolację domu. Po dzieci przysłano frontowych żołdaków uzbrojonych po zęby, z oczu dozorcy pociekły wolno duże łzy, kucharki też zaczęły łkać im dalej odchodziły dzieci. Dokąd mogli żegnali widoczną kolumnę machając rękami. Zamykający bramę Niemiec został na warcie, reszta rozeszła się po domu, po chwili przez okna zaczęto wyrzucać ubranka i dziecięce zabawki ichnie skarby, nie zdarzyli nawet zabrać swoich zabawek z którymi zasypiały gdy zbliżała się noc. Już nikomu  nieprzydatne pewnym ruchem miotły p. Piotra zamiatane były do palącego się przed domem dużego ogniska, jego  płomienie pożerały bezwzględnie wszystko. Podsycane ciągle lecącymi z okien jak to nazywali judische klamoten, śmiali się głośno obserwując ich upadek na ziemię. Najmłodszy z żołnierzy długo stał przed domem na warcie, po południe a była godzina 15a gdy dowieziono obiad dla wszystkich pracujących, zrobiono więc przerwę by wspólnie się posilić. Na pół godziny i on zszedł z posterunku by się posilić, tłumaczył przy jedzeniu że stanie przy bramie to strata czasu sugerując że na pewno przyda im się podczas robienia porządków. Na nic się to zdało był z nich najmłodszy –doradzono by usiadł na ławce bo ktoś musi czuwać; wiedział że nic nie wskóra odszedł więc niepocieszony biorąc ze sobą paczkę papierosów-odgrażał się że nie zawsze tak będzie. Zazdrościł kolegom plądrowania takiego dużego domu, im pęczniały kieszenie, później będą chodzić po koszarach pokazywać fanty wymieniając je między sobą lub tracąc przy grach w karty. Mijały godziny ogień pożerał wszystko ręce bolały od trzymania kija, choć to był jego zawód po raz pierwszy na spoconych rękach czuł zbolałe miejsca- będę miał odciski rzekł, pieprzę tych szkopów a i w gardle mu zaschło- muszę się czegoś napić? Powiedział do siebie kierując kroki do domu z którego właśnie usłyszał muzykę z gramofonu dochodzącą z okien gdzie nie tak dawno urzędował doktor. Podchwycili jej ton i śpiewali razem fałszując, słyszał ich pijackie odzywki a więc oni też zrobili sobie przerwę, skoro w pokoju doktora znaleźli spirytus który był używany do innego celu niż ten w jaki znikał w ich brzuchach, a mówią że to my Polacy pijemy do upadłego. Co chwila chodzili się wypróżniać, wracając do dalszego picia i pijackich pieśni. Nikt dziś nie chciał zaryzykować przyjścia z wizytą do domu, nikt nie zaryzykował by wejść i spytać co się dzieje;  na pewno dom obserwowano zadając pytając co się dzieje, co będzie dalej, dlaczego dzieci musiały opuścić swój azyl, gdzie są teraz; poczta pantoflowa działała, ostrzegano wszystkich by nie ryzykowano odwiedzin mogących zakończyć się aresztowaniem. Piotra już nikt nie poganiał słowami weiter, weiter, Schnel, Schnel-  mus ordnung machen. Gdy udał się do kuchni kucharki zrobiły mu kolację same zmęczone całodniową pracą  nie wiedziały co dalej począć –zbliżała się godzina policyjna. Chciały by już zakończył się dzisiejszy koszmar i wrócić już do domu, ale ten przed domem ich nie wypuści. Na pewno nie uwierzy im gdy powiedzą że powrócą jutro, dostali rozkaz muszą więc siedzieć do samego końca. Kucnęły wiec w kuchni przykrywając waciakami z głowami opartymi na rękach ale sen nie przychodził co chwila słychać było słowa pytania co z nami będzie? Co z nami zrobią? Co z dziećmi i doktorem. Idę na górę powiedział szeptem do nich wstając od stołu- tylko nie ryzykuj Kaziu? prosiły. Ciesząc się że to mężczyzna idzie na górę spytać z głupia frant czy czegoś nie potrzebują i czy też mogą się udać na zasłużony odpoczynek. Podszedł do drewnianych dużych drzwi w auli słysząc jak bełgocą coś między sobą, uchylił je tylko troszkę widząc jak  sobie sami szykowali spanie, pozdejmowali mundury wieszając je na krzesłach, buty leżały w nieładzie tak gdzie je ściągnięto z nóg. Nie mógł ich zbyt długo podglądać bo brakło jeszcze jednego nie licząc tego przy bramie i w każdej chwili mógł być złapany jak ich obserwuje a to nie wróżyło by niczego dobrego. Przymknął powoli drzwi kierując kroki w kierunku widocznego światła. Oczywiście że się bał ale nikt tego nie widział. Wziął znów miotłę do rąk i pewnym krokiem wszedł do pokoju biurowego biorąc głęboki oddech już miał urzędowo zameldować że dziś już skończył pracę ale widok który zobaczył nie pozwolił mu wydobyć ni słowa ale uśmiechnął się gdyż przez uchylone drzwi zobaczył śpiącego podoficera na swoim hełmie jakby przytulał się do poduszki nie mogąc się do niej utulić. Podszedł  lekko szarpiąc za rękę, ale nie było żadnej reakcji powtórzył czynność mówiąc her unterofizjer, kom myt -mus in bet schlafen. I rękę  Niemca płożył na swoim barku obejmując go w pasie powoli kierował się do miejsca w którym spali jego pijani koledzy. Ledwo go prowadził uginając się pod ciężarem, już się nie bał nawet jak gdyby co pomaga przecież najwyższemu szarżą wśród obecnych. Położył go obok śpiących, zapalił papierosa zasapany usiadł na krzesło musiał chwilę odpocząć nie miał dwudziestu lat. Wkrótce usłyszał chrapanie to było okropne jak oni tam w koszarach mogą spać razem przy takiej muzyce. Ponownie wszedł do sekretariatu popatrzył przez okno skulony na ławce zwinięty w kłębek spał wartownik. Jest wielka szansa podniósł słuchawkę telefonu i usłyszał długie przerywane sygnały zaczął pewnie działać myśląc że jest wielka szansa uratowania schowanego skarbu Janusza Korczaka tak pomyślał o ukrytych dzieciach.

 

Pracowita noc i ucieczka z pełnego Niemców domu.

 

Głęboko się zaciągał kiedy poczuł że robi się ciepło, wstał i wyrzucił peta wyjrzał przez okno ogień się jeszcze dopalał.  Zerknął na zegarek z kurantem  wiszący w sekretariacie była 20.30. Ostrożnie wyszedł otworzył drzwi na salę raz jeszcze ale nic się nie zmieniło tylko chrapanie stało się  głośniejsze. O nas Polakach mówią- naród który nie wylewa za kołnierz a ci proszę wypili część zapasu jakby chcieli gdzieś odfrunąć oby tylko śmigło się zakręciło i zapomnieć o toczącej się wojnie. W ręku trzymał miotłę tak dla picu, niby przed chwilą skończył pracę, schodził po schodach do kuchni najciszej jak mógł bał się obudzić śpiące wyżej towarzystwo, choć ich pewnie i granat by ich nie obudził. Wystraszone kucharki lamentowały pytając co z nimi teraz będzie. Macie dwa wyjścia pracować dla Niemców, albo powrót na wieś k/Garwolina skąd obie pochodziły. W Domu Dziecka wynajmowały pokoik na piętrze, naprawiały w wolnych chwilach ubrania dzieci a na soboty jeździły do swoich domów. Ale co powie pan doktor jak nas jutro nie zastanie w pracy? –nic nie powie bo go nie ma – odrzekł pewnie Piotrek. Jutro i was może nie być; jest wojna widzieliście jakich sił użyto do wyprowadzenia dzieci w nieznane, dla szwabów to tylko szepnął mali Jude i bandyci. Zapanowała cisza, co robić by im nie podpaść? dla nich my jesteśmy do eksterminacji w następnej kolejce rzekł p. Piotr. Stary doktor przewidział taką sytuację, otworzyły szeroko usta nie mogąc złapać tchu na usłyszane słowa prawdy. Przegrywamy na razie tę wojnę są panami i władcami teraz, ale to nie potrwa wiecznie, świat musi się obudzić. Teraz obie udajcie się do sekretariatu i wykonacie telefony pod wskazane w dzienniku Korczaka telefony z adresami ludzi wspomagających dom od wielu lat zaraz wam go doniosę wiem gdzie jest, nie obudźcie tylko fryców. Zniknęły za drzwiami jadalni ubierając w pośpiechu pakując na drogę potrzebne klamoty. Wchodził przez uchylone drzwi które wcześniej otwierał na polecenia wachmanów, nie było tu nic wartościowego do przytulenia oprócz kurzu, pajęczyn i miału węglowego. Po schodkach schodził już na pamięć patrząc na okna, kiedy usłyszał kroki stanął na chwilę-nasłuchując. To kucharki udawały się na górę rozmawiając miedzy sobą,  pozbył się ich z kuchni bo nie chciał by poznały położenie schowka który przy pierwszej wizycie na Szucha czy Pawiaku przestałby być miejscem tajemnym. Bał się tych rozgadanych ciągle babek, jak by się zachowały gdy zobaczyłyby dzieci których według wszelkiego zaistniałych wcześniej faktów nie powinno być. Faszyści mieli swoje metody by wyciągnąć potrzebne im wiadomości? myślał- ale nie miał za wiele czasu ani wyboru musiał więc improwizować. Regał płynnie przesuwał się ciągniony oburącz, najpierw zapukał by nie wystraszyć ukrytych tam dzieciątek. Siedziały przykryte kocami wokół Mamy, część już spała grzejąc się nawzajem  jak kurczaki wokół kury, mimo lata czuć było chłód  panujący wewnątrz. W świetle świecy widać było błyski szeroko otworzonych wystraszonych oczu niektóre naciągnęły koce na głowę myśląc o najgorszym. Zamknął za sobą drzwi, uwaga zapalam?- rzekł cicho przekręcając kontakt którego położenie odnalazłby nawet po ciemku. Poznali jego głos- wstając podbiegały obejmując go po ciemku jakby witały kogoś najdroższego i dawno niewidzianego, objął je wszystkie swoimi spracowanymi rękami czuł pocałunki na nich. Dobrze już dobrze dzieci mówił targając ich po główkach –dajcie pomówić z Mamą- uśmiechały się ocierając łzy kiwały główkami ale nie odstępowały go nawet na krok. Zdał relację z wyjścia dzieci do Getta kończąc słowami że nie wie co z nimi w chwili obecnej dzieje. Ostrzegł o śpiących i pijanych esesmanach, by zachowały najdalej idącą ostrożność. Zabieram teraz dziennik Korczaka są tam adresy i telefony osób na które zawsze można było liczyć. Będę do nich dzwonił po nocy i prosząc o pomoc, a pani będzie szykowała najlepiej po dwoje naraz ja będę odprowadzał je do miejsca w którym bezpieczny będzie ich odbiór. Gdyby coś się nie udało łatwiej wytłumaczę że dwoje dzieci znalazłem k/ domu  i chciałem je nakarmić –wszystko jasne? kiwnęła głową że tak. Do ostatniej chwili nie chciała wypuścić jego ręki ze swej dłoni gdy ponownie znikał za drzwiami. Liczyła jego miarowe stuknięcia kroków kiedy wchodził po schodach potem zapadła cisza. Znów szedł ostrożnie do czekających kobiet, kiedy ten dzień się wreszcie skończy, usłyszał bicie zegara w pokoju doktora stanął i liczył –była dwudziesta pierwsza. Uchylił lekko drzwi na podwórko upewniając się że Niemiec śpi smacznie dalej. Potem pewnie wszedł na półpiętro nasłuchując śladów życia śpiących Niemców-nic się nie działo, skierował swoje kroki do czekających kobiet. Od razu usiadł za biurkiem doktora otworzył  notes, zwrócił się do kucharki by usiadła obok niego. Przysuwając do niej świeczkę proszę dyktować mi telefony kolejno i nazwisko bym wiedział z kim rozmawiam; po mojej rozmowie ołówkiem proszę zaznaczyć że tu już dzwoniliśmy kiwała głową że rozumie. Pierwszy na liście był doktor Abram Diamant który leczył dzieci razem z dr. Korczakiem. Długo nie odbierał po kolejnym wykręceniu jednak odezwał się znajomy głos po krótkim streszczeniu zamieszkały przy ul Grzybowskiej z Towarową w swojej kamienicy lekarz obiecał jak najszybciej odebrać dwoje dzieci przy głównej bramie obok śpiącego żołnierza przed którym ostrzegł lekarza. Schodząc na dół zabrał ważąca z 10-kilo paczkę stojącą na klatce których kilka z dokumentami i aktami dzieci stało w przedpokoju przy wejściu do biura gotowych do wywiezienia. Popatrzył na zegarek minęło dopiero kilka minut od wykonania telefonu bez pośpiechu schodził po ciemku licząc schody, znów otwierał wejście kładąc pudło rzekł zasapany. Dwoje dzieci idzie ze mną, niech się pożegnają ze wszystkimi spotkacie się w lepszych czasach a pani mam nadzieję spisała wszystkie dane uratowanych dzieci. Pokiwała głową, Jakub i Sara rzekła szeptem szykujcie się- ubrała je ciepło w sweterki leżące na półkach ucałowała w główki mówiąc bądźcie dobre; będziecie teraz dla siebie bratem i siostrą pokiwały główkami. nie płakała ale łzy same ciekły po jej policzkach otarła je rękawem białego kitla, gdy zamknęły się drzwi znów liczyła schodki dwadzieścia kroków Piotra i ciche stukanie dziecięcych bucików. Obejmowała pozostałe szepcząc; moje niebożątka nie martwcie się pan doktor zadbał o was chociaż go nie ma tu z nami. Nie miała sposobności wytarcia nosa kiedy łzy ciekły po twarzy, ale nie wpadła w histerię –spytała czy nie chcą czegoś zjeść przed pożegnaniem, albo pić –milczały. Zapaliła świeczkę szykując kolejną dwójkę wszystkie główki czesała tak samo, chłopcy byli krótko ostrzyżeni ale czekali na jej ruchy grzebieniem szybko i starannie sprawdziła ich ubiór, a ze świątecznych zapasów na półce wyjęła cukierki trzymane na święta, jakoś się wytłumaczę z tego doktorowi. Od razu po dwa powędrowały do buziaków pomimo próśb by cmokały? gryzły po swojemu -czekając w ciemnościach. Dozorca trzymał dzieci za raczki po obu stronach idąc klatką, nie wchodził już do biura lepiej żeby te panikary nie widziały za dużo; chociaż słyszały jego rozmowę z lekarzem w której mówił o uratowanych. Było ciemno nigdzie nie widać ludzi z powodu godziny policyjnej, rozejrzał się czy gdzieś nie stanął niemiecki patrol. Wszystko grało, ciemno ubrani schyleni nie wiadomo po co, powoli skradali do bramy gdzie spał  strażnik obok którego przeszli cichutko na paluszkach. Za śmietnikiem był mur do którego doszli, tam czekał już doktor Abram, uściskał Piotra dziękując za jego poświęcenie, za chwilę już zniknął w ciemnościach nocy, stał jeszcze chwilę nasłuchując ale nic się nie wydarzyło. Jest dokładny i szybki, przyszedł jeszcze w szlafroku- trzeba już wracać!, została jeszcze dziewiątka pomyślał rozglądając się pozostawił otwartą furtkę. Ulica była bezpieczna, a wartownik powoli zmieniał pozycję, było mu niewygodnie; oby się nie obudził. Minął go i  znów był na swoim terenie, teraz wiedział co by odrzekł gdyby wartownik się obudził miał mu powiedzieć że wszyscy śpią że nie będzie zmiany –może też poszedłby spać z innymi. Po chwili telefonował już do piekarza p. Karasia, –dzieliło ich od domu tylko ulica. Nad oknami piekarni był duży nieoświetlony napis z nazwą firmy ,,Chała’’. On  też jeszcze nie spał widział co się stało rano, nie przypuszczał że ktoś mógł ujść uwadze siepaczom. Nie minęło pół godziny gdy następna dwójka znalazła opiekunów w ten sam sposób opuszczając swój dom. Kolejny telefon wyszukał jak najbliżej domu wiedząc że czas działa na jego niekorzyść na Karolkowej przy kościele miał swój zakład renomowany przed wojną krawiec Moryc Lauferek, było prze 22ą razem Lusiek i Pola zniknęli w ciemnościach nocy. Odprowadzeni obok fabryki platerów do jego drzwi. Gdy wracał  zapukał do księdza Kazimierza który z obawą otworzył mu drzwi  nie wiedząc kogo niesie po nocach. Ksiądz z parafii św. Klemensa na tej samej ulicy jemu też opowiedział o uratowanych dzieciach-w co ten nie mógł uwierzyć. Widziałem dobrze odejście dzieci z Korczakiem. Zgodził się bez wahania zapewnić pomoc kolejnej parze dzieci. Znów podobna droga do domu i powrót z Tosią i Jankielem ksiądz mocno uścisnął mu dłoń i znakiem krzyża dziękując raz jeszcze zamknął drzwi. Usiadł na schodach już tylko zostali Mordechaj i Szłojme, wstał po chwili mówiąc do siebie; później sobie odpoczniesz. Skierował kroki do domu chcąc zakończyć jak najszybciej nocną akcję ratowania dzieci. Jeszcze przed 23-ą, kolejna i ostatnia para trafiła do nowych opiekunów. Jedno powędrowało do małżeństwa Kowalskich on profesor miejscowego gimnazjum zaś jego żona była poczytną pisarką książek o miłości, zaś Mordechaja ukrył granatowy policjant Hieronim Zawadzki wracający ze służby do domu. Siedzieli teraz w troje było po 23, usiedli przy biurku doktora- znów rozpoczął pewnie jedyny mężczyzna. Jest jeszcze kilka adresów pod które można by dzwonić gdyby dzieci było więcej na szczęście zostało tylko jedno. Nie ma co ryzykować dzwonić po nocy, wiemy że jest godzina policyjna. Nikt nie wie jak postąpią z nami szwaby jutro; choć kucharki i ciecie są potrzebni od zawsze; myślę że najrozsądniej jest zniknąć teraz i rano wrócić do swoich domów. Mamy kawał drogi i najważniejsze że żyjemy, musimy się jeszcze stąd wydostać. Kilka dni można będzie przeczekać pod adresami które pozostały w notesie, tam na pewno pomocy nie odmówią. Zapalił, westchnął! ale to miasto trzeba opuścić i zapłacić za nasze dzieci. W jego oczach widać było chęć zemsty, stare serce krwawiło na myśl o przyjacielu którego może już nie zobaczyć. Wystraszone kobiety drżącymi rękami kopiowym ołówkiem zapisywały adresy po dwa na osobę- żadnych dowodów na papierkach? powiedział podnosząc się z za biurka, macie się tego nauczyć a kartki zniszczyć. Gdyby was złapano ostatecznie nic nie zabrałyście Niemcom może zostawią was w spokoju, pomyślą że odeszłyście po zrobieniu porządków. Nie wiedziały że przygotowane do wywiezienia przez śpiących Niemców pudła zniknęły ukryte w schowku Korczaka, ale tego im nie powiedział. Mama kiwała głową szczęśliwa że nie ma z nimi dzieci. Kucharki udały się po wykonaniu telefonu w kierunku ul. Wolskiej gdzie miały kontaktowy adres, wyszły mimo godziny policyjnej, przemkną od bramy do bramy mówiły że chcą mieć ten koszmar już za sobą. Pożegnały się jeszcze serdecznie odprowadzone przez Piotra na tył domu, widział jak zniknęły w bramie starego domu obok kościoła i zawrócił. Wiedział że to jeszcze nie koniec, o ile trudniej byłoby przeprowadzić podobną akcję gdyby to w nocy przyjechała zapowiadana przez Niemców ok. 60-o osobowa wycieczka młodzieży z Hitlerjugend z kadrą z Posen- chyba Poznań miał na myśli. Chłopcy z bronią oraz ich nauczyciele, kadra oficerska i podoficerska armii lądowej co oni będą tu robić- czego się uczyć? Na te i podobne pytania nie mogli razem znaleźć odpowiedzi. Zdrzemniemy się do piątej bo wyglądamy jak chodzące nieszczęścia a później cichutko na melinę i do domu. Powstrzymał od dalszych żartów, leżeli kilka metrów od Niemców nie mogąc zasnąć od nadmiaru wrażeń; czas mijał szybko, na omawianiu bezpiecznego opuszczenia domu i Warszawy. Sen nie nadchodził mimo zmęczenia, niedługo już kończy się godzina policyjna przeczekamy ostatnią godzinę w przykościelnej kruchcie. Mama poszła do kuchni spakować na drogę coś do jedzenia, Piotr pewnymi ruchami pozbierał całą porozrzucaną broń i dokumenty śpiących, zniósł do schowka i przykrył kocami z kasetki wrzucił do kieszeni garść monet później powie doktorowi ile tego było i odda choćby nie wiem co. Nie dopuszczał myśli że nigdy już nie zobaczy swego przyjaciela, znał kilka telefonów do znajomych-tam będzie się o niego pytał, popatrzył jeszcze raz; wszystko grało tu nic nie mogło się wydarzyć a może to tylko sen  z zadumy wyrwał go głos Mamy, czy wszystko w porządku? pokiwał głową –idziemy. Wszystko chciałoby się zabrać ze sobą ale tak się nie da. Najlepiej cały dom, gdzie był szanowany gdzie od rana szczebiotały dzieciątka skrzywdzone przez los i życie  musiał przysnąć na chwilkę Pan w Niebiosach że doświadcza tak bardzo Polskę a co winne dzieci. Nie kombinuj Piotrze nie ma czasu, musimy odejść stąd usłyszał będziesz miał czas wspominać jak dojedziemy do twojej rodziny k/Wrocławia, droga jest długa pomyślał i wsadził do kieszeni butelkę spirytusu, ot tak może kogoś po drodze trzeba będzie poczęstować lub dać za pomoc. Zapas w biurze to rezerwa sprzed wojny używana w do produkcji leków z małą zawartością spirytusu, najczęściej do przemywania ran. Otwierając wolno drzwi na podwórko, zobaczyli wartownika otrzepującego mundur, zamknęli drzwi szybko pytając się nawzajem czy nas zauważył, chyba nie stwierdzili. Po chwili usłyszeli niemieckie nawoływania, wiedzieli że jeśli nikt nie zareaguje przyjdzie wreszcie i rozbudzi śpiących kolegów. Ci gdy stwierdzą brak broni i dokumentów zadzwonią po swoich wtedy koniec z nami. Obserwowali go przez dziurkę od klucza, gdy zauważyli że żołnierz skierował swoje kroki w stronę domu zbiegli po schodach do kotłowni mieli kilka minut zanim zaczną ich szukać po całym domu weszli kolejny raz do środka, zasuwając za sobą regał i zamykając drzwi –zapadła ciemność. Karabiny odłożyli na półkę na  nic im się nie przydadzą zabiłby może jednego może dwóch Niemców ale oni w trójkę by zapłacili za to na pewno swoim życiem. Położyli się przykrywając kocami pod którymi jeszcze niedawno spały dzieci, przykryli się nimi na głowy by stłumić nerwowe oddechy i się uspokoić. Po kilku minutach dało się słyszeć krzyki i głośne nawoływania biegających po pomieszczeniach Niemców poszukujących zbiegów, potem w tym wyczekiwaniu zmorzył ich  sen -byli w potrzasku.

 

Przybycie nowych mieszkańców, wyjście z

jaskini lwa.

 

W godzinach porannych Polacy czuli się już pewniej, część pracowało w firmach okupanta i musieli dojeżdżać do pracy by jakoś związać koniec z końcem. Niemcy zaś wiedzieli że jest to najlepszy czas dla handlarzy którzy w ten sposób zarabiali na życie. Już w pociągach zbierano w czapkę haracz dla żandarmów by uniknąć kontroli. W mieście obstawiali wszystkie dworce i pod pozorem sprawdzania dokumentów prowadzili szczegółowe kontrole osobiste, bagażów, szukając broni, czy gazetek dla polnische banditen, jak nazywali żołnierzy Armii Podziemnej. Innym razem był to bimberek pędzony za miastem a teraz będący nieoficjalną druga walutą, lekarstwa, jednak najczęściej były to wszelakie artykuły spożywcze.  Towar taki zwykle przepadał oczywiście na korzyść zdobywców świata a i wykupić się musiano często pieniędzmi, kwotą nie do pożałowania było 500zł z podobizną górala lub inną walutą by nie trafić na Pawiak. Widząc szalejących Niemców po podwórzu ludzie wiedzieli że coś się wydarzyło, wczoraj zabrano dzieci kogo więc szukają tak dokładnie dziś, dołączyły do nich wkrótce najbliższe zaalarmowane patrole znajdujący się w pobliżu domu. Najbliżsi sąsiedzi w strachu pozamykali okna, drzwi i czekali- nikt nie wiedział na co? Wkrótce przyjechały kolejne auta  z niemieckimi żołnierzami którzy wczoraj odprowadzali dzieci do Getta okrążyli cały teren i kolejny raz przetrząsali piętro po piętrze, pokój po pokoju, wchodzili w każdy zakamarek ale nie znaleziono jednak nikogo, później się okazało że nocą rozbrojono czterech żołnierzy. Ci zaś po kolei tłumaczyli się z wypicia pokaźnej ilości wypitego na służbie sznapsu którego puste flaszki walały się po biurze. Zginęły im ładownice, dwa schmeisery i trzy  karabinki typu Mauser, parabellum, cztery granaty, mundury i dokumenty. Żandarmi zawieźli winnych do koszar gdzie będą odpowiadać za straconą broń, przepadły też zgromadzone dokumenty. Wzmocnione patrole szukały bandytów mających ciężkie pakunki, obstawiono dworce z których mogliby skorzystać sprawcy. W domu do czasu przybycia nowych mieszkańców, zostawiono wzmocniony patrol; mający zatrzymywać tych wszystkich którzy chcieliby do niego wejść szczególnie nocą. Ale i to nic nie dało, po dwóch dniach poranną ciszę przerwał miarowy stukot butów i głośne słowa niemieckich piosenek coraz głośniejsze w miarę zbliżania się do domu. Oddział prowadził ten sam cywil który odprowadzał Korczaka do Getta. Obok bramy oddział się zatrzymał czekając na jej otwarcie. Dwóch już mocowało się z prętami wpuszczonymi w ziemię by po chwili odciągnąć na boki dwie części. Wchodzili czwórkami, maszerujący oddział bojowy razem z nauczycielami w mundurach. Ucichł miarowy stuk butów po wybrukowanej kocimi łbami ulicy Krochmalnej. Stanęli przed domem ktoś zrobił zdjęcia, uzbrojeni byli w karabiny typu Mauser. Kadra miała peemy i broń osobistą zaś ich powadze stanowiły trzy lekkie kaemy, dające oddziałowi dość dużą siłę ognia. Dało się zauważyć poruszenie przed domem, widać jak ponownie kucali zbijając się jak najciaśniej do wspólnych zdjęć. Dowódca i podoficerowie na środku. Potem jedni palili inni przykucnęli na pobliskich ławeczkach ciekawie oglądając dom. Z domu wyszli pozostawieni na straży żołnierze. Zameldowali się i odmeldowali nowemu komendantowi domu, po chwili opuścili teren kierując się do wyjścia. Do domu najpierw weszła kadra i po pół godzinie zaczęto wywoływać kolejno drużyny, rozlokowując je na piętrach. Pokój Korczaka był teraz pokojem dowódcy zaś sekretariat zajęła dyżurna sekcja będąca stale pod bronią. Przed bramą na stałe zagościł posterunek, a trzyosobowy patrol rozpoczął obchód naokoło domu. Żołnierze trochę narzekali że toalety są za małe -wszystko przerobimy! Odpowiadał- to dom po szkole, poza tym jest wojna a na wojnie jak na wojnie nie zawsze jest jak u mamy. Ważne że mury są solidne, że za nimi jesteśmy bezpieczni. Do wieczora ułożono harmonogram zajęć, uzgodniono kolejność dyżurów, w kuchni, kotłowni oraz bojowe warty, wydzielono też sale do nauk sztuki wojennej czy miejsce na broń dla każdej drużyny. Napełniono worki piaskiem umieszczając je w wybranych oknach. MG rozmieszczono na górnych piętrach skąd mogły prowadzić skuteczny ogień. Niedługo dowiozą plecaki z dworca i wszystko co jest potrzebne oddziałowi by mógł zacząć pełnić swą służbę. W nowym miejscu o nazwie Warschau będą nabywać doświadczenie, pomagając władzom w zaprowadzeniu porządku, mają strzec wybranego rejonu w tej części miasta. Jemu Kurtowi Reepowi kapitanowi niemieckiej armii, uczestnikowi I wojny światowej powierzono szkolenie przyszłych żołnierzy. Mają już za sobą kilka miesięcy nauki in Schonek bei Frankfurt am Main a także w Posen gdzie otrzymali broń, ale to było In faterland -In hause weiter von hier. Był ranny w pierwszej wojnie w nogę, co widać było w sposobie chodzenia(kulał) podpierał się laską. W cywilu był nauczycielem historii, uśmiechnął się na myśl ile roczników już wyuczył i z iloma łobuziakami miał styczność a jacy porządni ludzi później z nich wyrośli. Powołany został do armii  przed czterema laty, powierzono mu zrobienie żołnierzy z chłopców którzy troszkę byli na bakier z prawem w swojej ojczyźnie. Wiedział jaki mieli wybór, albo obozy w Dachau czy Mauthausen, tam kierowano do pracy przeciwników władzy, która od 1934 roku spoczęła w rękach Adolfa Hitlera. Pełnoletni uczniowie dwu letniej nauki szkoły wojennej brali już udział w kampanii przeciwko Polsce czy wcześniej w zajęciu Sudetenlandu, pisali do niego o okropnościach wojny a także kto już z wojny do domu nie wróci, kto został ranny, byli też tacy których już odznaczono za bohaterstwo. Dla nich był drugim ojcem, znał ich charaktery a kiedy czytał ich listy był z nich dumny. Mieli swój wybór i go wykorzystali armia zrobiła z nich mężczyzn. Wśród obecnych młodych chłopców był też i jego syn 16-o letni Alfred, jego oczko w głowie. Dobry strzelec, szczupły, manualnie uzdolniony-średniego wzrostu. Zawsze uśmiechnięty, nosił okulary śmiejąc się że nie potrzebuje lornetki by trafiać do celu. Wszystkim pomocny, chętnie tłumaczył wzory matematyczno- fizyczne potrzebne podczas wykonywania bojowych zadań. Właśnie przez koleżeństwo a w szczególności za sabotaż niemieckiego sprzętu wojennego polegający na spuszczaniu powietrza z kół wojskowych samochodów w swojej rodzinnej miejscowości Schoneck bei Frankfurt am Mein. Gdzie wdawał się w bójki z SA- manami podczas wiejskich zabaw. A kiedy pobito jego kolegów z klasy -poprzebijali opony w wojskowych samochodach polując w kilkuosobowych grupkach na pojedynczych pijanych wracających nocami do domów. Kiedy poszukiwano sprawców tych czynów, gestapo odwiedziło także i jego szkołę. I tak na wszelki wypadek uczniom klas najstarszych po kilkurazowych odwiedzinach w domach Policji, zaproponowano naukę pod kontrolą specjalistów Armii niemieckiej i dla niej na potrzeby wojny która miała wkrótce wybuchnąć. Pokiwał głową –gdyby nie moja wcześniejsza reputacja i oficerskie gwiazdki nie wiem jak by się potoczyły jego dalsze losy. Ci chłopcy mają ok 15-u lat, on ma być ich i nauczycielem i ojcem. Widział już ich płaczące matki, które przywoziły swoje dzieci do Posen,  miejsca w którym rozpoczęto wojskowe szkolenie oddziału. Tam też rozpoczął się ich pierwszy kontakt z bronią, dużo się od tego czasu nauczyli. Pomimo kilkumiesięcznego szkolenia, skierowano ich do Warschau. Armia szykowała się do wojny z Rosją, to będzie prawdziwe wyzwanie. Przeglądał mapę najbliższego otoczenia domu i dzielnicy z którą na zajęciach będą musieli zapoznać się jego chłopcy. Mają do patrolowania wyznaczony przez komendę miasta teren, i blokowania go do czasu aż przybędą posiłki w przypadku bandyckich napadów i tylko kilka dni na to by go poznać. Sposoby kontroli dokumentów, rewizjami podejrzanych, oraz walką z handlem ulicznym, -z kim ? przeczytał rozkaz raz jeszcze. Jak to wytłumaczyć swoim chłopcom, którzy chcą walczyć ale  na froncie a nie z ludnością cywilną. Wiedzą też że innej drogi nie ma, jak i to że ich rodziny ucierpią pierwsze gdyby dopuścili się zdrady. Podobne jednostki szkolono w Złocieńcu w woj. Pomorskim, Bawarii (Ordensburg Sonthofen)oraz(Nadrenii OrdensburgVogelsang) nauka miała trwać tam trzy lata, po jednym roku w każdym z tych miejsc. Z chwilą uruchomienia czwartego ośrodka w Malborku(Marienburgu)naukę miano przedłużyć do czterech lat. Otwarcie powyższych ośrodków nastąpiło wczesną wiosną1936roku, pierwsza tura absolwentów skierowana została do władz okupacyjnych ziem polskich włączonych do Rzeszy. Późniejsi absolwenci wyżej wymienionych ośrodków szkolili się dla administracji okupacyjnej na terenach które planowano zdobyć w ZSRR. Tysiące wiernych realizatorów poleceń NSDAP i Hitlera nie wahało się wykonywać ślepo najbardziej zbrodniczych rozkazów, choćby takich jak eksterminacja Żydów. Moi chłopcy nie mieli szczęścia nauki w powyższych ośrodkach, oni są żołnierzami a więc mięso armatnie, szkoleni na bliskim zapleczu frontu, jako służba wartownicza tu też co dzień giną ludzie, to nie jest miejsce na urlop. Obudziły ich miarowe stukanie dochodzące zza drzwi, ktoś dorzucał łopatami do pieca,  potem usłyszeli niemieckie rozmowy podeszli razem do drzwi by lepiej słyszeć. Dwaj chłopcy dostawali instrukcję obsługi pieca, to są łopaty a tu zegar dorzucacie do pieca do tej czerwonej kreski. Potem można odpocząć ferschtanden pokiwali głowami. Są dwa dyżury dziennie od 8 do 12 i od 12 do 16. Co godzinę dosypują do pieca, potem siedzą obserwując zegar. Rozmawiają swobodnie palili papierosy wspominając dom i swoje rodziny, swoje dziewczyny i kolegów i to za co trafili do oddziału. Rozmawiali o dyżurach na stołówce, sprzątaniu sal. Tak ma być do tej pory aż administracja zatrudni cywilnych pracowników z którymi można się dogadać tzn. rozumiejących język niemiecki. Czas płynął uważali by czegoś nie upuścić, było cały czas ciemno. Czasami zapalali świecę by przygotować posiłek choć wiedzieli że nikt ich nie zobaczy, nawet gdyby zapalili światło. Woleli nie ryzykować gdy ktoś był za drzwiami, wypoczęli po ostatnich przejściach; nikt o nich nie wie znikąd pomocy. Mijał kolejny dzień, punktualnie budzeni przez dochodzący stuk łopat odznaczając krzyżykami mijające dni . Zastanawiali się co robią uratowane dzieci przeglądali kolejny raz ostatni zapis mamusi dotyczący identyfikacji dzieci którym udzielono pomocy Piotr czytał cichutko .

1)      Jakub Lejkin  – 10 lat .

2)      Abram Blum   -10-lat .

3)      Lusiek Błonek  -11-lat.

4)      Jankiel Gruszka-9-lat.

5)      Lejb Szpichler   9-lat.

6)      Mordechaj Tenenbaum 11-lat .

7)      Szłojme Paw   -8-lat.

8)      Pola Lipszyc  -10-lat.

9)      Sara Sylman – 9-lat .

10)     Mania Elenbogen -10-lat.

11)     Tosia  Altman – 8lat.

Tylko 11-oro dzieciaczków uratowano, rachował że w pozycji stojącej mogłoby się uratować dwa razy więcej maluchów. Adresów do pomocy też by starczyło ilu by z nimi siedziało teraz gdyby nie zdążyli ich na czas ewakuować, na ile starczyłoby jedzenia; ale dość gdybania -są  tylko z jednym dzieckiem to dobrze! Muszą teraz znaleźć sposób wyjścia, na jakiś czas mają co jeść, wody też jest pod dostatkiem. Powoli w miarę jak zdobywali  wiadomości układali plan bezpiecznego wyjścia. Wiedzieli że jeden z trzech MG jakie posiadał oddział, stoi w oknie na klatce schodowej za workami z piaskiem na II piętrze. Nie ma on stałej obsługi ale w przypadku ataku, większość młodych została przeszkolona w jego obsłudze do czasu kiedy dotrze stała obsada. Która podczas strzelania uzyskiwała najlepsze wyniki. Od godziny 16stej nikt do kotłowni więcej nie przychodził, wtedy jest możliwość wyjścia. Nad opuszczeniem zastanawiali się przez ostatnie kilka dni będąc całkowicie odciętymi od świata. Był to jedyny w miarę bezpieczny sposób wydostania się z pułapki w jakiej się znaleźli, o ile uda im się podnieść kratę służącą od lat do zsypu węgla której od początku istnienia domu nikt na pewno nie ruszał. Przed domem stoi wartownik, na półpiętrze w biurze  czuwa uzbrojona sekcja gotowa do boju, trzech patrolująca na zewnątrz wolno obchodząca dom no i możliwy wartownik przy kaemie na piętrze. W kuchni do nocy ktoś stale się kręci jednak po 21-ej wszelki ruch zanikał. Mieli dwa pistolety nadające się do akcji w środku domu, rozpatrzyli jednak rozbrojenie wartownika pistoletem, ale co będzie gdy natkną się na obchodzący dom patrol będący pewnie w zasięgu wzroku z dyżurującymi kaemistami, jak to nazwali będzie klops z powidłem nie dopuszczali dostania się w ręce Niemców i późniejszego przesłuchania którego na pewno by nie wytrzymali – wzdrygnęli się na samą myśl o takim rozwiązaniu. Minęło już pięć dni jak się ukrywali, dziś wieczorem spróbują rozruszać kratę tak po godzinie 19ej, jeśliby się udało jest szansa na w miarę bezpieczne opuszczenie domu. Czas wlókł się niemiłosiernie, byli wypoczęci tracili rachubę kiedy jest dzień a kiedy noc ale musieli działać by się wydostać z pułapki. Próbę rozruszania kraty przeprowadzimy przy otwartych drzwiach kotłowni, wiemy czym to grozi ale od czegoś musimy zacząć. Odsunęli regał cicho nasłuchując z kuchni dochodził szwargot -przynajmniej dwóch jest jeszcze w kuchni słychać jak szorują gary. Jeśli uda się rozruszać kratę mieli przygotowane odpowiedzi gdyby ich złapano przy wychodzeniu, dobra jest wersja zdobycia opału na zimę. W kieszeniach tylko tyle pieniędzy by dostać się do najbliższego lokalu kontaktowego oraz butelka spirytusu na łapówkę gdyby ich złapano zmieściła się do płaszcza. Jest szansa o ile ich nie oddadzą w ręce Gestapo- tam bajki się skończą, ale takiej myśli nie dopuszczali. Było już po dziewiętnastej wiedzieli że nadszedł czas działania, skoro wyszli nie mogą tylko nasłuchiwać, Niemcy ich wyręczyli dowożąc węgiel który został wczoraj wrzucony przez kratę. Mama położyła krzesełko na wierzchołek węgla i starała się by równo stało-Piotr zszedł po schodach ciągle się oglądając jakby miał zaraz ktoś wejść. Stanął na krześle trzymany za trzęsące się nogi, trzymam! pewnie usłyszał słowa gdy tymczasem rękami naciskał na kratkę, za którymś razem posypał mu się na głowę miał węglowy, kiedy krata uniosła się do góry już wiedział że tędy można wyjść na wolność, widać było uśmiech na jego twarzy gdy zeskoczył z krzesła strzepując z głowy węglowy pył, który powpadał za koszulę brudząc całe ubranie. Mama pomagała kobiecą ręką doprowadzić go do porządku- to bezskuteczne powiedziała zrezygnowana -rozbierz się do połowy bo to nic nie da, musisz się umyć mydłem. Było już ciemno gdy skierował swoje kroki do schowka, odwrócił się jeszcze prosząc by odstawiła krzesło na swoje miejsce a stojące pośród węgla. Dało się słyszeć szuranie krzesełka a po chwili znów byli w swoim azylu. Próbowała przesunąć sama regał był jednak zbyt ciężki, cofnął się kilka kroków by jej pomóc. Po chwili już stał przy kranie mycie rozpoczynając mycie od głowy, opuść ją niżej tu ci umyjemy plecy usłyszał polecenie Mamy, zacisnął zęby czując szczotkę na plecach a potem chłodek zimnej wody gdy polewała kubeczkiem miejsca zalegania piany. Gdy mył brzuch Mama wycierała już mu plecy, po chwili zrobili gorącą herbatę którą powoli długo pili siedząc wygodnie na kocach. Abramek nic się nie odzywał gdy omawiali dalszy plan opuszczenia domu, jego oczy wędrowały to na mamę to na Piotra, czasami spytał się cicho-nie zostawicie mnie prawda?. Prawda mówiła Mama przytulając go przy tym w końcu rzekła by poszedł spać bo jutro musi być wypoczęty i gotowy na trudy. Niechętnie obrócił się na bok spod koca wyglądała główka, dopóki mógł sprawdzał ręką pod  kocem czy ktoś jest koło niego. Musiał się chwile zdrzemnąć bo usiadł pytając- jesteście. Co robicie? spytał szeptem gdy przeglądali zgromadzone w magazynku rzeczy, szukamy rzeczy które będą nam jutro potrzebne, wiedzieli że nie może być tego za wiele by nie rzucać się w oczy, ciepłe ubranie nieduża torba z jedzeniem, jakieś pieniądze i garść cukierków. Popatrzył kolejny raz na zegarek nie mogąc zasnąć, przestań się kręcić i zaśnij słyszał słowa Mamy. Oburknął że nic innego ostatnio nie robi tylko je, śpi i nasłuchuje i tak w koło, przestań już marudzić powiedziała ale sama też nie mogła zasnąć nadchodził. Mam pomysł usłyszała szept Piotra jest druga w nocy, może byśmy znaleźli coś normalnego na ząb, może chleb. Myśl jest przednia wcześniej powinniśmy o tym pomyśleć. Wstali i cicho schodami dostali się w pobliże drzwi, były zamknięte tak samo jak te do jadalni. Tak samo jak za naszych czasów –co robimy? Wrócimy i podsadzisz mnie przez okienko do wydawania posiłków, był to kwadrat 60/60cm w który został wciśnięty i popchnięty za nim zawsze stał stół do krojenia chleba na nim wylądował zeskakując na nogi, na nich zawiązane ręczniki by nie zostawić żadnych śladów, pistolet w kieszeni dodawał odwagi miał posłużyć do zastraszenia i ogłuszenia gdyby zjawił się niespodziewany gość. Otwierał wolno szafkę po szafce, znalazł sporo chleba razowego –odłożył jeden razowiec, z napoczętego białego chleba odkroił dwie grube kromki, potem schodkami zszedł do pomieszczenia z warzywami była tam wszelka włoszczyzna której po kilka sztuk z przewagą marchewki zabrał ze sobą poszedł do czekającej Mamy podając  jej  przyniesione rzeczy, wracam po kapustę i buraki. Pomyszkował jeszcze po kuchni ale nic więcej nie znalazł, wszystko inne było pewnie zamknięte obok w pokoju. Położył się na brzuchu i nogami wgramolił się do okienka którym wszedł. Poczuł dłonie Mamy na nogach, przesuwał się powoli raczkiem odpychając rękami by później zeskoczyć na własne nogi. Byli zadowoleni ze zdobyczy uszczknęli nieco Niemcom nawet tego nie zauważą stwierdził kiedy już byli na dole w ten sposób można wytrwać dłuższy okres w odosobnieniu. Umyte marchwie zjedli na surowo, z reszty przygotowywali pożywną zupę o jakiej marzyli ostatnio- był to kapuśniak na konserwie. Po zjedzeniu gorącego posiłku zasnęli sprawiedliwym snem, który przerwało rytmiczne uderzenia łopat po betonowej podłodze; nie dało się usnąć. Mama wstała pierwsza i cos szykowała na śniadanie, do toalety wstali obaj -i jak dzieci uśmiechała się gdy słyszała komu chce się bardziej sikać. Później umyli się i usiedli razem do posiłku jak na froncie powiedział z uśmiechem, ciemny i jasny chleb, konserwa i herbata. Ileż by dał za normalną jajecznicę i bułkę z masłem, albo kaszankę i chleb z żółtym serem. Popatrzył na zegarek i zjadł nie odzywając się, kiedy zerknął znów na zegarek usłyszał słowa Mamy –śpieszysz się gdzieś na randkę?. Uśmiechnął się wstając zapalił papierosa i odszedł od stołu, potem myślał chodząc od ściany do ściany. Przestań już pedałować zagraj z Abramkiem w warcaby powiedziała, poczytaj coś czasu nie przyśpieszysz ja pozmywam i zrobię obiad. Po godzinie znów leżeli na posłaniu, odpowiadał ze spokojem na pytania czemu tak, a po co, a dlaczego, tyle pytań Abramka pozostawiał bez odpowiedzi, ale uśmiechał się mówiąc że niedługo wszystkiego sam się dowie jak stąd wyjdą i znajdą bezpieczne schronienie. Dotrwali do obiadu- była gorąca zupa buraczkowa a przynajmniej coś co kolorem ją przypominało. Śmiechy i rozmowy prowadzone za ścianą nic nie wskazywały na wzmożoną czujność w domu, to była jedyna atrakcja dla zamkniętych. Gdy usłyszeli tupanie po schodach znaczyło to że dotrwali do 16stej. W dwie godziny później gotowali się do wyjścia, wyszli z ukrycia ale Mama stwierdziła że jest za jasno –przełożyli więc termin wyjścia na 19stą. O tej porze z kuchni wydawano kolację. Krzesełko z drewnianym oparciem tak ułożył na węglu, by oparcie przylegało do ściany i można było po nim wyżej wspiąć. Piotr zawiązał starą koszulę na głowie wyglądając jak arab z turbanem, wiedział że nie uchroni się przed wszędobylskim miałem. Podniósł kratę i wolno ją przesunął, w powstałą szczelinę wsadził głowę stając na oparciu krzesła rozglądał się podtrzymywany za nogi przez Mamę i Abramka, szukał ruchu na piętrze gdzie   było stanowisko MG na drugim piętrze. Nic się jednak tam nie działo, toalety na piętrze były pozamykane, na balkonie też nie było nikogo ani w oknach; wypchnął kratę całkowicie na bok prosząc by mu podała mokrą szmatę do przetarcia ramy i boków zsypu, przy wychodzeniu mniej się usmolimy. Przyniosła mokry ręcznik po chwili mocno nim naciskał usuwając zalegający wieloletni brud, pomyślał jaki człowiek jest głupi przecież wczoraj zamiast leżeć mógł to zrobić a nie spoglądać na zegarek i liczyć upływający czas. Zrobił co mógł, schodząc wyrzucił ręcznik do pieca i poszedł po koc wpadł mu pomysł by położyć go na pochylni zsypu, chwilę to trwało zanim zadowolony zszedł mówiąc; zaczynamy? Podał jej swoją rękę by wygodnie stanęła i złapała równowagę, z rękami w górze stanęła na wierzchołku krzesła przylegając brzuchem do koca czuła jego ręce na butach, usłyszała by nie zginała kolan i na trzy cztery uniosła się ku górze upadając na łokcie, pomagała jak mogła przesuwając po kocu. Gdy kolana znalazły oparcie szybko się podniosła stając jak najbliżej muru, teraz ona rozglądała się w strachu po oknach, czekała na alarm ale ten nie następował. Popatrzyła po oknach raz jeszcze, szepcąc; droga wolna teraz dziecko. Z chłopcem nie było żadnego problemu. Wysportowany lecz mocno wypchnięty przez p. Piotra o mało nie upadł na twarz, zdążyła go uchwycić go za koszulę by na niej nie wylądował. Twoja kolej powiedziała -chwilkę? Muszę jeszcze tylko pozamykać, i sprawdzić czy nie pozostawiliśmy nigdzie śladu naszej obecności. Słyszał szwargotanie za drzwiami kolacja dobiegała już końca, podał przygotowany tobołek i przywiązany do krzesełka sznurek którym mieli wciągnąć je za sobą by nikt się nie domyślił dlaczego stoi ono pod ścianą i w węglu. Przeżegnał się i stając na krześle oparł się o koc –dobrze to pomyślał są czyści i dzięki niemu wyglądają jak ludzie. Gdy się odbił Mama klęcząc na kolanach chwyciła go za rękę i pomagała ciągnąc z całych sił z drugiej strony robił co mógł mały Abramek. Piotr mierzył około 170cm był szczupły i ważył ponad 70kg. wkrótce i on stał twardo na nogach, wyciągnął szybko krzesło,  odstawił je na bok i już mocował się z włożeniem na swoje miejsce kraty. Była 19.30 a więc pół godziny zeszło im na wydostaniu się z matni. Chwilę jeszcze stali obok pasażu nie mogąc się zdecydować i w która stronę się udać, wtedy Kazik ich zauważył -od Karolkowej szedł patrol który punktualnie co pół godziny obchodził dom. Obok domu był ponad dwumetrowy mur zakończony siatką, niemożliwe by zdążyli go przeskoczyć od ulicy jest ok. czterdziestu metrów po dwudziestu na pewno nas zauważą. Było ciemno szybko położyli się na trawie głowami jak najniżej, starali się nie oddychać jakby to miało w czymś pomóc. Mieli ciemne ubrania była więc szansa, już słyszał ich zbliżające się głosy i miarowe stukanie wojskowych butów. Uniósł głowę widząc przechodzących obok siatki żołnierzy, zniknęli za zakrętem  mijając wysoki mur z białej cegły, mieli teraz kilkanaście minut zanim znajdą się znów w polu widzenia patrolu. Udało się możemy ruszać, przechodzili w kucki koło okien pralni zaglądając w każde z mijanych okien, chwilkę potrwało gdy mijali okna stołówki byli tam jeszcze dyżurni sprzątający salę. Na wysokości schodów był mur za którym była przed wojną fabryka platerów przy nim wiedział to dobrze jest dziura w parkanie, nie było kiedy jej zreperować. Za chwilę byli na chodniku idąc w kierunku kościoła. Przyglądali się mijanym osobom pragnącym znaleźć się w swoich domach przed godziną policyjną. Gdy przeszli na drugą stronę znaleźli się już blisko bram w trzypiętrowych kamieniczkach po drugiej stronie ulicy. Byli już wolni ale mieli mało czasu by znaleźć schronienie, pewnym krokiem zdecydowali się wejść do kościoła łatwiej jest poprosić księży o pomoc tylko na dziś. Wiedział że nie odmówią, z naprzeciwka Krochmalną tupał już ten patrol który przeszedł niedawno obok nich. Gdy weszli do kościoła, wszystkie światła były już przygaszone skierowali się do zachrystii klękając przed głównym ołtarzem, każdy po swojemu dziękował Bogu za to że opuścili wilcze legowisko. Klęczących we łzach spotkał znany ksiądz Tomasz który dał schronienie i służył pomocą w znalezieniu bezpiecznego schronienia dwóm żydowskim dzieciom kilka dni temu. Jakież wielkie było zdziwienie księdza gdy zobaczył ludzi o których nikt nic nie wiedział, uściskał ich po kolei powiedział że zaraz do Nas przyjdzie tylko pozamyka wszystkie drzwi w kościele. Po chwili zaprowadził cudem ocalałych przez zachrystię do pomieszczeń zamieszkałych przez innych braci, pokazując kogo znalazł w kościele. Przygotowano szybką kolację była upragniona jajecznica na słoninie i z cebulką o jakiej marzyli od momentu ukrycia przed Niemcami. Lepszym oratorem był Piotr więc streścił całą przeżytą historię od momentu jak wyprowadzono dzieci z Korczakiem, po chwili spytał czy coś wiadomo o nim księża rozglądali się po sobie kto to wreszcie wyksztusi z siebie? wreszcie Tomasz w smutku powiedział że są za murem Getta- żyją. Ale jest tak jak tego pragnął że będzie z nimi aż do samego końca. Choć wieści nie były najlepsze cieszyli się że stary doktor żyje i się nie daje. Pościelono im w sali katechetycznej dając po kilka ciepłych kocy, tak przetrwali do rana. Rano obudziły ich dzwony wzywające wiernych na poranną mszę, wstali czekając do wspólnego śniadania, było skromne ale syte jak na wojenne czasy, biały ser i dżem na białym chlebku posmarowanym masłem. Pożegnaniom nie było końca musieli dostać się na ul. Płocką, do miejsca gdzie miano im udzielić pomocy w opuszczeniu Warszawy. Już dawno nie szli tak pewnie z werwą, przez ostatnie dni nic innego nie robili tylko odpoczywali ale nie był to urlop. Krzesło dzięki któremu wydostali się z opresji pozostawili księżom. Przy Wolskiej zwolnili, wyglądali jak rodzina która prowadzi dziecko trzymając chłopca z obu stron za ręce chociażby na spacer. Doszli do celu już po pierwszym dzwonku drzwi się otworzyły i zobaczyli znajomą i zaskoczoną twarz Karola Szumachera właściciela kawiarenki,, Kamelia’’. Lokal był już pusty, posprzątany; kiedyś zawsze pełen gości, jednak ale kto przychodzi rano na to coś do picia co nazywano kiedyś kawą czy herbatą. Obecnie najczęstszymi bywalcami byli ludzie którzy opijali bimbrem szemrane interesy. Gdy znaleźli się w środku, powiesił ich ubranie gdy usiedli za stołem zachęcił do opowieści i tak jak u księży ponownie streścili swoje przygody i tak do obiadu przy herbacie i ciasteczkach dotrwali końca opowieści która spowodowała że długo nie mogli się uspokoić wycierając ukradkiem łzy. Posilali się już normalnym jedzeniem, kiedy zapytali o wieści z terenu Getta i doktora one nie były za słodkie. Za murem jest głód i piekło o wszystko trzeba tam walczyć, podobno doktor staje na głowie by sprostać nowym trudnościom, na jak długo starczy mu sił. Posiedźcie u mnie kilka dni, potem zadecydujecie co chcecie robić, dobrze że Niemcy o was nie wiedzą, słyszeliśmy że czegoś szukają ale nie przypuszczaliśmy że ktoś mógł się uratować i wywinąć im takiego psikusa. Gdybym cię nie znał myślałbym że to prowokacja, poklepał mnie po ramieniu; jak wyście przetrwali wśród tego mrowia, Bóg widocznie miał nad wami pieczę skoro udało się wam ujść cało -to cud. Do biura wszedł feldfebel Fritz Dill złożył meldunek z patrolu i bezpiecznym powrocie chłopców. Nic się nie działo? Fritz machnął ręką –legitymowaliśmy paru  handlarzy gdy widzieliśmy nadchodzących żandarmów, chłopcy nawet nie ściągali z ramion broni.  Spotykaliśmy tych ludzi już wcześniej, ale mają dobre papiery i pracują na potrzeby III Rzeszy więc według rozkazu puściliśmy ich wolno. Obok kościoła widzieliśmy, chyba rodzinę przechodzili przez ulicę środkiem, szło z nimi dziecko nie było potrzeby ich zatrzymywać, ale po co im to krzesło? zniknęli w bramie i tyle ich widzieliśmy a my powoli spacerkiem zamknęliśmy koło i do domu. Niedługo matki z dziećmi każą nam sprawdzać, a każda oma i opa idący do kościoła to nic innego jak polnische partizanen. Chłopcy posilają się na dole, siadaj więc i zapal, może sznapsa? pokiwał głową. Jak morale? chłopcy chcieliby walczyć a nie chodzić ulicami i dokuczać cywilom, sami pochodzą z podobnych rodzin są z Armii lądowej z Wermachtu a nie z Policji czy SS. Są tu kilka dni, machnął ręką mein libe Fritz kiedy rewidujecie zatrzymanych czyż nie mają oni jakichś groźnych rzeczy przy sobie? mają odpowiedział sarkazmem -najczęściej jest to jedzenie dla kogo się spytasz-odpowiem dla swoich najbliższych resztę sprzedają lub chcą wymienić się na inne potrzebne artykuły. Oni też chcą żyć ale w sklepach to co dostają na kartki nie wystarcza na długo, nie bronię ich ale co mają robić ci bez kartek, gdzie mają się leczyć chorzy-których jedyną bronią jest modlitwa. Świat widzi w nas nie żołnierzy ale zbrodniarzy. Wiesz kto w tym domu mieszkał zanim tu przybyliśmy, małe dzieci które znikły, przestały być, powiem ci to były dzieci żydowskie, dzieci ofiary wojny a skąd to wiem od księdza byłem się pomodlić i tak się zgadaliśmy. Zamknięto im szkoły to co mają robić. Jest mądre  powiedzenie rzekł dowódca ,,im bardziej zaciskasz tym większy czujesz opór ‘’. To my tutaj przyszliśmy jako okupanci i najeźdźcy, oni nas nigdy nie polubią ale można zrobić wiele by pokazać że wśród nas też są ludzie. Nasi chłopcy też chodzą się modlić do katoliche kirche, tak jak nauczyli ich tego rodzice,  czyż są innymi ludźmi przed jednym i tym samym Bogiem. Oni w Ojczyźnie popełniali te same błędy za które są teraz tu z nami, oderwani od swoich rodzin, bo pomagali swoim poturbowanym  kolegom, każdy by tak uczynił. Dobrze- że możemy szczerze sobie pogadać, naszych chłopców przysłano tu na zatracenie, front jest wszędzie ale to nie znaczy że mamy przestać być ludźmi. Obiecałem ich rodzinom zająć się nimi jak ojciec, ileż łez wylały przede mną te niemieckie matki i ojcowie; prosząc bym dbał o nich jak o własne dzieci. Jak ich chronić? Nie mogę ich zawieść, wolałbym by walczyli na froncie i tam jak trzeba będzie niech nawet zginą za ojczyznę, ale nie jak bandyci którzy dokuczają cywilom. Sprawdź tylko posterunki i też idź odpocząć, uczul ich by nie spali bo to się może źle skończyć dla nas wszystkich. Pokiwał głową i wstając stuknął przepisowo obcasami, odwrócił się i opuścił pokój.

 

Spotkanie byłych wychowanków.

 

Mijał rok 1972 czekaliśmy cierpliwie na święto jakim miała być rocznica rozpoczęcia działalności domu przed wojną. Powiązana z rocznicą oddania domu sierotom po wojnie. Tymi sierotami teraz były dzieci polskie, przed wojną dom zamieszkiwały dzieci żydowskie mówiące językiem polskim, bo tu w Polsce się urodziły, tu mieszkały i żyły na różnych poziomach ich rodziny, tylko innej religii. Służyli w armii polskiej zajmowali różne stanowiska jako wykształceni ludzie muzycy, bankierzy, kupcy i tak dalej można by długo wymieniać, chyba tylko nazwiska czy broda i odzienie mogły w tłumie rozróżnić Polaka pochodzenia żydowskiego. Ale skąd o tym miałyby wiedzieć dzieci czy młodzież, tak samo jak kiedyś dzieci Korczaka biegające beztrosko po zagrodzonym terenie bawiące się  i mówiące nie inaczej jak po Polsku. Przystroiliśmy aulę tak jak to robiliśmy na święta, poznosiliśmy krzesła z przyuczelnianych sal  a także z jadalni. Kilka metrów od sceny ustawiono ławeczki stojące zwykle po bokach Sali, w następnych rzędach krzesła a za nimi w głębi dopiero  stoliki zastawione słodyczami, ciastami, owocami i napojami, które zafundowała nam firma mająca pieczę nad domem o nazwie ,,Transped”. Dużą pomoc ofiarował też komitet Korczakowski i kilka organizacji harcersko młodzieżowych, które zorganizowały w szkołach akcje pomocy dla dzieci z domu dziecka im. Janusza Korczaka. Przygotowaliśmy część artystyczną na która składały się występy grupy taneczno-rytmicznej, z tańcami zbójnickim czy bulbą. Były wiersze, skecze, piosenki a grupa teatralna pokazała sztukę w której stary doktor zachęca dzieci by szły z nim do pieca krematoryjnego tak jakby jechały z nim na wakacje. Zakończone owacjami ambasadora państwa Izraelskiego Szymona Wajsa, pocztów sztandarowych szkół do których chodziła nasza młodzież, nr. 8, nr. 90 i nr. 137. Przybyli też dziennikarze, z różnych gazet a nawet telewizja mająca w wiadomościach ogólnopolskich pokazać rocznicowe urywki. Był i wspólny obiad który odbywał się w trzech turach, na początku zjedli posiłek goście, był więc bigos z ziemniakami, kotlety mielone, kompot i zupa grzybowa. Skoro nie wszyscy mogliśmy zasiąść do obiadu już zaczęliśmy próbować słodyczy z zastawionych stołów. Kiedy nikt nie widział garściami upychaliśmy je do kieszeni, następnie kurs do sypialni by opróżnić zdobycz i powrót by ponownie próbować je napełnić. Początkowo wybieraliśmy te które są najbardziej lubiane z mieszanki Wedla jak Bajeczne i Pierroty, później pralinowe i z galaretką ale też dobre a gdy i tych już zabrakło do kieszeni trafiało wszystko co jest słodkie. Nie gardziliśmy i owocowymi różnej maści. Dobre były te owocowe podłużne zawinięte w białe papierki o smakach owoców, którego zdjęcie było na papierku. Tego nam brakło najbardziej na co dzień a to przyniesiono przecież dla nas ale święta są rzadko. Kiedy poszliśmy na obiad inni robili to samo co my, niby nikt nie widział jak rzeka cukierków odpływa z Sali- my dobrze wiedzieliśmy gdzie. Jakie numery robiliśmy starszym tym których nie lubiliśmy, jak Tamborski, Marecki czy lizus Walczak. Wynosili jak wszyscy słodycze do swoich do szafek,  podbieraliśmy im te najlepsze zamieniając na  owocowe. Zabawę mieliśmy przednią, my  pracowaliśmy drużynowo, u nas wszystko będzie sprawiedliwie podzielone, starczy więc nam na dłużej. Papierki po cukierkach które już zjedliśmy nie wyrzucaliśmy, skręcaliśmy i robiliśmy nowe, te zaś trafiały do pomieszczenia w małej sypialni. W papierki zawijaliśmy też landryny. Z jakąż przyjemnością słuchaliśmy później żalów że tam w Wedlu pracuje kupa oszustów, gdyż zawijają w firmowe papierki owocowe cukierki a nawet zdarzają się wypchane papierkami. Gospodarze jak to bywa w zwyczaju jedzą posiłki jako ostatni, ale za to dostają największe porcje. Popołudniowe występy i rozmowy wszystkich z wszystkimi były przeprowadzane kolejno w miarę jak mijał czas. Ze zmieniających się mówców my wyławialiśmy tych którzy odeszli z domu przed rozpoczęciem się wojny jako osoby  pełnoletni lub ci dla których znaleziono miejsce w nowych zastępczych rodzinach. Wilczki rozdzieliły się i rozmawiały z osobami które uratowały się w jakiś dziwny sposób kiedy były dziećmi, wcześniej przygotowane pytania ułatwiały nam rozmowę. Słuchaliśmy ich historii i wojennych losów, z których każda nadawała by się na scenariusz książki czy nawet filmu. Dowiedzieliśmy się że grupa dzieci które się uratowały przed wyprowadzką do Getta mogła liczyć na pewno 11-ścioro dzieci oraz Mama pan Piotr i kucharki które wyjechały z Warszawy zanim wszczęto alarm. Założyliśmy że osoby uratowane osoby powinny być podobnym wieku i tego się trzymaliśmy. Kryteria te spełniało tylko pięć osób, Jakub Lejkin 42 lata obywatel państwa Izrael, Abram Blum 42 lata także z Izraela, Lejb Szpichler 41 lat  Amerykanin, Tosia Altman 40 lat i Pola Lipszyc 42 Kanadyjka. Warunek wiekowy spełniała jeszcze Mania Elenbogen 42 lata której list odczytano przed całym gremium w auli. Była chora, leżała w szpitalu w Moskwie, raniona podczas wojny dosłużyła się stopniu kapitana NKWD. Bezdzietna dożywała swojego czasu w szpitalach Rosji sowieckiej. Z piątki pozostałych wiadomo było że Jankiel Gruszka brał udział w powstaniu w Gettcie, dokąd trafił po zadenuncjowaniu jego miejsca ukrycia. O innych nikt nie usłyszał prawdopodobnie zginęli lub ciągle trzeba mieć nadzieję że zaginęli w czasie działań wojennych. Dozorca Kazik zaginął jako partyzant przy wyzwalaniu Wrocławia. Przeżyła kucharka Mama która po swoich wojennych przygodach straciła pamięć; powróciła do Warszawy i pracuje do dziś kochając wszystkie dzieci, na pytanie o tamte czasy odpowiada nie wiem, nie pamiętam i smutno się uśmiecha. Ocalonym zadawaliśmy pytania bez świadków, dziwili się że tak bardzo nas interesują tamte ciężkie czasy. Ale chętnie opowiadali nam swoje wojenne losy, na pytanie ile dzieci się uratowało cała piątka mówiła tak samo- że na pewno jedenaścioro. Na drugie pytanie w którym miejscu znaleźli schronienie już padały różne odpowiedzi a to przez kuchnię  a to przez kuchnie i pasaż ale dwie odpowiedzi były takie same. Idąc do kuchni koło okienka przez drzwi w dół po schodach coś trzeba przesunąć coś nacisnąć pod schodami. Chcieli nam pokazać ale kiedy pokazywaliśmy w jakiej ruinie był dom oraz że już dom ma centralne i ogrzewanie i wodę zmienialiśmy temat na bieżące ich życie. Jak też dotyczące przetrwania wojny u  opiekunów i ich emigracja z Polski w Świat. Kiwaliśmy głowami z podziwu robiąc wielkie oczy i otwierając szeroko buzie ze zdziwienia z powodu ogromu przeżyć dzieci w naszym wieku, tak samo chudych tak samo zadziornych tak samo zdanych na pomoc obcych wujków, ciotek, przybranych tatusiów, babć– jak my teraz. Cygan mrugnął okiem byśmy wyszli –co jest rzekłem? chyba mamy. Widziałem zdjęcia domu w ruinie możemy je raz jeszcze obejrzeć prawdopodobnie jest pomieszczenie w kotłowni gdzie skryły się dzieci tylko jak tam się dostać. Ani Niemcy, ani ci co odbudowywali dom, ani palacze pracujący w kotłowni nic nie odkryli. Jak mieli coś odkryć? jak nie wiedzieli że coś może tam być; bo kto by chciał szukać w takim zapuszczonym miejscu. Gdzie mieszka tylko bród, pająki a może i myszy, Niemcy nie złapali wtedy nikogo bo w sumie nie wiedzieli kogo szukać. Gdyby były dowody że stąd ktoś uciekł, znaleźliby te kucharki -tylko po co. Czyż byłyby aż tak głupie że targałyby ze sobą zaginioną broń-wpadłyby przy pierwszej kontroli. One jednak zdążyły opuścić Warszawę przed wszczęciem alarmu, lub dobrze się zamelinowały do czasu aż wszystko przycichnie. Wszystko więc może istnieć naprawdę, to o czym rozprawialiśmy na drabinkach- zaczyna pasować do opowieści żywych którzy przetrwali. Zobacz? niektórzy już zaczynają powoli wychodzić, czule się żegnając ze wszystkimi. Obiecywali przyjechać na następną rocznicę, wtedy już i nas tu nie będzie, będziemy już dorośli. Pokiwaliśmy głowami, kierując się kolejny raz do prawie pustych już talerzyków ze słodyczami. Widzisz że zostały te twarde których nie można ugryźć na których można tylko zęby stracić, owocowe?– bierz i nie marudź na bezrybiu i rak ryba, jaka ryba?- wzruszył ramionami Tadek wpychając ostatnie garście słodycze. Dostaliśmy nawet kilka banknotów o jedno dolarowych które przeznaczamy na zakup gum do żucie jaką można kupić w PEWEKSIE, tam jest dużo tańsza niż w warzywniakach, prawdziwe Donaldy zawierają przygody kaczora i jego przyjaciół a każda jest inna. Poszliśmy jeszcze na salę dosiadając się do p. Bluma by zadać mu  jeszcze kilka pytań.

 

Dobry sąsiad

 

 

Siedział za biurkiem po starym doktorze, przeglądając plan domu- był już we wszystkich pomieszczeniach domu. Obok w sekretariacie sekcja dyżurna grała w karty co chwila wybuchając śmiechem, lub siarczyście klęli gdy nie szła im karta, co chwila uciszał ich feldfebel Willi Meier słowami maul halten, scheisskomando, Dopiero słowa że dowódca pracuje skutkowało natychmiast. Podobno w Warschau robi się coraz bardziej niebezpiecznie, powstają organizacje podziemne które napadają i rozbrajają Niemców. Gestapo szaleje po mieście, za każdego zabitego stu Polaków musi być rozstrzelanych i nic nie pomaga. Jego chłopcy na zajęciach pobierali swoiste nauki, w wytycznych mieli się uczyć nie jak budować ale jak niszczyć. Młodych chłopców uczono budowy skomplikowanych min, pancerfaustów właściwościami materiałów wybuchowych, także dywersji na tyłach a nawet słów Dy się  z  nim porozumieć. Dwa razy w miesiącu chłopców samochodami wywożono do Rembertowa, tam mieścił się najbliższy poligon, na którym doskonalili swoje umiejętności strzeleckie oraz orientacji w terenie. Administracja zapewniała im personel i wykładowców ale palić w piecach, zamiatać i gotować muszą Polacy. Jego chłopcy też narzekali na wojnę, woleliby siedzieć koło swoich domów po zajęciach szkolnych i godzinami rzucać nożykami do celu w drzewa. Spokojne uliczki naokoło domu, mogły tak samo jak bazary stać się miejscem łapanek. A źle obliczona droga ucieczki lub nieodpowiednio wręczona łapówka, w najlepszym razie kończyła się Pawiakiem, a w najgorszym rozstrzelaniem na miejscu. Ale jedno miejsce było najniebezpieczniejsze, był nim dworzec kolejowy Hauptbanhof Warschau. Pełno tam było tajniaków i patroli policyjno żołnierskich. Przywożono żywność do miasta pod ubraniem w paczkach instrumentach, już w pociągu można było zamienić towar za towar a handel opić bimbrem. Dworce przed przyjazdem pociągu były okrążane kordonem z psami przez żandarmów i policję. Wypędzono ludzi z wagonów sprawdzając kenkarty i podręczne bagaże, kiełbasy czy mięsa szukano nie mniej gorliwie niż broni czy granatów. Dobrze jeśli kończyło się tylko rekwizycją żywności, o żandarmach kontrolujących na wcześniejszych stacjach krążyły legendy. Przed  każdą małą stacją można było usłyszeć aussteigen ! i godzinami oglądać jak znęcają się nad podróżnymi, wdeptującymi w ziemię czy błoto kasze, groch, mąkę. Dla nich one nic nie znaczyły, szukali mięsa, masła, jaj, tytoniu, nie gardzili też bimberkiem do którego nikt się nie przyznawał. Coraz częściej stwierdzał że i jego chłopcy potrafią popijać w ukryciu, złapanie takiego delikwenta kończyło się kilkoma dniami paki oraz dodatkowymi dyżurami poza grafikiem, łatwiej jest przymknąć oko na palone w ukryciu papierosy. Syn kapitana 16 letni chłopiec o imieniu Albert pomimo młodego wieku był już doskonałym strzelcem ok. 1.65 cm wysoki, o czarnych włosach normalnej budowy raczej szczupły. Tak jak większość podpadł Policji w Schoneck, biorąc udział w bójkach z SA- manami  którzy dokuczali ich sąsiadom Niemcom narodowości żydowskiej. Spuszczali im w rewanżu powietrze z opon samochodów którymi  przyjeżdżały na akcje polityczne, dał się złapać miał odpokutować z innymi jadąc tam gdzie każe  ojczyzna. Byli więc z nim teraz tu w Warszawie daleko od domu. Strzegł ich by nie popadli w jakieś nowe kłopoty. Kronika prowadzona przez jego oddział miała wiele wpisów, były to akcje przeciwko handlarzom, wespólnie z żandarmami czy żołnierzami różnych formacji militarnych armii niemieckiej. A kiedy blokowano dzielnicę Wolę, wiadomo że gdzieś rozbrojono jadących na urlop frontowych wiarusów. Ci co jej nie chcieli oddać próbując być bohaterami ginęli zastrzeleni, tak samo postępowano z tymi którzy wyjątkowo i gorliwie wypełniali swoje obowiązki bez względu czy to Gestapowcy, SS mani, Granatowi czy rodzimi donosiciele i zdrajcy. Patrole który wychodziły na miasto składał się z podoficera i czterech żołnierzy, patrole na mieście łączyły się wtedy grupy mogły liczyć nawet ponad 10 ludzi. Na Woli znajdowało się  sporo zakładów pracujących na potrzeby gospodarki niemieckiej, fabryk tych strzegł Werkshutz inaczej straż przemysłowa. Kiedy organizacje podziemne dokonywały udanych akcji rozbrojeniowych, patrole zatrzymywały wszystkich; a następnie rewidowano i rekwirowano to co oni mieli przy sobie opłacalnego i zbywalnego na czarnym rynku. Ci którzy mieli problemy z papierami, opłacali się, ustaloną taryfę która wynosiła górala, czyli banknot o nominale 500zł. A tych którzy nie mieli kasy, po sprawdzeniu oczywiście też wypuszczano, ale inaczej niż to robili żandarmi ci potrafili zabrać na wyjaśnienia z których delikwentów wysyłano do obozów koncentracyjnych. Z domu mogli korzystać też jadący na urlop pojedynczy żołnierze czekający na przesiadkę w Warszawie w drodze do Niemiec. Byli to najczęściej wielokrotni niszczyciele czołgów, lub ci którzy wykazali się wyjątkową odwagą i bohaterstwem w walce wręcz na polu bitwy. Opowiadali chętnie wieczorami swoje przeżycia z pól bitewnych. Całym oddziałem słuchano w ciszy o okropnościach tej wojny o cierpieniach ludności cywilnej, ofiarach które ponoszą nasze oddziały. Kwitł też wymienny handel wewnętrzny, chłopcy na własną rękę będąc sam na sam; zamieniali się na broń najczęściej krótką, granaty produkcji rosyjskiej czy odznaczenia, znalazła się w oddziale jedna pepesza i rakietnice. W zamian oddano rzeczy zabrane handlarzom mydło, kawę, czekoladę, nawet swoje żelazne porcje zaprowiantowania dla ich rodzin. Rosjanie stawiają zaciekły opór a do niewoli trafiły wg. propagandowych filmów całe dywizje a nawet armie wroga. Do armii niemieckiej idą kolejne roczniki żołnierzy na miejsce tych co zginęli, zaginęli, zostali ranni bądź dostali się do niewoli. Niedługo armia upomni się i o moich chłopców-pomyślał, kończył się 1942r. Popatrzył na mapę z tymi ulicami trudnymi do wymówienia- Pszyokopofa powiedział i uśmiechnął się, chyba tak o to jest łatwe, Kszypowska; uczył się polskiego języka, najszybciej i łatwo wchodziły do głowy przekleństwa uśmiechnął się. Pukanie do drzwi przerwało oglądanie mapy,  wszedł gefrejter Ernst Proske, meldując że jest gotowy do patrolu ze swoim oddziałem. Potem ich nakarm, wiedzą dlaczego przed akcją nie należy napychać żołądków, pokiwał głową i wyszedł słyszał tupot podkutych butów na półpiętrze ich miejsce w dyżurce zajęła następna dyżurna sekcja bojowa. Patrol to w sumie to spacer, dochodząc do bramy pomachali kolegom mających wartę przy MG na poddaszu czuli się bezpiecznie wiedząc pod jaką są osłoną. Szli powoli Karolkową później skręcili w lewo do Grzybowskiej. Wtedy usłyszał strzały, akurat od tej strony w którą skręcił patrol z Ernestem. Podbiegł do drzwi złapał hełm oraz schmeisera grupa była już gotowa do interwencji. Zbiegli ze schodów jeden za drugim przeskakując po kilka na raz. Wartownik przed domem już pokazywał kierunek skąd słychać było odgłosy walki, dowódcy palcem kierunek. Serie były coraz dłuższe później palba z  pistoletów, dobiegli do bramy gdy usłyszeli wybuch granatu. Jak na poligonie biegli rozciągnięci w linię w kilkumetrowych odstępach. Gdy dobiegli do Karolkowej zatrzymał ich ruchem ręki, obserwował zza muru miejsce potyczki. Jakieś pięćdziesiąt metrów od niego za słupami stał Proske i Albert, dwóch innych leżało na ulicy i prowadząc ostrzał leżąc. Na znak dowódcy skuleni pobiegli kilkadziesiąt metrów, będąc blisko Prouskego pojedynczo kolejno przeskakiwali na drugą stronę w odstępach kilkumetrowych od siebie, wszyscy padli na ziemię z bronią wycelowaną w kierunku walki. Zrobił to po to by nie razić strzałami swoich, gdy krzyknął ognia salwa za salwą skierowana była w  kierunku widocznych aut. Na odgłos strzałów poderwał swoich ludzi Prouske, skokami kryjąc się za drzewami wolno zbliżali się do skrzyżowania, Nicht schisen, nicht schisen padły słowa dowódcy. Zapadła cisza, wystraszeni z podniesionymi karabinami kierowali się wolno do miejsca ukrycia potencjalnego wroga. Na ulicy Karolkowej za Grzybowską na chodniku po lewej stronie leżał we krwi zabity strażnik, kilkadziesiąt metrów w głębi ulicy Grzybowskiej dochodziły wołania o pomoc, dwóch żandarmów zwijało się na zakrwawionym bruku wołając coraz ciszej hilfe, hilfe. Dwóch zostaje do pomocy rannym, a trzech obserwuje teren i ubezpiecza kolegów wydał rozkaz Proskemu. Druga grupa rozglądając się przed sobą szukały potencjalnego przeciwnika w bramach i oknach starych domów skierowała broń za znikającymi dwoma samochodami. Tamci byli jednak już przy Siedmiogrodzkiej, po kilku salwach karabinowych ogień ucichł, strzały oddano raczej dla dodania sobie odwagi, przerwali ostrzał gdy usłyszeli ostrzegawcze polecenia przełożonych nicht schisen?. Po chwili wszystko ucichło, a od strony dworca Głównego zbliżały się na sygnałach samochody z  pomocą. Ernest z Alfredem klęczeli przy rannych udzielając im pierwszej pomocy, pocieszali krwawiących że będą żyli ale rana jednego z nich była bardzo poważna. Odłamek granatu trafił go w żołądek drugiego zaś w nogę. Alfred ocierał łzy rozrywając guziki munduru, pierwszy raz widział rannego i musiał mu pomóc by ocalić mu życie. Zakrwawione ręce okręcały już brzuch białym bandażem starając się zatamować krwawienie, pomórzcie skierował słowa do kolegów, ciężko samemu trzymać rannego i bandażować- rzekł,  był wykończony tym szamotaniem. Odgłosy zbliżającej się pomocy słychać było coraz wyraźniej aż zatrzymały się koło nich. Wybiegli z nich mężczyźni w białych kitlach z noszami, obu rannych szybko ulokowano w środku, lekarz poklepał go po ramieniu- dobra robota i wskoczył za noszowymi do karetki. Po chwili pędziły w kierunku najbliższego wolskiego szpitala tak jak przyjechały na sygnale. Podchodzili kolejno koledzy i słowami pocieszali poklepując w ramiona, dobra robota zrobiliśmy co było można. Przybyli żołnierze częstowali ich papierosami, nie wiedząc dlaczego tak trzęsą im się ręce. Za mną! szepnął do pozostałych, powoli ubezpieczając się nawzajem weszli na wartownię. Na podłodze leżał kolejny zabity trafiony w głowę, obok niego stali  trzej Werkszutzowcy z głupimi minami i bez broni. Ze wszystkich stron dobiegały odgłosy syren śpieszących do akcji, kilka samochodów zatrzymało się nieopodal wartowni, po szybkiej wymianie zdań część udała się w pościg we wskazanym kierunku ucieczki bandytów w kierunku Skierniewickiej. Nic już nie mieli tu do roboty, Gestapowcy zbierali informacje od rozbrojonych wartowników na temat rysopisów napastników; oraz samego napadu. Młodych żołnierzy też  przesłuchano, ale nie wnieśli niczego ważnego bo faktycznie mało widzieli. Podczas strzelaniny odpowiedzieli na ogień- odwrót partyzantów nastąpił ulicą Grzybowską, odjechali podobno dwoma samochodami ale nikt z daleka nie widział szyldów aut ani tym bardziej ich marek. Oddział powracał w całości do swoich koszar w szyku ubezpieczonym nie wypuszczając karabinów z dłoni. Gdy doszli do kościoła zauważyli że w większości okien skierowaną na nich broń, byli gotowi do obrony-uśmiechnął się gdy znaleźli się w zasięgu; już im nic nie groziło karabiny z zapoconych rąk zarzucili na ramiona do bramy mieli ok. stu metrów. Do chwili gdy weszli w mury domu nikt nie schodził z zajmowanych stanowisk- choć ciekawość była ogromna. Tego ich nauczył, żadnych oznak paniki, machali do siebie z daleka, widać pośpieszne zamykanie okien i chęć podzielenia się swoimi wrażeniami. Widząc zakrwawionych kolegów pytali czy nie są ranni, kręcili głowami że wszystko jest ok. poszli do swoich pokoi przebrać się i obmyć z krwi byli jeszcze w szoku. Po posiłku opowiadaniom z akcji nie było końca, tylko Albert siedział smutny nic nie mówiąc, miał ciągle przed oczami konającego żołnierza i flaki z jego brzucha które upychał opatrunkiem oraz morze krwi chyba przeżył pomyślał? gdy poczuł dłoń na ramieniu to była dłoń ojca, jakże chciał go uściskać przytulić się do niego; zapomnieć o doznanej traumie. Chłopcy-usłyszał, na apelu; wojna przyszła do was sama, tak daleko od waszych domów i tak daleko do miejsca walk. Jestem bardzo zadowolony z waszej postawy, widzieliście dzisiaj poległych z tego co wiem ofiar mogłoby nie być, ale jeden z wartowników chciał widocznie zostać bohaterem. To była typowa akcja partyzantów w której chodziło o zdobycie broni, wiedzcie że w tej akcji lepiej było by stracić karabin czy pistolet ale zachować życie wiem że w jej konsekwencji można trafić na front. Ale tam jest wasz wróg wasz przeciwnik który tak jak wy posiada broń i to jest właśnie ten moment w którym  można zdobyć chwałę ginąc w walce z wrogiem za ojczyznę. Tak jak chce tego naród, armia i nasz wódz Adolf Hitler. Cieszę się bardzo z tego że odwrót wrogich żołnierzy odbył się Grzybowską, niezły byłby bajzel gdyby przebijali się do Wolskiej -wzdrygnął się na myśl o granatach i ofiarach wśród swoich. Mieliśmy szczęście nikt nie zginął, ale jak długo ono będzie jeszcze z nami. Miał kłopot- bo po wizytach frontowców w oddziale przybywało broni. Stwierdził kilka sztuk broni krótkiej, pepesza rosyjska nie mówiąc o granatach produkcji sowieckiej które służyły teraz do nauki o uzbrojeniu przyszłego wroga. Płacono za nie tym co zostało w oddziale po rewizjach ulicznych, wspólnie z Żandarmerią Zatrzymywano wtedy podejrzanie wyglądających młodych Polaków, część tych rzeczy oddawał później księdzu Piotrowi z pobliskiego kościoła; na pomoc dla ofiar wojny. Wiedział on w jaki sposób zostały zdobyte, rozumiał że nie mogli postąpić inaczej by nie zaszkodzić sobie. Dziękuję Bogu za takiego sąsiada, ludzie powinni wiedzieć że nie wszyscy Niemcy to faszyści. Ci chłopcy to tacy sami ludzie jak oni, wielu znał osobiście spowiadał ich jak swoje owieczki, oni nie popełnili tu żadnych przestępstw, ich ręce  nie są zbrukane krwią. Wiedział że tęsknią za rodzinnym domem, za rodzeństwem że są tutaj zagubieni-powtarzał im że nikt im nie zabronił być człowiekiem i że kiedyś tam (pokazywał palcem do góry) u Stwórcy zdadzą ze swego życia rachunek. Tam wszyscy mówią do siebie siostro czy bracie tak jak nauczał swoich uczniów Jezus Chrystus, przekonywał że Bogu Stwórcy należy składać swoje modlitwy że tego uczy Biblia we wszystkich językach świata. Że On kocha tych którzy modląc się używają jego imienia, a imię jego Jehowa użyte jest w Biblii ponad 7000 razy. Nauczał że Matka Boska zajęła swoje miejsce w niebieskim panteonie przy Jezusie i  Jehowie jego ojcu ale nigdzie w piśmie świętym nie jest napisane by do niej się modlić. Tak czyńcie, powtarzał  tylko Jehowa za pośrednictwem swojego syna Jezusa Chrystusa przyjmuje modły, On zaś oddał swoje życie za nas swoją śmiercią daruje nam nasze grzechy a przez  zmartwychwstanie daje nam nowe życie wieczne. Jedną z mszy poświęcił na opowieściach których był świadkiem, stwierdził że nie każdy Niemiec musi być faszystą by każdy chrześcijanin dobrze zastanowił się nad oceną człowieka- są tacy wrogowie którzy przychodzą  do kościoła z chlebem dla potrzebujących a także z darami dla ofiar. Można ich nazwać dobrymi ludźmi gdyby takich było więcej to wojna na pewno trwałaby o wiele krócej. Stali ludzie z pootwieranymi ustami w ciszy słuchając wyliczanki.

  1. Są wśród was  osoby które wypuszczono podczas kontroli dokumentów.
  2. Są szczęśliwcy którzy wioząc żywność dla rodziny, zostali puszczeni wolnomimo stwierdzenia artykułów reglamentowanych.
  3. Są i tacy którzy nakrzyczeli na was, a nawet może uderzyli was bo nie mogli zrobić inaczej by potem wygonić was do domu, przestrzegając gdzie są inne patrole
  4. Niektórzy z was chcieli wykupić się pieniędzmi, które po sprawdzeniu dokumentów wam oddano.
  5. Inni którym tych pieniędzy nie oddano, a było to przy innych żołnierzach przekazali je na pomoc dla ofiar wojny.
  6. Są i tacy których wypuszczono po kilku godzinach choć zatrzymanych powinni być odstawić na Pawiak.

Mógłbym wyliczać jeszcze wiele sytuacji które miały miejsce, czy tak postępuje wróg, nie mogę zdradzać tajemnicy spowiedzi ale takich spotkań wszystkich wam życzę, nie kuście losu niech Jehowa nad wami czuwa. Były też apele i odznaczenia za wzorową służbę pilnował wpisów do dziennika z opisami biorących udział w akcjach. Były i mniej przyjemne doświadczenia gdy zabezpieczali Dworzec Główny kiedy wracały transporty z rannymi na froncie. Chłopcy ocierali łzy widząc żołnierzy bez nóg, rąk oraz tych którzy wracali na wieczny spoczynek gdy zmarli z ran po drodze –zanim ujrzeli szpital. Słyszeli wołania o pomoc do matek czy ojców, nie mogli potem spać po nocach i zadawali pytania kiedy pójdą w bój, pomścić braci tych rannych i tych co zginęli. Jedną z akcji zapamiętał szczególnie, gdyż była to próba rozbrojenia stojącego  na warcie Jozsifa Schneidera przez bandytów. Szarpali się z nim koło bramy chcąc wyrwać Mausera. Nie puścił go choć był postrzelony w nogę, kiedy zajazgotał serią kaem na dachu wybiegła sekcja Hansa Schwanke, która udzieliła mu pierwszej pomocy i popędziła w kierunku ulicy Towarowej szukać sprawców napadu. Był z nimi kiedy przebiegając przez trawnik  usłyszał pod butem głuchy dźwięk do którego wrócił po akcji. Chłopcy bagnetami nakłuwali ziemię znajdując metalową pokrywę do włazu. Okazało się że było to małe pomieszczenie o wymiarach 2,5×2.5m. Z wyprowadzonymi rurami w kierunku ulicy i dalej do kanału ściekowego. Były tam klucze potrzebne do awaryjnego zakręcenia wody w domu w przypadku awarii. Josif gdy powrócił ze szpitala o kulach zgotowano mu fetę, dostał pochwałę przed całym oddziałem i awans na gefrajtra. Dowódca siedząc przy biurku zastanawiał się po co są dwa sposoby odcięcia dopływu wody bo jedna była w kotłowni, ale widocznie takie zabezpieczenia były  normą przy budowie domów. Właz wrócił na swoje miejsce ale jego lokalizacja dobrze utkwiła w pamięci dowódcy,  narzucono ponownie kępy trawy by nikomu przez przypadek nie stała się krzywda. Nigdy by z pewnością nie znaleziono tego pomieszczenia chodząc po nim. Niepotrzebne nikomu zapomniane przysypane ziemią na cały sztych łopaty. Dopiero uderzenia podkutych butów wojskowych które trafiły akurat na metalowy właz odsłaniając kolejną tajemnicę domu, której nie spotkał na planach. Akcje blokady Woli, były coraz częstsze. A to z powodu zamachów bombowych na lokale do których uczęszczali tylko Niemcy. Innym razem kino niemieckie zostało zasmrodzone jakąś chemią lub środkami palnymi –wzbudzając panikę. Najczęstsze to ciągłe malowanie na murach domów Polacy stawali się coraz bardziej pomysłowi nazywano to małym sabotażem. Sprawców jednak nigdy nie zdołano złapać. Kara za taki czy mogła być tylko jedna –śmierć, ale jak tu szukać wśród niewinnych mieszkańców, to szukanie igły w stogu siana.

 

Opowieść Abrama Bluma.

 

Niby ten sam dom ale w sercu zapamiętałem inny, ten jest bardziej nowoczesny mówił nam  pan Abram ręką czochrając nasze krótko obstrzyżone włosy. Na głównej sali stały łóżka, dom był przepełniony potrzebującymi pomocy było nas sporo. Nie bawiliśmy się tak jak wy teraz nie było miejsca było nas dużo jedliśmy kiedy nas wołano że będzie posiłek, tu się baliśmy rozpoczętej wojny w 1939r. a potem oblężenia i bohaterskiej obrony Warszawy. Tu jako dzieci oczekiwaliśmy na miłość tych co z nami przebywali wespół z doktorem Korczakiem  i panią Wilczyńską, nie zawiedliśmy się na nich dopadł nas inny wróg –głód, puste półki w sklepach, brak środków czystościowych i cała trudność z aprowizacją.. Dla Niemców nie istnieliśmy, doktor dokonywał cudów płacąc handlarzom  za  to co udało im się przemycić. Oczywiście pomagali nam Warszawiacy jak mogli ale i im żyło się coraz gorzej. Dlaczego akurat my się uratowaliśmy to czysty przypadek, zrządzenie losu, opowiadając w jego oczach nie było żadnej radości uśmiechał się sztucznie przygryzając wargi. Opowiadał o swojej nowej ojczyźnie o państwie Izrael o ciągłej walce z Arabami o tym że zasypia z karabinem by bronić swego państwa, jeśli zajdzie taka potrzeba. Opowiedział jak nocą p .Piotr wyprowadzał parami dzieci i jak znikały w mroku nocy. Potem na pewno wyjechał na wieś koło Sobiboru, został łącznikiem w partyzanckim oddziale AL. ,,Świt” tam doczekał wyzwolenia; później oczywiście nauka i praca w Milicji Obywatelskiej i czas czystki z Żydami za Gomółki i jego przymuszony wyjazd do Izraela. Opowiadania kolejnych dzieci które przeżyły były nie mniej tragiczne, słuchaliśmy z wielką ciekawością ich przeżyć wojennych, szczególnie gdy walczyli z bronią w ręku jako kilkunastoletnie dzieci. To jak dokładnie pamiętają daty akcji przeciw Niemcom, kto wtedy zginął lub został ranny. Kiedy zasięgali informacji o Korczaku nikt nie    wiedział co się stało z doktorem i resztą dzieci dopiero po wojnie wszystko się już wyjaśniło. Kiedy szeptali słowa –nikt nie przeżył! Płakali, wycierając oczy czym kto miał nie wstydzili się łez- ponad cztery tysiące dzieci wywieziono z Getta do obozu zagłady, teraz dochodzi do nas że tylko nasza mała garstka żyje. Dlaczego przeżyliśmy? Jaką misje mamy do spełnienia ze Bóg nas ocalił; rozkładali ręce mówiąc –nie wiemy. Ciszę przerywały pytania dziewczyn, jaka jest moda co noszą kobiety za granicą, jakich kosmetyków używają, co jest do kupienia w sklepach ogólnych czy domach handlowych, jakie palą papierosy i oczywiście ile zarabiają. Oglądaliśmy potem izbę pamięci po doktorze, poznawali na zdjęciach tych którzy odeszli, znów wracały wspomnienia i kolejne łzy; rzadziej uśmiech. Szukali siebie i pozostawionej w tym domu swoich serc. To była ich rodzina ich miłość, czas jednak idzie nieubłagalnie do przodu, nadchodził wieczór rozjeżdżali się ostatni goście do hoteli gdzie spędzą noc przed powrotem do swoich domów. Obiecywali przyjechać na kolejne spotkanie za 5-ęć lat jak dożyją w zdrowiu nowej rocznicy, na pewno nas nie zapomną. Kolację zaliczaliśmy już bez apetytu nie czując głodu, kanapki z kiełbasą krakowską upychaliśmy po kieszeniach zaś gorąca herbata cała wróciła do kuchni jutro ją ponownie podgrzaną podadzą do śniadania. Rzodkiewki były przejrzałe gryzem sprawdzaliśmy czy nie ma w nich białych robaczków –dżdżownicowatych, dobrze że nie zaoferowano ich gościom podczas uroczystości bo byłby obciach bo jak można kupić nawet za pół ceny coś co wszyscy wiadoma rzecz że wyrzucą, swoim dzieciom pewnie kupują te twardsze. Wychodząc na podwórko słyszeliśmy jak Wojtek już poganiał słowami rauss , schweine czy polnische banditen Wielbłąda ,Bzyka i Orlutę; zachęcał nas do przyłączenia się do zabawy w wojnę. Widać że zabawa ta sprawiała im dużą przyjemność, bo razy które dostawali  wzbudzały ogólny śmiech tak jak i krzyki po ich otrzymaniu. Nam nie było jednak do śmiechu, nie chcieliśmy się bawić w wojnę, łzy ludzkie po dwudziestu latach były dowodem że nie ma humanitarnych wojen. Głęboko zapada w pamięć o doznanym głodzie usłyszane  dzisiaj z ust dzisiejszych naszych gości. Chwilę zadumy przerwały słowa Tadka do Wojtka by nie zapomniał że Niemcy przegrały te wojnę a później zbrodniarzy sądzono w Norymberdze a i Stalin zrobił prządek z tymi najgorliwszymi, oni zaginęli gdzieś na Kamczatce czy Syberii pokutując za swoje grzechy i wymyślone zbrodnie. Policjant umilkł kiedy Vistuła zrobił mu mukę i skarcił blachą wykonaną w jego czoło, szedł obrażony na końcu pochodu w kierunku trzepaków. Rozsiedliśmy się wygodnie na metalowych poręczach, czekaliśmy kto rozpocznie rozmowę rzekłem więc do Cygana co myślisz o rozmowach  wtedy dzieci żydowskich a teraz tych dorosłych co byli na zlocie. Podchwytliwie wypytywani o szczegóły i ich wojenne przeżycia każde z ocalałej piątki chętnie opowiadało o swoich przygodach  opiekunach i rodzinach polskich które pomagały w czasie wojny; o miejscach ukrycia spaniu w lesie na trawie czy słomie w oborze. Tak nie można spać? rzekł Wojtek słoma cię kłuje niemiłosiernie, na dodatek w ubraniu i butach dorzucił Witek- wtedy to giry śmierdzą jak Wielbłądowi ?–może to tobie śmierdzą masz najbardziej rozwalone z nas trampki. Może to właśnie tobie grzybica od środka wyjada syfy między palcami, a ty się drapiesz po swoim łbie bo masz na pewno wszy. Chłopaki niech któryś z was będzie mądrzejszy i nie daje się prowokować, wiem że moglibyście długo wymyślać epitety ale w naszym gronie jesteśmy chyba wilczkami które powinny machnąłem ręką mówiąc ,, Kto się czubi ten się lubi” Zauważyliście jak bardzo dom został zniszczony w czasie Powstania? –ależ żeś się  wysilił Bzyku  ze swoim pytaniem, to jasne że cała Warszawa była w ruinie. Po wojnie dom odbudowywano wg starych planów, zauważcie rzekł Vistuła każdy z uratowanych mówi co innego o wejściu do skrytki? –było to dawno temu, byli mali i wystraszeni a w dodatku tylko raz w życiu widzieli miejsce swego ocalenia. Którego dla nich już nie ma rzekł Garbus -widzieli dom w ruinie. Skończył się pewien etap w który oni wierzą, który był dla nich świętością oni zachowują się jak ludzie czekający na pociąg który już dawno odjechał myślą że może powróci ale ile można czekać na stacji kiedy nikogo nie obchodzi że zaginął w oddali, dla nich był to pociąg życia. Widzieliście jak oglądali strych tam gdzie zamieszkiwał doktor Janusz. Mało im oczy nie przeszły na drugą stronę gdy chcieli tam wejść –dopowiedział Walczak, który akurat doszedł do drabinek przysiadając na małą chwilkę; bo akurat przez przypadek tędy przechodził. Skoro nie słyszał naszej wcześniejszej rozmowy, pokiwaliśmy dyskretnie głowami i zaczęliśmy o łakociach kto więcej ich nazbierał na czarną godzinę, i jakie są przeliczniki na zamianę. Nasza kolej, powiedział Policjant pierwszy zeskakując z drabinek, za nim kolejno zeskakiwali następni, pobiegliśmy do huśtawek które akurat zwolniły dziewczyny kończące palenie papierosów według zasady jaraj daleko od domu a cię nie złapią. Walczak został sam, zaskoczony tym co się stało nie wiedział czy dołączyć do nas, czy wrócić do domu. Gdy przed dom wyszli ostatni goście swoje kroki skierował się w ich stronę, myślę że co nieco wypili reprezentacyjnego tj. urzędowego winka albo goście przywieźli jakiś inny mocniejszy koniaczek i pewnie po kieliszku wypili na pożegnanie. Może i mi się dostanie jaki Waszyngton o nominale dolara miał już takie trzy. Zobaczcie jak Łysemu z daleka coś świeci- to jego łysina powiedział Vistuła, wtedy wszyscy buchnęliśmy głośnym śmiechem który musiał dojść do osób przed domem. My tymczasem trzymając się za brzuchy pękaliśmy ze śmiechu, pan Henryk spojrzał w naszym kierunku jakby zrozumiał że to on jest obiektem naszej radości. Pogroził nam tylko coś mówił do Walczaka bo ten z ociąganiem szedł powrotem w naszą stronę. Kończyła się sobota i cała krzątanina związana z jubileuszem otwarcia domu, wcześniej te dzieci które mogły poszły do swoich rodzin w odwiedziny; wrócą dopiero jutro po dobranocce. W grupach na sobotę zostawały stany średnio tak koło połowy, oczywiście na takie  wyjścia do domów rodziny załatwiały wcześniej zgody w sądach. W soboty były dyżury wychowawców, do piątku było ich czworo o każdej porze dnia czyli po jednym na grupę, ale w soboty na niedzielę grupy były łączone gdyż część dzieci mogła odwiedzać swoje rodziny takie pozwolenia uzyskiwano sądownie, nasz dom bowiem nie była zakładem zamkniętym. Mieliśmy więc sporo czasu na zabawy na podwórku i na boiskach do wieczora. Wtedy wychowawcy szli do swoich domów, a dyżur rozpoczynała opiekunka zwana nocną Hanką o której już pisałem. Ta po wcześniejszych przygodach nie była za bardzo aktywna jeśli naprawdę nic się nie działo, budziła według listy tych co moczyli się w łóżka nawet dwa razy w nocy i znikała bez wcześniejszego wymądrzania czy straszenia. Przestaliśmy jej dokuczać a repertuar był bardzo ciekawy po nim nie znajdywano sprawców a w dodatku przyczynialiśmy się do dodatkowej pracy, którą musiała wykonywać zamiast oglądać w spokoju nocny repertuar w telewizji.

  1. Kopcie z lalek i po piłeczkach do ping ponga po których było pełno dymu.
  2. Lanie z ukrycia wodą(najczęściej napompowane wentyle rowerowe)
  3. Zrzucanie szklanych butelek lub talerzyków z balkoników.
  4. Spuszczanie po betonowych schodach rzeczy robiące wielki szum.
  5. Strzelanie z korkowca.
  6. Smarowanie klamek tuszem od wkładów długopisowych.
  7. Udawanie duchów-różne dziwne dźwięki.
  8. Odkręcanie bezpieczników kiedy oglądała telewizję.
  9. Spuszczanie na żyłce twardej rzeczy która uderzała w szybę sekretariacie.
  10. A kiedy wychodziła na dwór czasami zamykaliśmy zamek w drzwiach by nie mogła dostać się do domu
  11. Czasami nawet zbiliśmy taką szybę by się jej nie nudziło.

Były jeszcze sposoby o których nie wspomnę bo te były najgorsze. Po śniadanku a była niedziela wiedzieliśmy że mamy luz gdyż za naszą grupę odpowiadała pani Wanda z czwartej grupy która swoim zwyczajem nawet nie wchodziła na górę bo jej się nie chciało a i ufała nam że oglądamy grzecznie telewizję. Z okazji już byłego święta główny sponsor podarował każdej grupie nowy telewizor, o nazwie szmaragd i szafir mogliśmy więc oglądać programy cały dzień. Jak była brzydka pogoda nawet jak była ładna to teleranek oglądali wszyscy, potem były inne filmy i tak do obiadu czasami szliśmy pokopać w piłkę. Nową modą był rzut dyskiem z alejek koło domu w kierunku ulicy już Jaktorowskiej bo taką została zmieniona Krochmalna, parkan służył do przechwytywania dysku, później kiedy najlepsi zaczęli miotać ponad ogrodzeniem, ktoś stał dla bezpieczeństwa tuż za parkanem ostrzegając przechodzących by szybciej znaleźli się poza niebezpieczną granicą. Idziemy pokombinować na strych? spytał Garbus dłubiąc w nosie, może ktoś zostawił niedopałka bo bym coś zajarał. Ty się walnij w łeb rzekł Cygan kiedyś złapiesz po kimś gruźlicę i będą robili ci odmę jak nie wiesz co to jest to sobie przeczytaj książkę Grzesiuka chyba o tytule ,,Na marginesie życia”, choć nie wyglądasz na niedożywionego. Masz raczej nadwagę, no właśnie i chcę ją zbić paląc papierosy, chyba cię pogięło rzekłem nadwagę to się zbija sportem, ruchem a nawet odpowiednią dietą a nie petami. Stąd u ciebie ten kaszel gruźliczy; który tobą wstrząsa od czasu do czasu. Pocmokaj sobie landrynkę, lub napij się wody ale nie te cholerstwo później grasz tylko na obronie, bo nie masz kondycji biegać przez cały mecz. Dobra! dobra! niedługo rzucę dajcie mi na razie spokój, sami wiecie że nie jest łatwo pozbyć się nałogu. Głupoty gadasz aż słuchać się nie chce- powiedziałem, my z Tadkiem rzuciliśmy szybko to świństwo; ale wy nie paliliście odciął się Czesiek. Ale próbowaliśmy to wiemy na pewno jak śmierdzi wszystko, usta, ręce czy ubrania odparłem i było nam naprawdę łatwo od razu ustawiliśmy się na nie. Łatwiej nam polubić ciastka czy słodycze, tylko że te nie leżą na ulicy jak te twoje pety a jeszcze wydawać na ta truciznę kasę, to już nie można inaczej nazwać jak  głupotą. Poszliśmy wolno na strych w czwórkę, był z nami jeszcze Witek mimo że sam palił, nie odzywał się wiedząc że wszystkie argumenty stoją za nami. Podczas ostatniego tygodnia w szkole dokonaliśmy udanych zamian, za samochodziki na resorach które dostaliśmy na święta dostaliśmy dwie dobre kłódki wśród nich jedna zatrzaskowa oraz kilka brzeszczotów w różnych stanach. Każda miała po dwa klucze, dokładnie okręcaliśmy szmatką podartą na paski. Taką piłką na zmiany zaczęliśmy piłować z różną szybkością chcąc sprawdzić jej skuteczność, pilnie w przerwach nasłuchując czy nikt nie idzie. Czesiek z palącym się petem w zębach brał na siebie i śmierdzącą gębą po paleniu pierwszy winę gdyby nas nakryli a my jakby co to tylko z nim siedzimy i rozmawiamy. Dość długo szło piłowanie, bo chyba piłka nie była przedniej jakości a w dodatku nie wiedzieliśmy bo i skąd jak taka piłką pracować. Częste zmiany zaowocowały jak nam się wydawało szybkim przecięciem kłódki, ale szmatka od częstych zmian była mokra zajęło nam to około dwudziestu minut. Samemu przecinając można się wykończyć usłyszałem słowa Witka- wszyscy potakiwali głowami, prawie wszyscy mieliśmy widoczne odciski. Rozsunęli się bym otworzył drzwi, zaskrzypiały na zawiasach i powoli jeden za drugim wchodziliśmy do środka. Nie wszyscy naraz powiedział Tadek ty Garbus i tak palisz zostajesz na zwiadach, zamkniesz nas na nową kłódkę i otworzysz nas dopiero gdy damy ci sygnał-dlaczego ja? pytał. Nie martw się zdążysz jeszcze pomyszkować. A gdyby się coś stało właśnie na twojej głowie jest sprowadzenie pomocy tym co w środku znasz zasadę podzielimy się na pewno i z tobą równo. Dobra! ale szybko kończcie? –bo co! ze strachu w portki narobisz dociął Witek. Weszliśmy do środka strasząc gołębie mające swoje gniazda w zakamarkach i wysiadujące jajeczka. Stąpaliśmy po drewnianych  legarach oglądając w jaki sposób jest zbudowany dach. Stachu rzekł Cygan co myślisz o ocalałych dzieciakach z którymi wczoraj rozmawialiśmy mówią prawdę czy fantazjują. Na razie nic się nie potwierdza jesteśmy tu sprawdzamy i ani śladu wojny. Na przedwojennych zdjęciach w dachu jest duże okno półokrągłe okno a tu go nie ma stwierdził Witek. Logiczne skoro dom był w ruinie do parteru, ci co odbudowali poszli na łatwiznę ani pokoju pana Korczaka ani nic co by świadczyło że mieszkali tu kiedyś ludzie. Między belkami stropowymi jest wysypany ocieplacz podobny do trocin tylko dlaczego nie przybito choćby desek dla bezpieczeństwa, by była to bezpieczna podłoga. Żeby mi żaden nie chodził po tym miękkim- budowniczowie od spodu z rusztowań układali deski poprzybijali gwoździami i otynkowali sufit. Z dołu wydaje się równy ale to pewna pułapka. Nie strasz nas usłyszałem słowa Witka, ani mi to w głowie, mój dziadek jest stolarzem robi ładne meble od niego nauczyłem się ostrożności. Gdybyś spadł- powiedziałem, a sufit na główną salę jest na wysokości gdzieś dziesięciu metrów. I burum, skończył Tadek Zdrapywalibyśmy ciebie łyżeczkami z podłogi. Chodźcie wolno, ostrożnie i nie tupcie bo po Sali może rozchodzić się echo. Nie chcemy chyba wpaść przez głupotę albo brak rozwagi –pokiwali głowami. Przy każdym okienku a było ich ze sześć, zatrzymaliśmy się by obejrzeć widoki. Witek mówił że możemy stąd lać wodą i nikt nas nie złapie, albo strzelać z rurek na plastelinę do bawiących się na dworze dziewczyn. Witek kiedy ty wreszcie dorośniesz, tobie tylko głupoty w głowie albo i kawały. E tam! ja tylko tak sobie głośno myślę. Było tam jeszcze kilka ciekawych miejsc jedno to metalowa skrzynia w której zmieściłby się każdy z nas. Blisko drzwi walały się puste butelki po wypitym winie różnych marek ale raczej tych  lepszych. Większość to Ryzlingi i Mistelle czy miody pitne w pękatych butelkach. Samych po wódce z czerwoną nalepką było kilkadziesiąt sztuk, ciekawy jestem czyja to robota?- ich wypicie. Widać że leżą tak nieruszane od kilku już lat gdyż pokrywała je grubą warstwą kurzu. Odkręcaliśmy korki i wąchaliśmy-ale żadnego sfermentowanego zapachu nie udało nam się wyczuć. Nawet małego łyczka nie zostawili takie mieli pragnienie powiedziałem, Garbus zaraz całą tą pielgrzymkę kryształową będzie chciał przytulić powiedział Witek i nakupuje sobie szlugów i najara się za wszystkie czasy. Może i tak może i nie, tym razem Cygan mnie wyręczył w tłumaczeniu. Wszystko co tu znaleźliśmy będzie w równych częściach podzielone sprawiedliwie na wszystkich. Ze swoją częścią może zrobić co będzie chciał ja za swoje skończył wywód, kupię sobie lizaki koguciki, pastylki owocowe i miętowe no może jak starczy zaszaleję z groszkami wysypywanymi przez dziurki z okrągłych plastikowych pudełkach. A ty sobie kupisz usłyszałem słowa skierowane do mnie, jeśli byłaby to suma ponad dziesięciu złotych to pół kilo landrynek o różnych kolorach a białych najwięcej i cmokał bym powtarzam cmokał je by starczyło na kilka dni, ale to marzenia bo taki Wielbłąd czy Witek kupią sobie papieroski, wypalą sami a po cukierki przyjdą do nas wiedząc że do wyczerpania podzielimy się swoimi. Otworzyliśmy okno jedyne tylko w dachu i wyszliśmy na samą górę, mieliśmy pietra ale nie daliśmy po sobie tego poznać. Nie odeszliśmy  daleko tylko przykucnęliśmy a już Vistuła wymyślił czy wieczorami lub w nocy nie można by było wchodzić po piorunochronie, chyba się szaleju napiłeś rzekł Cygan, od wchodzenia są drzwi a nawet i przez okno u dziewczyn ktoś jak umówimy zawsze otworzyłby ci okno.  Życie nam jeszcze miłe, ale skąd u ciebie tyle głupich pomysłów w łepetynie, jakbyś tam same trociny miał zamiast oleju i pokiwał głową. Dobra wiara schodzimy bo jeszcze nas kto zobaczy i przykabluje a jak Garbusowi zabiorą klucze to kto nas wtedy otworzy. Nie wpuszczajcie go tylko na strych samego bo przez ten swój zgubny nałóg gotowy zaprószyć ogień który spaliłby nasz dom najlepiej ustalić zakaz palenia niech napalą się przed wejściem na schodach. Wychodząc musieliśmy poczekać aż Garbus też zobaczy strych i ostrzec oraz pouczyć jak się ma zachować i przestrzec przed paleniem. Nie byli byśmy sobą gdybyśmy choć na chwilę nie zamknęli go tam samego, mówiliśmy do niego przez drzwi że zaciął się klucz i nie wiemy czy dziś załatwimy brzeszczot do przecięcia kłódki bo dzisiaj jest niedziela niech nam tylko opowie na drugi dzień czy na strychu straszy i kto straszy. W końcu wystraszonego wypuściliśmy gdy obiecał że mniej będzie palił. Schodząc natknęliśmy się na Walczaka i Policjanta w trakcie rozmowy okazało się że szpicel podpytywał go z osobna by móc  wyrobić sobie własne zdanie o losach byłych dzieci. Oczywiście częstował mnie różnymi cukierkami, macie tu po kilka wyjął z kieszeni pełną garść. Na drabinkach wam dokończę co go interesowało. Pytał się czy wiadomo już gdzie przebywały ukryte przed Niemcami dzieciaki, bo przecież gdzieś musiały przebywać skoro ich nikt nie znalazł. Wiecie co mu powiedziałem że prawdopodobnie jest wejście przez to drzewo obok boiska tam gdzie była fabryka sztućców. No bo gdzie inaczej, tylko zobaczcie delikatnie w tamtym kierunku, chodzi ogląda, dotyka i nakłuwa ziemię. Głowy skierowały się w stronę drzewa patrząc co on tam najlepszego wyprawia. Powiedziałem mu że Niemcy pod koniec wojny pracowali nad czarodziejskimi różdżkami, ale coś trzeba powiedzieć, czy jakieś abra kadabra  czy bim sala bim-to wtedy wpuści cię do środka. Nie wiedziałem że może to chwycić ale zobaczcie on rozmawia z drzewem. Tłumaczyłem że skoro zniknęli i przenieśli się w czasie w inne miejsce to tak mogło być, bo u Niemców ordnung mus sein  odpowiedział Wojtek, gadaj po normalnemu; no przecież to jasne porządek musi być nawet u wroga. Aleś go Wojtek załatwił, przez ciebie nie będzie mógł spać po nocach. Na wszystkich twarzach widać było uśmiechy. Skoro dzieci nie znaleźli musieli mieć dobry i wcześniej przygotowany schowek- tak twierdził pan Lejkin w którym w kilka minut ukryto 11 osób. Tadek pociągnął mnie za rękaw i głową pokazywał w miejsce przy którym kombinował niedawno Dziadek –ten zbliżał się do nas i z daleka się uśmiechał jak by zaliczał się już do naszego grona. Zdążyłem tylko wyszeptać- nie lećcie z nim za bardzo w bambuko. Kiedy podszedł spytał, co robimy? Odpowiedziałem nie mniej elokwentnie że uczymy się nowej metody oddychania według japońskiej szkoły Feng szuja, dzięki której lepiej się myśli gdyż jest dotlenionym. Dzięki temu mamy lepsze pomysły i wymyślamy takie sposoby ukrycia dzieci-o których nawet dorosłym się nie śniło. A jakie to miejsca? spytał zaciekawiony Szpicel. Pierwsze to w piecu a są takie dwa w odpowiedział z sarkazmem Wielbłąd, jeden z pieców się otwiera. Wtedy po kolei wskakują do niego po kolei wszyscy wcześniej tam ukryci, nie wytrzymaliśmy i my mówiąc że są tam takie szerokie rury którymi można zjechać aż do Wisły. Zwiali tymi rurami, łatwo wykiwali ciemnotę niemiecką dorzuciłem. A Wojtek zakończył mówiąc że znaleźli by ich w pięć minut bo bojler ma gdzieś ok. 2.5 m średnicy a może siedzieli jeden na drugim bez ruchu przez kilka godzin. Szwaby to durnie? nie umieją szukać -szczególnie esesmani, chyba że było to schaiss komando to znaczy klozetowa lub gówniana załoga skoro rozbroił ich bezbronny dozorca, ten obok nacht wachy czyli nocnej straży przy bramie wyprowadził dzieciaki za rączkę jeden po drugim to możliwe chyba tylko na filmach albo książkach. Mógł im łby odrąbać siekierą po kolei głowy gdy leżeli pijani. Kto wie może faktycznie całą grupą z tego zbiornika przenieśli się w inne miejsce choćby w pobliże na przykład tego drzewa. Ono musi mieć coś wspólnego z ich zniknięciem zakończył swój wywód Walczak. A jak coś znajdę to gdybyście mi pomogli w poszukiwaniach część bym wam odpalił-no to jak działamy wspólnie, ale nikt z nas się nie odezwał. Dobra koledzy! wstałem pierwszy- mamy czas wolny! kto do kibla za mną, kto tłumaczy ciekawskiemu wymyślone problemy zostaje. Wszyscy się podnieśli kiedy zbliżył się Orbita poprosiliśmy Bogusia by wytłumaczył to czego nie zrozumiał Mireczek na wczorajszym święcie, gdyż poszukują tego kto najwięcej zapieprzył mieszanki Wedlowskiej a najczęściej widziano przy niej właśnie jego. Mogę się z wami podzielić tym co mam schowane jak mi powiecie czego się dowiedzieliście dobrze? Bogdan jako starszy już ci wyklaruje za twoje srebrniki czy słodycze nawet to czego i my nie wiemy prawda Boguś?- uśmiechnął się kiwając głową. Walczak wiedział że zawarliśmy z nim jakiś układ, wstał obrażony mówiąc że -innym też moje cukierki będą smakować, krzywo się spojrzał to na nas to na Orbitę i odszedł zły. Słyszeliśmy jak mówił do siebie że coś i tak sam wyjaśni, że każdego można kupić tylko musi być właściwa cena. Morda w kubeł przed nim powiedział Policjant takiemu pracującego na dwie strony skrócili by o głowę i swoi i nieswoi. Ale brata miał w porządku, wszyscy pamiętaliśmy gdy był on wychowankiem domu a starał się jak mógł by z Mireczka wyrósł człowiek godny poszanowania. Co do kibelka mam inny pomysł obsikamy te zakorzenione drzewo między boiskami zamiast pedałować na drugie piętro, dobra nasza i pędem pobiegliśmy pod star dąb. Walczak kiedy zobaczył że biegniemy przyspieszył by schronić się w domu, przed wejściem rzucił na nas jeszcze okiem, a kiedy zobaczył nas zatrzymujących się obok drzewa i z odległości ok. jednego metra chcącymi nalać na gruby pień, i jak zwykle zawody że cienkim Bolkiem jest ten kto nie dosika do pnia, a mistrzem kto najdłużej będzie po prostu lał. Jeśli ktoś wcześniej się wypróżnił, wiadomo że trzeba było się logicznie wytłumaczyć z przegranej, w inny dzień gdy wszyscy znów byli na drabinkach –odchodził od grupy i z przepisowej odległości bez specjalnego wypinania lał całym ciśnieniem do celu. Wtedy i tak było pole do dokuczania stwierdzaliśmy że pewnie ptaszek urósł większy i niedługo z tej odległości będzie mógł łepkiem dotknąć drzewa już bez sikania, albo popuszczając z ukrytego wentyla może przedziurawić drzewo. Po problemie? sam się rozwiązał, widzieliście jak spieprzał; ta szuja myślała że to jego gonimy gotów był nam zamknąć na zasuwę drzwi przed nosem. Na czym to skończyliśmy?- acha na Abramie! odpowiedzieli jednogłośnie, trzeba będzie pomyśleć nad otwarciem kotłowni rzekłem do Cygana. Dobra- może Vistuła, jego Falkowska z nas lubi najbardziej a i ręce ma sprytne tylko żeby całej szafy z kluczami nie przytargał podpowiedział Wojtek. Wszyscy parsknęliśmy śmiechem wiedząc o Witka zdolnościach, zaś on sam obrażony naprawdę najczęściej długo się nie odzywał. Pomiędzy nami starał się powstrzymywać ze swoimi zdolnościami złapany lub kiedy udowodniliśmy że to jego sprawka- był bezradny i płacząc mówił że to jego choroba, przepraszał cały świat; był koleżeńskim, przyjacielskim i tak jak my chciał być dobry i uczciwy. Żeby udobruchać tego kto stwierdził że to jest na przykład jego rzecz, oddając ją dorzucał coś własnego. Nie rozumieliśmy tego po co coś ochraniać przed zniszczeniem a później dopłacać do tego –to był cały Witek. Zadanie z kluczami przyjął, powiedział że się postara ale nie będzie to wcale bułka maślana-chyba z masłem? powiedziałem, tak chciałem rzec, ale ona nie jest wcale taka głupia ta szafka z kluczami u niej w pokoju też jest zamykana na klucz. Postaraj się i tyle nikt ci jaj nie urwie jak się nie uda, znajdziemy inny sposób by się tam dostać. Na teraz idź z latarką i narysuj patrząc przez dziurkę jak wygląda kształt klucza by wiedzieć czego masz szukać gdy znajdziesz się w pobliżu, dlatego uczulamy cię potrzebny jest jeden kluczyk a nie cała szafka z kluczami. A wracając do poszukiwań to z opowieści Mamy wynika że z panem Piotrem jako ostatni opuścili dom zsypem na węgiel. Obecnie już nikt tam nie pali, bo dom podłączono kilka lat temu do centralnego miejskiego ogrzewania stąd zarówno ciepłą wodę jak i ogrzewanie w zimie dostarcza elektrociepłownia. Chyba tak to się nazywa odparłem, ale zsyp jest i ja z Tadkiem nim się zajmiemy reszta będzie zabezpieczać teren markując zabawę w wojnę. Szpicla -rzekł Cygan do Witka możesz wykorzystać, może podpuści Falkowską do posprzątania kotłowni i założenia tam klubu choćby majsterkowicza wiesz o co chodzi –pokiwał głową i poszedł pogadać do dziadka siedzącego kilka ławeczek dalej ale cały czas nas obserwującego. Niby czytał gazetę Przegląd Sportowy, ale w niej miał zrobiony mały otworek przez który nas obserwował. Zwinął ją gdy Witek za bardzo się do niego zbliżył, co w sporcie? zadał mu pytanie Witek, dwa do przodu trzy do tyłu –odpowiedział łypiąc pomarszczonymi oczyma, co cię do mnie sprowadza. Jak to co? ty masz gazetę, a i ja lubię sport jak liga? Legia umoczyła? Nie był remis. Jak był remis to kto strzelił bramki może było dwa do dwóch. Nie rób ze mnie głupka mów po coś przyszedł, pożyczysz gazetę bym był na bieżąco z wynikami? –nie mogę bo ona jest Słonia i tylko on może wyrazić zgodę na jej czytanie. A jak myślisz będzie padał dzisiaj deszcz?- raczej nie. I tak ta rozmowa trwałaby dłużej zmiękczony Walczak po chwili częstował Witka cukierkami i beztrosko gadali o dupie Maryni czyli o wszystkim i o niczym. My w tym czasie schodziliśmy razem do kuchni, obejrzeć raz jeszcze metalowe drzwi przy okienku do wydawania posiłków. Są solidne i mocne rzekłem a w dodatku ta dodatkowa kłódka, metalowe przedwojenne drzwi były na tamte czasy nie do sforsowania przez nas bez klucza i bez specjalisty od wytrycha. Choć posługiwaliśmy się szeptem ruch musiał nas zdradzić, gdyż z głębi padło pytanie -co nas tu przywiało. Głodni jesteśmy powiedział? Wojtek, wpychając głowę w kwadratowy otwór w ścianie a ilu was jest?- trzech odpowiedział. Kiedy się oparł rękami chwyciliśmy go za nogi  i wepchnęliśmy go głębiej, tak że leżał na brzuchu a głowa mu wystawała już w kuchni. Jeszcze ciebie tu nie było- po chwili Wojtek wołał byśmy go wyciągnęli, bo dostał mokrą szmatą w głowę jakby chciano go tam co najmniej zabić. Śmiejąc się wyciągnęliśmy go spowrotem, wycierał rękawem twarz, pokazała się w otworze twarz uśmiechnięta twarz pani Loni  mówiąca że zaraz jest posiłek i byśmy jej teraz nie zawracali głowy. Wychodziliśmy niepocieszeni przed dom ale weseli, Wielbłąd i Bzyk macie w tygodniu załatwić kilka butelek ze starym olejem może być zużyty samochodowy– a jak nie trzeba zrobić zrzutę na olej jadalny, po co spytali razem? –Cygan zakończył jak dowódca ma plan wy macie zadanie, idźcie pokombinować, to chyba nie powinno wam sprawić problemu w drodze do szkoły jest kilka warsztatów mechanicznych wystarczy poprosić o zużyty olej – macie chyba swoje głowy, o problemach gdyby były meldować i natychmiast czyli jak najszybciej załatwić rzeczy o których mowa to szybciej się dowiecie co będzie grane- jasne!. Oczywiście że tak!- niechętnie odchodzili widział to Walczak i już był kolo nich; zachęcając do spróbowania cukierków których kilka miał w swej kieszeni, mam i miodowe i syropkiem dochodziły do nas słowa zachęty; zobacz szuję jak się stara. Co o nim myślisz, chyba nam nie zaszkodzi– choć jest dwa lata starszy od nas, nie ma nigdzie poparcia-wszędzie go pełno?- rzekł Tadek. Wszystko chce wiedzieć podlizuje się do wychowawców, a wieczorami do ciastek które żrą po nocach Słoń i Orbita tylko on jest dopuszczony i tylko szu szu  szu pod kołdrami i śmichy chichy zakończyłem wywód Cygana. Jak jest zagrożony kiedy przechodzimy do konkretów to boi się oberwać po ryju, skąd dostaje cuksy? i za co? Z domu ich nie przynosi bo tam bida aż piszczy, kiedyś poznał smak bólu i teraz czegoś się boi- aż się prosi by mu wpierdzielić. Cyganku nie rusz gówna bo śmierdzi?- to taki wrzód na dupie, wyciśniesz; to wyskoczy w innym miejscu. Niby się stara chciałby być z nami, ale cokolwiek robi śmierdzi donosicielstwem taki nigdy nie stanie w obronie słabszego i szybciej ci zabierze niż coś da; jemu zawsze musi się opłacać nie dopuszcza straty. Judasz w każdej chwili obróci się przeciw tobie. Ale z tym kluczem od Falkowskiej to dobry pomysł niech się stara, on nigdy nie będzie nasz –pokiwałem głową. Już ten obiad musiał się wreszcie ugotować; idziemy go zjeść, grochówka był pyszna nazywaliśmy ją nie wiem dlaczego  dwuzupianem grochu, ale można było jeść do oporu,  zanim przyniesiono drugie a były nimi pierogi z kapustą i grzybami które robiono najczęściej gdy było nas we wszystkich czterech grupach nie więcej jak ok. połowy stanu, każdy dostał swoje 6-ć sztuk i żadnej dokładki ile musiałyby się narobić te kobiety gdyby był to środek tygodnia i obecna cała kadra, wychodziło to ponad 500 pierogów na szczęście były to zawsze duże pierożki nie zdarzyło się żeby ktoś zostawił coś na talerzu, talerze do mycia szły wylizane. Co myślisz o bunkrze przy jedynym drzewie obok boiska w piłkę nożną zagaił Cygan gdy kierowaliśmy się przed dom. Myślę że to bujda! dzieciaki uratowane nic o przejściu podziemnym nie wiedzą z tej prostej przyczyny że na przeszkodzie stał dom po fabryce platerów dziś zrównany z ziemią a fundamenty czy podpiwniczenia to trzy metry głąb ziemi. Schowek tak piwnice też, ale kto budując dom myśląc że będzie kiedyś wojna, gdyby tak było to pod miastem istniało by wiele podziemnych dróg tylko dokąd miałyby prowadzić, przed kim uciekać jak gromadzić i wymieniać niepsujące zapasy jedzenia czy wodę, ale możemy Dziadka celowo naprowadzać na takie  niby  fakty przekazane przez tych co przeżyli, może to sprawdzić sam w kilka lat, jak będzie nowy zlot to jego już tu może nie być. Ale do tego czasu my wszystko rozpracujemy- ale myśl jest przednia by podkładać mu niewiadome. Na przykład napiszesz ty coś do mnie czy ja do ciebie, –on to niby niechcący przechwyci będzie sprawdzał, kombinował nawet sami cos schowamy tak by właśnie on to znalazł i wykopał. Daj tylko wcześniej zapotrzebowanie a mieszkańcy starych domów na Hrubieszowskiej, Żelaznej czy Ogrodowej odwiedzający swoje rodziny przyniosą stare nikomu już niepotrzebne klamoty pamiętające jeszcze ostatnią wojnę. Może nawet weźmie kogoś ze starszych do pomocy, nietrudno o monety do jednego złotego z niklu o nominałach 10, 20, 50gr i 1zł, lub miedziane rosyjskie kopiejki z pierwszej wojny słoik po dżemie sprzed 1939r lub jakieś drewniane stare pudełeczko. W nim ta drobnica i plan z mapą  na starym pożółkłym papierze o ukryciu na przykład srebra lub nic nie wartej papierowej waluty, polskiej, rosyjskiej czy niemieckiej. Dużo czasu upłynie zanim przekona się że zrobiliśmy go w bambuko, uzyskamy za to słodycze a może i coś więcej na przykład kasę na oranżadę czy Wodę sodową może starczy i na jakieś ciasteczka z Wenecji. W drzwiach minęliśmy uśmiechniętą Halinkę Tarnacką-o idą moje papużki nierozłączki jakie grzeczne, zapraszam do mycia rączek czeka wolna łazienka. My możemy od razu na dół mamy czyste ręce bo od siedzenia może się pobrudzić –dobrze, dobrze!- Tadek nie kończ i się nie wymądrzaj trzeba umyć i już, ale ja chciałem powiedzieć ze od siedzenia brudzą się spodnie, –już my wiemy dobrze co chciałeś powiedzieć i lekko z uśmiechem złapała i wykręciła Cyganowi jego ucho. Pod taką eskortą doprowadziła nas do łazienki, bo i sama chciała umyć swoje. Podczas mycia dołączyli Meserszmit i Paraliż, ten pierwszy słowami- nie wiem jak wy, ale ja nie wierzę w tych całych uratowanych. Dlaczego po wojnie Gomułka wygonił Żydów z Polski to słowa prof. Grabowskiego– ważnych wojskowych, ubeków czy profesorów ot tak przestali być z dnia na dzień potrzebni jak w przysłowiu ,,Murzyn zrobił swoje- Murzyn może odejść” –a przecież to też Polacy od wielu pokoleń, każdy ma we krwi jakąś cząstkę krwi rosyjskiej, ukraińskiej, niemieckiej a nawet cygańskiej czy żydowskiej. Co to za różnica i tak ojczyzna jest jedna. Tutaj mają domy tu pracują –dlaczego. Zapadła cisza nikogo nie zachęcił do rozmowy miał w słowach siłę argumentów naszego ulubionego nauczyciela historii a nie argument siły, byśmy musieli rozumieć no bo tak. A może ja bym wam mogła pomóc z tymi dziećmi, które były na zlocie bo i sama nie mogę zrozumieć jak mógł się ktokolwiek żywy uratować gdy opuściły swój dom odprowadzone do Getta- to niemożliwe. A teraz marsz do uczelni mamy tam do podziału ciasto drożdżowe dla głodomorów od pań z kuchni bo podobno przed obiadem szukaliście coś na ząb, pewnie już nie ma w nim ani jednej rodzynki powiedział Garbus-ten kto kroił ten je wydłubał rzekł Tadek; przestańcie już marudzić jak stare baby, wy sami je pokroicie co was przekona że rodzynki są w cieście, a ile ich tam jest, po ile wypadnie na głowę, czy posypane będzie cukrem pudrem a może jest lukier, to czy jest twardy czy lepiący, czy do ciasta dodano właściwą ilość cukru. Chłopcy czy wy się dobrze czujecie i skąd u was takie kulinarne wiadomości, ma się tę czachę nie od parady rzekł Wielbłąd, a czy ty Czesiu czasami nie łysiejesz spytała nasza wychowawczyni co nas rozbawiło. Bo od kilku dni Czesio pumeksem szorował czoło bo usłyszał że kto ma wysokie czoło jest mądry. Jeśli to prawda to jesteś głupi jak but z lewej nogi, powiedziawszy to zgasiła światło i ostatnia powędrowała by dopilnować sprawiedliwego podziału ciasta drożdżowego z rodzynkami. Nie wiem kto to powiedział, ale komuś się wyrwało, co te ciasto jest takie suche, kiedy zewsząd dały się słyszeć słowa potwierdzające, wstaliśmy z talerzykami i rządkiem schodziliśmy do kuchni szukać albo kompotu z obiadu albo herbatki tylko dobrze posłodzonej. Tu nie wytrzymała p. Halinka i buchnęła szczerym śmiechem że ma takich znawców w grupie. Wie pani co powiedział Czesio bez namysłu, świeże ciastka to żrą ci z małej sypialni wieczorami pod kołdrą a przynoszą je z pobliskiej ciastkarni o nazwie Wenecja, obok Pedetu na Woli i tak powinno wyglądać ciasto. Nasze słowa i spostrzeżenia dotarły do kucharek i od następnego pieczenia dostawaliśmy słoik z dżemem do rozsmarowania na wypieku i jak zwykle znów wynikł problem kiedy na słoiku wyczytano że jest półsłodki to mam się skojarzyło że dostajemy lipną kategorię jakąś wybrakowaną a kiedy sprawa dotarła do dyrektor Falkowskiej stanęło na tym że to dzieci będą robić zakupy z panią magazynierką Marysią i wybierać w sklepie te które bardziej lubią i smakowo i te gdzie cukru było dużo. Ze sztucznym miodem już nie kaprysiliśmy, bo miał smak i kolor a pokrojony w twardych kawałkach był wynoszony na podwórko i tam konsumowany.

 

Nocna akcja .

 

Kolację w soboty wydawał będący na dyżurze wychowawca, przygotowywały ją po obiedzie kucharki i szły do domu. Równe kilka dekowe porcje kiełbasy rozdzielał później wychowawca mający dyżur. Dziś porcji też było więcej bo prawie połowa dzieci poszła na odwiedziny do swoich domów, niektórzy mieszkają nawet kilka przecznic od Jaktorowskiej. Wilczki były obecne na posiłku w komplecie, tak to już bywa najczęściej, mamy siebie i swoje problemy, swoje myśli i plany wcześniej ułożone. Podczas kolacji dalej doszlifowywaliśmy rozmowy o niewiadomych z ostatnich dni. Najedzeni jako ostatni opuszczaliśmy jadalnię, w kieszeniach widać było wystające grubiej ukrojone kromki i kiełbasę. Kiedy dyżurni już posprzątali i kończyli zmywanie naczyń my kolejny raz zatrzymaliśmy się zerkając na drzwi zastanawiając się jak moglibyśmy je sforsować. Nikt się nie odzywał wolno kroki swoje kierując na podwórze, po chwili wychodzili i dyżurni z zapewnieniem że klucz wraz z panią Haliną powędrował do gablotki w sekretariacie. No to co? –idziemy na wieczorynkę? później Dziennik Telewizyjny no i z pewnością film jaki będzie w programie chodzą słuchy że ,,Siedemnaście mgnień wiosny” o rosyjskim agencie w czasie wojny pracującym w Berlinie podczas ostatniej wojny. Potem grzecznie rozchodzicie się do swoich łóżek, oczywiście jakżeby inaczej zawsze tak robimy zapewnialiśmy swoją wychowawczynię która zamiast do 22-ej pragnęła wcześniej wyjść do domu, chyba złapała jakiegoś wirusa, mówiła przez nos co chwila zmieniając chusteczki jednorazowe. Pokiwała palcem; żeby mi wszystko grało i buczało. Dyżur nocny ma dziś pani Wanda, pogaście więc wszystko i  nie utrudniajcie jej życia dobrze? –jakże by inaczej żegnaliśmy ją szelmowskimi uśmiechami; pogroziła nam i tyle ją widzieliśmy. Na taki moment czekaliśmy, nie było więc dziś nocnej co nas ucieszyło; pani Wanda pozamyka drzwi główne, zrobi obchód domu i gdzieś o 23-ej na pewno pójdzie spać. Na filmie doszlifowaliśmy plan, będą dwie grupy osłonowe, obie dwuosobowe by nie posnęli. Pierwsza to palacze Vistuła z Garbusem mają obserwować pierwsze piętro i grupę pierwszą. Tam właśnie będzie spała w pokoju wychowawców- pani Wanda. Gdyby coś się stało? mają tak nadymić petami by pomyślała że to na strychu ktoś kopci i tam gdy rozpocznie wizytę w tym czasie jeden ma nas zawiadomić byśmy mogli wrócić bezpiecznie do sypialń, drugi zaś może zamknąć drzwi z klatki na korytarz która zawsze była otwarta; kluczem który wcześniej dopasowaliśmy, tam jak najdłużej będzie czekał do naszego powrotu. W sypialni miał schować klucz do kwiatka stojącego na każdym tapczanie, by nie mieć go przy sobie gdyby musiał poddać się rewizji osobistej, ale reszta grupy na pewno nie pozwoliłaby na taki sposób jej poszukiwań, rozpoczynając złośliwości odnośnie późnej godziny że powiadomimy o szykanach dyrektorkę. Policjant i Bzyk wiedzą też co robić by zwrócić na siebie uwagę, jeśli Wanda chciałaby zajść nas z drugiej strony przez aulę. Postępować w kolejności już wypróbowanej, kopeć, zbity talerz, oblanie wodą, dziwne odgłosy z balkonów i masło na włączniku światła a przy odwrocie klatką do sypialni wylanie wody na schody która wraz z metalowym dzbankiem z kuchni potoczy się z półpiętra kamiennymi schodami. Później zostaje tylko powrót do łóżeczek i udawanie że smacznie śpią, zabierają ze sobą obstawę spod zamkniętych drzwi, które zostaną ponownie otwarte by ułatwić powrót naszej trójki jednym z dwóch kierunków. A my nic nie wiedząc trzymamy się wersji toaletowej, na pytania gdzie jesteśmy ma paść odpowiedź w kiblu i tam pozajmować trzy z czterech kabin wyciskając co tylko można. Teraz wracamy do łóżek, właśnie skończył się film. Wychowawczyni zastała nas w piżamach i w sypialniach, zrobiła planowy obchód jak założyliśmy, obeszła trzecią grupę zabawiając tam kilka minut, przekonywała chcących oglądać kino nocne że zrobią to innym razem ze swoim opiekunem –pomruczeli, pogmerali i chcąc nie chcąc też udali się do swoich sypialń. Kiedy pogasiła światła trzeciakom usłyszeliśmy zamykanie na klamkę drzwi korytarza. Kilka kroków i zapanowała cisza, wiedzieliśmy że nasłuchuje pod drzwiami gdyby nie nocne plany, z pewnością dla kawału ktoś co chwila wychodziłby do kibelka i widząc jej zmieszanie pognałby za swoją potrzebą- poganiany jej słowami; jeszcze nie śpisz? nie miałeś kiedy tego zrobić tylko akurat teraz. Schodami wróciła przez aulę na swoje piętro bacznie obserwowana przez Policjanta. Kiedy ten powrócił do nas mówią; że wszystko gra i buczy wiedzieliśmy że czas zaczynać bo inaczej pośniemy po kolei. Ochrona już przypalała papierosy rozchodząc się na ustalone miejsca, kontakt mamy tylko z grupą Policjanta, oni za pomocą szpagatu z modelarni, co pięć minut muszą lekko naciągnąć sznurek i dwoma pociągnięciami dać znak że wszystko jest w porządku. Gdyby coś się działo szarpnąć muszą trzykrotnie. A potem oczywiście trzymać się planu. Schodziliśmy razem- pepegi wykonane z gumy pozwalają nam posuwać się prawie bezszmerowo. No wysokości balkonów zajmuje swoje miejsce Wojtek i Zdzisiek-tylko nie spać słyszę sława Cygana bo zostaniecie bez kieszonkowego. Nasłuchując odgłosów obecności dziewczyn w mijanej toalecie, byliśmy sami -wiedzieliśmy że reszta wilczków czuwa, ale ciemność jest niezbadana, tyle nasłuchaliśmy się opowiadań o duchach. Raźniej jest być grupą słysząc szybkie oddechy kolegów. Po ciemku doszliśmy do celu, kucnęliśmy razem podważając nożem wpuszczoną w posadzkę zawiaskę, drzwi otworzyły się lekko po naciśnięciu klamki, byliśmy w środku. Idąc do przodu Tadek rozwijał sznurek gdy poczuł dwa pociągnięcia szeptem powiedział że wszystko w porządku że minęło już pięć minut. Cztery wytrychy i kilka różnych starych kluczy położył na okienku, które można będzie wsadzić do dziurki próbując przekręcić zamek. Poczułem dłoń na ramieniu, to Tadek mówił szeptem że wsadza kulkę ze sznurkiem do mojej kieszeni. Dasz sobie dobrze sam radę tylko bez gwałtownych ruchów, ja idę zobaczyć co w kuchni, załatwię jakąś wyżerkę dla wszystkich. Próbowałem po kolei wszystkich kluczy, ostrożnie i z wyczuciem starałem się kręcić wytrychami otworzyć drzwi kręcąc z wyczuciem w lewą stronę –nawet nie drgnął. Na dwa pociągnięcia sznurkiem odpowiedziałem też dwa razy i dalej majdrowałem licząc  że ustąpił, jednak ani drgnął- może zamek zardzewiał? zawołałem Tadka;  przyjdź  i pokręć po swojemu. Ale i on z opornym zamkiem nic nie mógł poradzić, znów odpowiedziałem na kolejny sygnał mówiąc że już piętnaście minut jesteśmy na dole. Odpuszczamy- powiedziałem trzeba kończyć? jeszcze chwila! ostatnie moje podejście usłyszałem jego szept, upychaliśmy gdzie mogliśmy przygotowane do zabrania, marchewki, kilka cebul, chleb i kiełbasę która została po tych którzy dzień dzisiejszy spędzą ze swoimi rodzinami jedząc na pewno szyneczkę. Jeszcze tylko talerz z kapustą kiszoną-prosto z beczki, oraz nie wiemy po co  buraki i pietruszkę, jabłka były w innym magazynie tak jak i ogórki. Wychodziliśmy tak jak weszliśmy odciągając niezadowolonego i ciągle walczącego z zamkiem Tadka. Sprawdziliśmy jeszcze razem czy nie zostawiliśmy jakichś śladów i zgodnie jako ostatni opuściliśmy pomieszczenie. Jeszcze tylko dokładne dociskanie razem dwóch skrzydeł drzwi, kiedy to wchodziły na swoje miejsca element zamka oraz podważony zwykłym nożem a wpuszczona w podłogę normalna zasuwa. Ten sposób otwierania znany był większości, wychowanków o stażu kilkuletnim, z odwiedzin korzystały też dziewczyny, w tej części kuchni nie było raczej większego wyboru jedzenia jak warzywa i chleb a także ziemniaki do pieczenia w ognisku. Bzyk siedział na schodach i oparty o poręcz spał w najlepsze, pewnie od chwili gdy daliśmy trzema pociągnięciami linki znak że kończymy akcję. Z łazienki dziewczyn nabraliśmy w kubek od zębów zimnej wody i  będąc nad nim pół piętra wyżej wylaliśmy na przytulonego do poręczy. Ten zerwał się w strachu i zaczął uciekać po schodach na górę, my zaś zaczęliśmy jeszcze tupać, poganiając go słowami że idzie Wanda. Przewrócił się na półpiętrze ledwo go zatrzymaliśmy, gdy spytaliśmy dlaczego przestał czuwać, bo skoro nas jeszcze nie było to znaczyło że akcja się jeszcze nie skończyła. Kiedy przyszedł Wojtek mający stanowisko piętro wyżej  a widząc nas i mokrego Zdziśka domyślił się że zrobiliśmy mu kawał- powiedział. Mówiłem ci że się doigrasz, mi też przysnąłeś już dwa razy. Razem wracaliśmy dokuczając Bzykowi, Cygan oddalił się by dać znak o zakończeniu akcji, pilnującym korytarza gdzie spała pani Wanda. Nic ciekawego się nie wydarzyło wyszeptał– cisza? pewnie już dawno dobrze śpią bo nawet nie oglądają telewizji-i pogaszone w pokojach światła a jak u was? Zaraz wszystkiego się dowiesz. W sypialni omawialiśmy nieudaną akcję, i niemożności pokonania wytrychami zamka, może te wytrychy były jakieś słabe mówiliśmy objadając się przyniesionym jedzeniem. Tylko Bzyk spoglądał na nas co chwila, gdyż padały słowa ze temu co śpi na warcie, narażając kolegów na wpadkę -nic się nie należy. Koledzy nie dokuczajcie mi, wiem że stworzyłem niebezpieczeństwo mówił wolno Zdzisiek, pokonała mnie ciemność i zmęczenie zdaję sobie teraz sprawę; że gdyby was złapano głupie by było wasze tłumaczenie że byliście głodni; obiecuję że nigdy więcej nie zawiodę wilczków. Całe szczęście że nie było nocnej bo ta na pewno by nie poszła spać i po tym sznurku trafiła do was. Nie tak prędko -odrzekł Wojtek, dlatego byliśmy razem a ja nie spałem z góry miałem ubezpieczać wejście na salę kogokolwiek i ciebie, zadanie było faktycznie łatwiejsze jak już powiedział Bzyk bo Nocnej mary nie było. Z Wandą była rzecz łatwiejsza, zanim cokolwiek mogłoby się zdarzyć od drugiej klatki ubezpieczała jeszcze sekcja palaczy czy jak wolicie zadymiarzy, która też wiedziała jakie ma zadanie. Pomysł i zamknięciem drzwi dawał nam wystarczająco dużo czasu by jeden z nas kopnął się do was z ostrzeżeniem. W sumie, był tylko jeden moment rzekł Cygan który był bardzo niebezpieczny i to wcale jak widzicie nie było kimnięcie się Bzyka to był moment kiedy byłem w kuchni i zapaliłem światło szukając jedzenia, to światło było widoczne przez okno. Wystarczyłby jakiś przejeżdżający patrol Milicji, wtedy taki gliniarz poznałby mnie nawet na drugi dzień a my nie wiedzielibyśmy kto nas wydał –pokiwaliśmy głowami bo faktycznie nie pomyśleliśmy że można było zostawić choćby jedną osobę w łazience która w ciemności wypatrywałaby niebezpieczeństwa od strony bramy. Rano znów mieliśmy zastępstwo, Tarnacka zachorowała- dowiedzieliśmy się podczas śniadania. Oraz prośbą byśmy nie broili i byli tak grzeczni jak w nocy-tutaj się uśmiechnęliśmy; mówiąc że noc jest od spania i z chęcią rozegramy jakiś mecz do obiadu dla zabicia czasu. No ależ oczywiście po Teleranku. Dopiero gdzieś o 11stej udaliśmy się na podwórko by przemyśleć i pomyśleć pośród drzew co dalej począć. Siedzieliśmy sami widząc jak Wojtek musztruje oddział, który nahajką ze sznurka utrzymywał dyscyplinę ,schaisskomanda składające się z Bzyka, Wielbłąda i lubianego przez wszystkich Czarka Parkota ,,Pędzelka” a także Krzyśka Orlutę i trzech braci Stoczewskich  -Zbyszka, Krzyśka i Darka. Wojtek znów im nie żałował, jego Maul halten czy ferfluchte schwaeine będziemy pamiętać do końca życia. Tadek dał znak głową że ktoś idzie z odwiedzinami w naszym kierunku, nie kto inny jak głupkowato uśmiechnięty od ucha do ucha Szpicel Donosiciel. Co u was? spytał, to samo co i wczoraj o tej samej porze odparł Cygan –głupio gadasz? nie o to chodzi, tylko o to o czym rozmawiamy. Widzisz że odpoczywamy ale Policjantowi uciekł podobno jakiś arschloch i cała grupa go szuka czołgając obok dębu, możesz dołączyć do nich. Ale krzyknij na nich z daleka szwaby,  po chwili ich zaczepił tymi słowami. Ależ Stachu go podpuściłeś uśmiechnął się Tadek zobacz jak spieprza a partyzanci za nim. Pędem dopadł domu a oddział zawrócił do dalszej przerwanej zabawy słowami Wojtka, ruhe, alles In ordnung Walczak geflitz ale tego arschlocha my jeszcze złapiemy a wtedy inaczej nam zaśpiewa. Pomachali do nas zachęcając byśmy się przyłączyli do zabawy, może potem teraz mamy za dużo do obgadania bieżących problemów i wspólnych działań na przyszłość. Nie w głowie była nam beztroska zabawa. Tadek czy zwróciłeś uwagę jak Mama z kuchni opowiadając o opuszczeniu domu, po tym jak parami już wyprowadzono dzieci, mówiła że dom opuścili się zsypem na węgiel. Pamięta ten moment dokładnie bo jak wraca jej czasami pamięć to płacze, innym razem nie przypomina sobie o takiej chwili, zdziwiona o co ją pytamy. I co z tego?- a no to że od kilku lat kotłownia jest nieużywana bo palacz już był zbędny. Dom podłączono do miejskiego system centralnego ogrzewania; mów dalej zachęciłem Cygana. Co tu długo rozprawiać, pomieszczenie stoi wolne, jest zamknięte a skoro oni mogli wyjść zsypem –my możemy tak samo się tam dostać. Dobrze rozumujesz-kolejny więc raz powtarzam słowa profesora Grabowskiego, teraz zamieniam się cały w słuch. Skoro nocna akcja się nieudała może spróbujemy tak jak oni wtedy gdy uciekali- wyszli przez zsyp węgla. Więc my spróbujmy dostać się do  środka tą samą drogą, sprawdźmy tylko czy krata nie jest zamykana od dołu na klucz lub nawet przyspawana. Idziemy!- Tadek dyskretnie ogląda się czy nie idzie za nami ktoś niepowołany, pada jego ciche pytanie? -dlaczego wcześniej nie wpadliśmy na taki pomysł, ile musiało upłynąć wody w Wiśle zanim wpadliśmy na ten sumie prosty sposób. Ja myślałem o nim! stąd postawiłem zadanie zadanie by wilczki postarały się o taki przepracowany i nikomu nie potrzebny olej –zaraz przekonasz się dlaczego. Kucnęliśmy za domem obok kraty, bezmyślnie się na nią patrząc. Złapaliśmy z obu stron, była niesamowicie brudna i mocno zardzewiała-nawet nie drgnęła. Najpierw oblejemy osadzenie kraty olejem a kiedy namoknie za kilka godzin skombinujemy jakieś narzędzia z pasażu? –jest na pewno otwarty, bo widziałem jak dziewczyny brały grabie by zgrabić skoszony przed domem trawnik. Idziemy do sypialni, tam w szafce czekał stary samochodowy olej nikomu nie potrzebny nikt nie wiedział do czego, teraz i Tadek zrozumiał. Masz głowę na karku Kwiatku skąd przewidziałeś jego potrzebę –śniło mi się? Jak  wchodzimy do środka, skoro krata od kilku lat jest nieużywana, to opady deszczu i śniegu jak nic spowodują że pokryje się rdzą i tu nasze zadanie kiedy rdza zmięknie to za pomocą metalowego drąga zastosujemy dźwignię, a dalej jak się uda wchodzimy tylko my dwaj, ktoś tylko musi nas ubezpieczać gdy będziemy na dole szukać czego do tej pory nie znaleziono. Przed obiadem wychodzimy ponownie na podwórko, -nie obyło się oczywiście bez spotkania z wszędobylskim Szpiclem. Co macie w tych butelkach?- tajemnica! ale możemy tylko powiedzieć że nie służy do picia. Pełne butelki i do tego zawinięte w gazety bardzo go kusiły, a do czego służą? Będziemy na tym smażyć placki ziemniaczane na łopatach, bo nie mamy patelni a z kuchni jej nikt nam nie pożyczy stąd pomysł z łopatami. Dajcie go spróbować –bo myślę że lejecie wodę i nie chcecie po prostu dać spragnionemu łyka. Wyciągnął paczkę dropsów owocowych i ruszając palcami zachęcał do transakcji. No dobra, niech będzie kiwnęliśmy głową –pierwszy pijesz i dropsy nasze. Odkręcał pewnie, potem podniósł do nosa i niuchał w końcu włożył szyjkę do ust łyknął małego grzdyla i o mało nie upuścił butelki zaczął pluć pochylony nad trawnikiem po chwili pobiegł do domu umyć zęby. Mówiliśmy że to jest do placków, kto o zdrowych zmysłach pije ciemną oliwę z oliwek- ale nam nie wierzyłeś goniły Walczaka nasze słowa. My już bez ogona doszliśmy do kraty którą obficie polaliśmy przyniesionym płynem. Wracając wyrzuciliśmy puste butelki do śmietnika przed domem i udaliśmy się na posiłek. Odczekamy teraz kilka godzin, przemyślimy jak będziemy podnosić kratę nie wzbudzając sensacji- myślę że najlepsza metoda budowniczych piramid powiedział Tadek? A jaka ona była. Metoda dźwigni- odpowiedział mi Tadek. Tu będzie potrzebne coś, machnął ręką -jak zjemy posiłek to na pewno do nas przyjdą nowe pomysły; chodźmy teraz na obiad. Inaczej przyślą kogoś po nas w najmniej spodziewanym momencie. Zupa jarzynowa a raczej kalafiorowa była smaczna a mięso wołowe ż ciemnym sosikiem trochę za twarde a do tego kapusta kiszona oraz kompot z dżemu truskawkowego. Co wy dziś tacy prędcy jakbyście przyszli na zawody w jedzeniu. Śpieszymy się na randkę? chyba z Lolą Pu rzekł zaczepnie Walczak, odgrywając się po straceniu paczki dropsów a może za to że sam padł ofiarą smakowania oleju z butelki. Lola była to kobieta biedna, gruba źle ubrana w dodatku nigdzie nie pracująca często widywaliśmy ją w najmniej spodziewanych momentach, a to oparta o płot w kuckach sikała, albo i zrzucała klocka? pod murkiem. Oczywiście każdy wtedy darł się w niebogłosy co tylko wymyślił by ją zdenerwować, wtedy ona łapała za kamienie którymi w nas rzucała; komedia była pierwszej klasy. Właśnie pytała się o jakiegoś dziadka, czyli chyba o ciebie? bo tylko ty wyglądasz jak dziad a w dodatku jeden z twoich pseudonimów to dziadek pasowalibyście więc do siebie rzekłem wzbudzając powszechny śmiech. Cygan nie pozostał dłużny mówiąc, to ty jesteś Dziadek jej synek którego wyskrobała po najściu wojsk hitlerowskich na Polskę, nawet jesteś do niej podobny, wszyscy zaczęli się śmiać bo nowa nazwa  ,, wyskrobek” wszystkim przypasowała, i wokół dało się słyszeć powtarzane słowo a palec skierowany w jego kierunku potwierdzał kto nim jest i kogo będzie się tak nazywać. Szpicel zawstydzony poburczał coś pod nosem, chyba Was? chyba to ciebie?, ale nikt go już nie słuchał. Obrażony dorzucił tylko, że z wami to lepiej nie zaczynać. Po obiedzie udaliśmy się do pasażu w którym były składowano wszystkie potrzebne do pracy w ogrodzie czy w domu narzędzia, jak też stare meble, które połamane i niezdatne już do niczego służyły dozorcy który był taką złotą rączką do naprawiania uszkodzonych we wszystkich grupach i pomieszczeniach gospodarczych tapczanów, krzeseł, szaf i szafeczek. Co będzie nam potrzebne zapytał Cygan? podumałem oglądając klamociarnię, potrzebujemy coś do podważenia może być łopata, drut, deska jakiś łom. Żelazny i zardzewiały stał oparty o ścianę pasażu, widać że od lat był nieużywany. Dźwignęliśmy go razem, waży swoje? Pokiwałem głową kierując się do wyjścia, na pytanie dziewczyn siedzących przed domem -co będziemy nim robić? odpowiedziałem że rzucać oszczepem. Jakoś go donieśliśmy opierając o mur teraz jakąś cegłę na podpórkę albo deskę- po chwili byliśmy gotowi niosąc wygrzebane różności które mogą być przydatne w naszym planie. Dało się słyszeć z drzew obok śmietnika  głos Walczaka gdy kolejny raz zmierzaliśmy po klamoty z graciarni,, fajans to jest dobra rzecz? Za fajansem trzeba biec” ale szybko go Cygan zgasił słowami, a wiesz ty pajacu ile ciastek my wieczorem dostaniemy tylko za to że wypożyczymy tych parę gratów. Widać było że zrobi teraz wszystko by wsadzić ryja do naszego interesu by dostać choć jedno ciacho. Za kolejnym razem nieśliśmy linę, młotek, obcęgi i kilka różnej wielkości śrubokrętów, wiesz po co nam ta lina krzyknął do ukrytego między gałęziami Szpiega, będziemy sprawdzać jakie obciążenie może wytrzymać gałąź z twoim manekinem na  której w następnej kolejności tam będzie twoje miejsce. Znów byliśmy za domem myśląc od czego zacząć, ktoś przeszedł obok płotu widać że spieszył się do domu nie zwracając uwagi na nasze działania maskujące, a kiedy przyszedł do nas Wojtek i powiedział że możemy być pod obserwacją, bo Walczak wszedł do domu, chcąc z któregoś okna obserwować nasze poczynania. Przerwaliśmy więc na dłuższy czas zamierzoną pracę kierując swoje kroki na boisko gdzie rosło jedyne duże rozłożyste drzewo, widzieliśmy dokładnie że jest ono obiektem szczególnego zainteresowaniu nim Mireczka. Na zmianę więc wchodziliśmy na przyniesione krzesło i na pewnej wysokości nad ziemią przez lupkę oglądaliśmy jego pień robiąc odpowiednie notatki, troszkę grabiami zagrabiliśmy teren wokół, i młotkiem uderzaliśmy w ziemię nasłuchując jakie wydaje echo. Te spostrzeżenia zanotowaliśmy w zeszycie, potem pomierzyliśmy drzewo, wbijając trzy patyki w ziemię. Po chwili skierowaliśmy swe kroki pod dąb, wykonując podobne czynności co na boisku. Niedługo wyszedł z domu Wojtek a za nim Szpicel, Policjant rzekł że na drugim piętrze z klatki byliśmy obserwowani, a kiedy zniknęliśmy z jego oczu, i co widać siedzi teraz przed domem i liczy gołębie na dębie pilnie was obserwując. Widział ciebie gdy go śledziłeś? –Nie. To teraz zrobimy lepszy numer, przynieś z Fistułą z pasażu drabinę tu pod dąb- jak każesz tak zrobimy, wolno poszedł pod murek obok śmietnika na którym bawiono się w berka, tak by nie dotknąć nogą ziemi. Po chwili razem poszli do domu wynosząc z pasażu ok. 2.5 metrową drabinę którą ponieśli w naszym kierunku. Podobno dąb ten jest najstarszy w Warszawie, nie można na niego dostać się wchodząc normalnym sposobem, nie można też wejść z podpórką po kimś bo jest za grube i w dolnej części nie ma odstających gałęzi, które ułatwiłyby wejście na niego. Pozostaje wiec tylko drabina, po kolei wchodziliśmy by dostać się do pierwszego rozwidlenia gałęzi. Tam siedzieliśmy jakiś czas oglądając teren z wysokości, dla ciekawości szukaliśmy śladów z II wojny w postaci wbitych odłamków czy ran po pociskach karabinowych. Kiedy po godzinie schodziliśmy z drzewa, powoli jeden po drugim asekurując się nawzajem, wiedzieliśmy że mamy go na kilka dni z głowy. Przy okazji odnoszący drabinę mieli rozpuścić wiadomość że na gwoździu wisiał srebrny pierścień i niedługo będziemy przeglądać inne duże drzewa bo na nich mają wisieć inne pierścienie może nawet złote. Wróciliśmy do swojej pracy z pomiarami terenu i drzewa na boisku. No to co poszły konie po betonie –zaczynamy, wpuściliśmy łom przez oczko kraty podłożyliśmy dwie cegły jedna na drugiej i opierając się o mur stanęliśmy razem na łomie ale dalej bez efektu. Tadek musimy kratę potraktować tak jak to mawiał  profesor Grabowski,, nic na siłę tylko młotkiem”. Musimy postukać w kratę starając się ja rozruszać ale nie mamy żadnego młotka. No to łomem, kilkakrotnie razem unieśliśmy ciężki mel,  upuszczając go gdy  wyprostowały się nasze ręce. Kiedy zasapani ponownie stawaliśmy na nim,  na końcu jeden za drugim napierając wspólnie chcąc go rozbujać uginając nogi w kolanach przytrzymując rękami o murek. Razem teraz! trzy cztery? nie zdążyłem dokończyć kiedy opadliśmy na ziemie razem z łomem, krata była uchylona łom odstawiliśmy pod murek. Cygan uklęknął ja za nim wspólnie odstawiając kratę. Miejsca styku zaczęliśmy czyścić swoimi scyzorykami wydłubując ostrzami rdzę z miałem węglowym w miejscu ich styków z wyjętą kratą. Kiedy uznaliśmy że zrobiliśmy co mogliśmy, to samo uczyniliśmy z kratą. Ręce nasze były koloru brudno brązowego ale efekt widać było od razu -krata luźno wchodziła przy naszej każdej próbie jej wyjęcia. Byliśmy zadowoleni z wyniku naszej pracy mieliśmy wcześniej oblać kratę olejem lub naftą i ostukać ale Cygan powiedział że zleci się zaraz pół domu i pytaniom poco , dlaczego, dla kogo nie będzie końca. Jest jeszcze wczesna godzina idziemy się pokazać, przebierzemy się w gorsze ciuchy niby do gry w piłkę i wchodzimy –dobra, czy ktoś z naszych ma nas ubezpieczać gdy będziemy w środku pod ręką mamy Wojtka już się wczoraj wyszalał czyta coś na ławce niech siądzie na  schodach i uważa co pół godziny podchodząc pyta czy wszystko w porządku, gdyby było coś nie halo idzie po resztę wilczków niech wchodzą za nami i nas szukają. Siedział więc Policjant na schodach i czytał rozglądając się na lewo i prawo prosząc nas wcześniej by nie musiał się dziś  brudzić i schodzić z nami to mu przyrzekliśmy. Schodziliśmy z latarkami w pumpiastych dresach ale za to wygodnych- do zsypu węgla. Wojtek przytrzymywał nas rękami byśmy się nie usmolili, kratą zamaskował nasze wejście i siedział na schodach, przemyśliwał jak z mundury harcerskiego zrobić mundur oficera niemieckiego razem z czapką i krótką bronią. Wiedzieliśmy że jest blisko –można było na nim polegać, choć było jeszcze widno na dworze przez brudne szyby z trudem przebijało się światło, nie za bardzo wchodziło do środka musieliśmy przywyknąć do szarówki nie chcieliśmy też zapalać światła by nie zostać zdemaskowanym przed czasem przez ciekawskich od strony ulicy, ciekawe czy są tu szczury? wzruszyłem ramionami że nie wiem. Ściany też były brudne tak jak i same bojlery kilka razy zapaliliśmy latarki nic ciekawego nie zauważyliśmy dla odwagi trzymaliśmy w rękach otwarte scyzoryki, dużo nie pomogą ale ich ostrza choć nie za duże dają poczucie bezpieczeństwa. Za spodniami kołysały się proce a kieszeniach pobrzękiwały metalowe kulki. Jeden za drugim zbliżyliśmy się do regału pod schodami czułem rękę przyjaciela na ramieniu, wiedziałem że idzie tuż za mną, nigdy jeszcze mnie nie zawiódł,  nie spanikuje ,zawsze mogłem na niego liczyć. Poczekaj usłyszałem patrząc jak wchodzi po schodach majstrując delikatnie przy drzwiach powiedział na pewno zamknięte popatrzył przez dziurkę i zszedł z powrotem. Zaczynamy!- razem złapaliśmy regał ciągnąc go pod schody powoli nam ulegał, kiedy nie reagował przestaliśmy ciągnąć i podeszliśmy do odsłoniętych drzwi. Boję się trochę?  ja też usłyszałem– naciskając na klamkę wolno otwierałem drzwi do środka, kontakt był blisko przekręciłem czarne pokrętło zapaliło się światło ze szklanym kloszem, dobrze że działa rozejrzeliśmy się po pokoju szukając śladu szczurów. Jednak to co mówili na zlocie byli wychowankowie to prawda. Takie pomieszczenie istnieje na prawdę, może jak dom był w ruinie gruz leżał do pierwszego piętra to parter i piwnice tylko odgruzowano, a potem odbudowano według już nowych planów, nad obecną sceną był kiedyś balkon, strychu z dużym oknem od frontu gdzie kiedyś mieszkał Korczak też zmieniono na normalne poddasze jak w normalnych domach w ten sam sposób postąpiono z podziemiami czyli piwnicami. Posprzątano i odbudowano -raczej jest pewne że magazyny poniżej domu wszystkie przetrwały wojnę, nie do wiary że nikt nie znalazł dobudowanej przez doktora pokoju która jednak w pamięci tych co ją raz widzieli jedyny raz w życiu przetrwała. I jak myślą dorośli skoro nikt nie słucha tego co mają do powiedzenia dzieci które  przeżyły wojnę, nikt im nawet nie otworzył kotłowni by pokazać jak ona teraz wygląda, nikt ich nie słuchał gdy mówili że wraz z Mamą i dozorcą Piotrem tam znaleźli schronienie. Wystarczyło otworzyć i wpuścić na moment by za chwilę odkryć to czego my teraz jesteśmy świadkiem, by mówiła o tym cała Warszawa, by pisała o tym cała prasa.

 

Tajny schowek odkryty po latach.

 

Pierwsze co zwróciło naszą uwagę to sterta z kocami koło ściany na wprost drzwi, szare wojskowego koloru- ale śmierdzą?- rzekł Tadek, co się dziwisz odparłem ponad 30-ści lat leżą w ciemnym pomieszczeniu o słabej wentylacji bez światła. Ostrożnie może myszowate mieszkają pod kocykami –chyba zgłupiałeś nigdzie nie widać kupek ani mysich ani szczurzych -to dobrze! bo jakby taka wygłodniała rodzinka rzuciła na nas nie wiedzielibyśmy co robić i gdzie spieprzać. Mimo wielu rzeczy na półkach zaczęliśmy od kupki z kocami którą sprawdziliśmy przyciskając trampkami –pod nimi coś jest? powiedziałem, może kościotrupy odpowiedział szybko Cygan. Musisz wszystko widzieć tak czarno przecież nie śmierdzi trupami –a jak śmierdzą trupy? spytałem, wzruszył ramionami ale odkrywał ze mną koc za kocem w strachu przed tym co może zobaczyć pomagał sobie kijem od miotły. Zobaczyliśmy wreszcie nie kościotrupy tylko broń leżącą pod nimi, była taka sama jak na oglądanych przez nas filmach o poruczniku Klosie, czy Czterej pancerni i pies. Wyjmowaliśmy je delikatnie było ich cztery, dwa Mausery kawaleryjskie krótkie z napisami czeska zbrojovka, oraz dwa schmeissery, oglądaliśmy je dokładnie przy zapalonym świetle –ciekawe czy działają rzekł Tadek, otwory w lufie były pokryte nalotem, ale to nie była wilgoć to od dbania o broń przez ich wcześniejszych użytkowników niemieckich żołnierzy. Może nawet i dozorca chciał w przyszłości oddać broń żołnierzom Polski Podziemnej, wrócił przed powstaniem do Warszawy. Powoli zobaczyły też światło granaty trzonkowe w ilości 4szt i dwie szyszki, oraz cztery bagnety, i pasy z napisami na klamrach ,, Got mit uns’’ razem z pełnymi ładownicami. Była i piękna Parabelka w kaburze wraz z zapasowym magazynkiem, taką miał agent J-23, oraz cztery stalowe hełmy. Usiedliśmy z wrażenia, wtedy usłyszeliśmy rytmicznie pukanie w metalową kratę– to Wojtek sprawdzał czy wszystko jest w porządku. Kiedy zobaczył mnie koło zsypu zapytał ile jeszcze tam będziemy siedzieć bo już go tyłek boli od siedzenia na betonie ale gdy odpowiedziałem że zaraz kończymy- ze zblazowaną miną wracał wolno na schodki skąd miał doskonały wzgląd na wszystkie boiska skąd mogło nadejść zagrożenie. Usłyszałem że wróci za piętnaście minut, wróciłem mówiąc Cyganowi że Kacap się piekli z nudów, i uśmiechając dokończył -gdyby on tylko wiedział jakiego znaleziska dokonaliśmy, byłby pewnie teraz razem z nami.  Wróciliśmy do przeglądania pozostałych rzeczy. Fajnie wyglądaliśmy sprawdzając zawartość półek, karabiny na rzemieniach zwisały nam do pasa na głowach hełmy, jeszcze tylko założyć wojskowe pasy, a za nie wetknąć granaty i możemy iść na pomoc powstańcom warszawskim. Tymi kocykami przykrywały się te uratowane dzieciaczki – rzekłem? Też tak chciałem rzec padło z ust Tadka, i to ta cała broń której szukali Niemcy zanim  przybyła wycieczka późniejszych mieszkańców. Przeglądaliśmy papierowe pudełka na półkach, poznawaliśmy zdjęcia doktora. W niektórych były dokumenty i buchalteria domu na której się nie znaliśmy, zobacz jakaś metalowa kasa z kluczem, podniosłem ją chcąc znaleźć się bliżej światła. Może zabezpieczona jest przed znalazcami takimi jak my? otworzysz i wylecisz w powietrze usłyszałem słowa Cygana, jak się boisz to wyjdź tam gdzie są 2-a zbiorniki na wodę- i poczekaj, czy wyobrażasz sobie że dozorca miałby takie pomysły kiedy przebywały z nim inne osoby, on chciał tu powrócić i rozliczyć się z doktorem jak powróci i się spotkają. Przekręciłem kluczyk wykonując pełny obrót, wolno podnosząc górną część zamknięcia i nie rzeczy tam zgromadzone zrobiły na nas wrażenie tylko pełna nazwa  producenta kas. ZWIERZCHOWSKI I SKA WILNO ROK 1912. Kolejno wyjmowałem, pistolet typu nagan tak zwany bębenkowcem w skurzanej czarnej kaburze, był zawinięty w jedwabną chustkę obok paczka z nabojami do niego, pod pistoletem pozwolenie dla chirurga oficera majora ,,Jana Korczaka” jeszcze z I-ej wojny światowej. On nigdy z niego nie strzelił powiedziałem, gdy zobaczyłem że paczka z nabojami jest nie otwierana Ale fajny powiedział Cyganek zobacz jak bębenek się kreci i uderzał w niego chcąc by obracając się  grzechotała, nacisnął spust kilka razy widząc że nie ma pocisków w lufie. Jak dziecko?- no!- żebyś wiedział nigdy nie miałem takiego w ręku stwierdził. Zostaw już tą pukawkę, choć zobacz co tu jeszcze jest pokazałem na otwartą kasetkę. Zrobił wielkie oczy, ile tego może być, są i złote i srebrne z ostatniej wojny oraz złote i srebrne pierwszej wojny niemieckie z podobiznami różnych władców różnych landów cesarstwa niemieckiego o nominałach 2,3 i 5DM, oraz rosyjskie srebrne ruble były też dolary i różne papierowe pieniądze których nigdy nie widzieliśmy, to miało być na jedzenie zanim ich zabrali do getta. Pewnie tak? odparł Tadek podchodząc z dyndającym się na wszystkie strony pistoletem maszynowym, nie celuj we mnie bo może wystrzelić –nie wystrzeli nie ma strachu  bo jest zabezpieczony, może się jeszcze przydać? ciekawe do czego powiedział i odłożył broń na miejsce gdzie przeleżała tyle lat. Zobaczę czy mauzery działają rzekłem zamykając szkatułkę –odciągnąłem  zamek i wyskoczył z niej pocisk zrobiłem to 5-ęć razy i pięć pocisków kolejno spadło na koc, są ładowane od góry od strony zamka rzekłem przesuwając zamek do przodu nacisnąłem spust iglica stuknęła głucho, daj zrobię to samo z drugim powiedział podnosząc drugiego mauzera –otwierał zamek i zamykał aż kolejne pięć sztuk znalazło się na kocu też opuścił zamek i strzelił –potem zapytał kto mnie tego nauczył. Dziadek Sowiński odpowiedziałem był powstańcem w AK przeżył wojnę ma warsztat stolarski na ul .Ogrodowej widziałem u niego w piwnicy podobny karabin kiedy schodziliśmy po węgiel, powiedziałem tak jak ty wcześnie- może się kiedyś przyda –dziadek już nie żyje ale na dwie łopaty pod węglem ukrył i kiedy schodził ze mną opowiadał mi o tamtych czasach. Ale o tym przy okazji, był stolarzem posiadał własny zakład  wytwarzający meble, znów Wojtek zaczął stukać, mówiąc żebyśmy już wychodzili gdyż zaraz jest kolacja. Zamknęliśmy drzwi i przesunęliśmy na swoje miejsce brudny od pyłu węglowego regał na którym zostały ślady naszych rąk. Myślę sobie nie mówmy nikomu cośmy odkryliśmy im mniej osób wie tym lepiej, bo tajemnica jest tylko wtedy jak wiedzą o niej tylko dwie osoby. Zadecydujemy obaj co z tym fantem mamy zrobić, na pewno nie kupimy papierosów dla Garbusa czy alpag dla łykającego Vistuły, bo stary doktor pewnie by się w grobie przewrócił. Co innego na słodycze dla spragnionych dzieci, postawiliśmy na krzesło taboret i bez problemu wyszliśmy jeden po drugim pomagając sobie nawzajem, nawet nie za bardzo się uświniliśmy –otrzepaliśmy kurz i miał węglowy jaki przylgnął do naszych ubrań, w porządku ale i tak musimy się umyć. Co wy tam tak długo robiliście? –kombinowaliśmy co by można było sprzedać na złom by przytulić kilka złociszy –no i co? ,-nie będzie łatwo zbiorniki są za duże nie przejdą przez zsyp węglowy, a innych metalowych klamotów jest ze 30kilo i trochę węgla ale to towar na który nie znamy ceny będzie z dziesięć wiaderek –ponad dwie godziny tam siedzieliście. Tak z uśmiechem odparł Tadek jeśli za wszystko uzyskamy ze stówę to i ty masz w niej swój udział, a na dodatek zagadaliśmy się o płci pięknej a i tobie przydałaby się jakaś Hermenegilda? sam sobie poszukam! bez waszej pomocy- jeszcze będziecie mi zazdrościć takiego towaru odpyskował Wojtek. Wiemy, wiemy! ale my ją musimy sprawdzić czy nadaje się dla ciebie na żonkę jakiś test o życiu, o gotowaniu, czy jest robotna z uśmiechem zapytał Cygan, kiedy chciał się odgryźć celną ripostą albo gdy był bezradny przekląć po Niemiecku – zatrzymałem się i machając ręką uciszyłem pytając co znaczy napis ,, Gott mit uns”. A gdzie to wyczytaliście? Jak to gdzie widzieliśmy na filmach wojennych na żołnierskich pasach niemieckich, wolno odpowiedział z uśmiechem ,, Bóg z nami” i zadowolony ze zmiany tematu -dalej szedł wolniej od nas bo czytał coś po niemiecku. To dla mnie jest zawiłe obie strony idą na wojnę -usłyszałem słowa Tadka i proszą Boga o pomoc. Oba są narodami katolickimi po obu stronach księża błogosławią swoich, to po czyjej stronie jest racja? Za kim ma być Bóg? kręcił głową i gestykulował do pomocy rękami. Musimy zapytać się albo księdza albo profesora Grabowskiego odrzekłem i szedłem jak Tadek zadając sobie to samo pytanie. Odsapnęliśmy chwilę przy myciu w łazience i przebraliśmy się do obiadu, w sypialni położyliśmy się by choć parę minut poleżeć na łóżka. Po chwili ciszy zapytałem Cygana, pamiętasz rozmowy z Mamusią?- niechętnie opowiadała o wojnie, to ona opowiedziała o dozorcy panu Piotrze z którym się uratowała i jako ostatnią ją wyprowadził z kryjówki kiedy w domu już przebywał oddział chłopców Hitlerjugend i jak razem wydostali się z Warszawy aż pod Wrocław. Straciła tam z nim kontakt, razem wstąpili do partyzantki, tam ich losy rozdzieliły się na zawsze, gdy wpadł podczas łapanki ulicznej. Uciekł z transportu na roboty do Niemiec, dotarł przed powstaniem warszawskim do Warszawy- nigdy już więcej się nie spotkali. Piotr dotarł do stolicy i ponownie został złapany i rozstrzelany w odwecie za zamachy bandyckie na restauracje niemieckie. Mama była ciężko kontuzjowana podczas oblężenia Wrocławia przez Rosjan, gdy pocisk trafił w jej kamienicę stąd te czasowe utraty niepamięć. Przeszła długą rekonwalescencję by wrócić do kochanej Warszawy. Czasami nas zaskakiwała gdy opowiadała czasy przedwojenne by po chwili nie wiedzieć o czym rozmawiała. Nieraz widzieliśmy jak wycierała łzy ze swoich oczu prosząc byśmy już jej nie męczyli, ale pytania ciągle wracały. Kto by pomyślał że właśnie my i nasze zainteresowanie potwierdzą jej słowa, że był schowek w którym się ukryli ale z drugiej strony dom  zniszczony został w czasie powstania Warszawskiego, że to my znajdziemy dowody na to że jedenaścioro dzieci dostanie szansę przeżycia wojny, a co najmniej piątce się to uda. Jak trudno jest wiedząc o znalezisku –i milczeć, z opowiadań profesora Grabowskiego wiedzieliśmy że największe kradzieże po odzyskaniu niepodległości popełnili sami komuniści. Ginęło wszystko co ludzie znajdywali, już na etapie zgłoszenia w komendach Milicji, później wszelki ślad ginął wraz z dokumentacją, tak było w zamku Czocha czy ukrytych niemieckich składnic na Śląsku. Musi to pozostać naszą tajemnicą Tadziu, nie dadzą nam się nią cieszyć, pokiwał głową-wszystko by nam zabrali –dodał i jeszcze ukarali jako włamywaczy a sami przed prasą i telewizją spili śmietankę że to ich zasługa. Możemy zaufać tylko jednemu człowiekowi ale nie spieszmy się, będzie z nas dumny, później pogadamy idźmy bo nam wszystko zjedzą. Na obiedzie znów się przekonaliśmy że im jest nas mniej w soboty i niedziele tym lepsze kucharki gotują obiady. Pomidorowa z kluskami własnej roboty, a na drugie potrawka z kurczaka i kiszony ogórek. Kiedy po obiedzie usiedliśmy na ławce pod kasztanem nie dane nam było wrócić do tematu znaleziska, dosiadali się do nas wszyscy wychodzący z domu,  także dziewczyny w chwilę później palacze już szukali, bądź papierosów lub kasy na nie. Garbus odpowiedział że zaraz przyniesie skręty, ale takiej gruźlicy po  obcych nikt nie chciał palić nawet przez fifkę. No to przyjdzie nam siedzieć o suchym pysku? –czekajcie powiedział Wojtek żeby nie o suchym tego co powiedzieliście Czesio przyniesie acnosal ze spirytusikiem salicylowym od razu zrobi się mokro, chyba wy będziecie to pili rzekła Ewa, my kobiety pijemy tylko wina. Na to odezwał się Tadek kierując do mnie słowa że pewnie chodzi owocowe J-23 są takie u nas w sklepie ze świeżej dostawy widziałem jak wczoraj dowieźli. Przeliczyliśmy kasę okazało się że brakuje rybaka i chętnego do pójścia –bo byliśmy za młodzi i w dodatku wstydziliśmy się. Indianie to palili różne trawy może i my dmuchniemy pokrojone suche  liście z drzew, podobno każde ma swój smak zobaczymy który ma najlepszy. Znalazła się gazeta do skrętów, jak na wojnie liście kruszyliśmy na drobno palcami, najszybciej fachowo oczywiście skręcali palacze, wcześniej już gdzieś nabrali wprawy kopcąc co im do rak wpadło. Ależ to było śmierdzące gdy zapaliliśmy każdy swojego połowa po kilku dymach kaszlała jakby miała gruźlicę tylko Vistuła i Garbus jakby nigdy nic prześcigali się kto dmuchnie większe koło. Wiecie co? lepiej upieczmy ziemniaki -to nic że był niedawno obiad ale zanim się upieką zanim nazbieramy chrustu minie 1.5 godziny. Poszliśmy rozejrzeć się po terenie z daleka widzieliśmy latające kartofle wyrzucane przez Walczaka który żeby zapulsować zszedł do zsypu sam. Po chwili paliło się ognisko nie za duże takie akurat pod płotem obok huśtawek osłonięte z jednej strony murkiem przy ulicy Karolkowej. Siedzieliśmy wkoło, wiatr dmuchał na nas dymem w oczy, to nic że całe ubrania śmierdziało dymem, my czekaliśmy aż się zrobi więcej żaru wtedy nawrzucaliśmy ile się zmieściło i znów dosypywaliśmy drewek by to wszystko mogło się za godzinę upiec. Dziesięć osób czeka na kartofle nie wiemy czy każdy dostanie po dwie sztuki, przecież to nie ma sensu i tyleż zmarnowanego czasu, kilka tematów rozpoczętych i nie skończonych, wszystkiego brak tj, słodyczy, papierosów i soli. Ale jesteśmy razem- ktoś zanucił piosenkę,, Rozszumiały się wierzby płaczące” po chwili już płynęła coraz głośniej śpiewana przez wszystkich, a kiedy padły ostatnie słowa Cygan jako pierwszy zanucił słowa które po chwili śpiewali wszyscy, nie wierzyłem był to ułożony przeze mnie wiersz a raczej hymn o którym wiedział tyko Tadek to była pieśń o naszej przyjaźni, tych co są sami, o mieszkańcach tego domu, których serca są pełne tej  miłości której szukają, której nie doznali, ale czują ją gdzieś obok.

 

Grupowa przyjaźń mojego serca.

 

Piękne jest życie gdy słońce świeci w twarz,

Bezpieczna młodość gdy wszystkich w domu masz.

Szczęście i radość dumą człowieka, serce wciąż błądzi szuka z daleka.

Gdzie jest ta droga co tu przywiodła nas.

 

Ciężko samemu pod górę nam się szło,

Dziecięce oczy widziały w snach swych zło.

Rozbitych rodzin dzieci niechciane, co tu jest grane serce złamane,

Dokąd prowadzi ulicy szare tło.

 

Odbij się z nami od dna szarości sam,

Wspomnij gromadę z młodzieńczych swoich dni.

Przyjaciół spotkasz serce się wzruszy, zostaniesz z nami świat naprzód ruszy,

Drogo gdzie jesteś oddaj przyjaciół nam.

 

Nie wszyscy wrócą niektórych zabrał czas,

Inni się wstydzą błądząc wśród ludzkich mas.

Machają ręką gdy czas wybierać, w sercu rozterka o cóż się spierać,

Rozstajne drogi wielu zgubiły z nas.

Autor. Stanisław Kwiatkowski.

 

Połowa wycierała łzy, popatrzyłem na Cygana i pokiwałem palcem, nie miałem do niego żalu, cieszyłem się że już nauczyli się go na pamięć, nie mogłem się odezwać bo tak jak innym wolno płynęły duże łzy, takie szczere dziecięce. Nie mogłem nic powiedzieć bo z pewnością gdybym bym się teraz otworzył, to bym się poryczał, i jakim byłbym przykładem dla siedzących wokół ognia wilczków, człowiek który nie płakał kiedy bolało gdy dostawał łomot zanim zdobył zaufanie kolegów, teraz ryczy kiedy nic się nie dzieje. Byłem zawstydzony bo żaden tam ze mnie poeta, ale słyszałem już  skierowane do mnie pytania, kiedy to napisałem, ile czasu mi to zajęło, kto mnie inspirował. O tym przy okazji bo teraz się rozkleiłem, zawsze wam powtarzałem że jesteśmy w tym domu rodziną, to nic że niektórzy się tego wstydzą. Byliśmy i jesteśmy za mali by zrozumieć wszystkie problemy i  kłopoty miały nasze rodziny. Do nich któregoś dnia brutalnie zapukała władza pod Postacią Milicji Obywatelskiej, wyjmując nas jak pisklaki z gniazda. Na nic zdały się nasze protesty, płacz i strach czy protesty rodziny. Wtedy wszystko się w nas tworzyło, miłość do najbliższych, zawiązały się nasze pierwsze przyjaźnie czy to w piaskownicy czy to na podwórku, czy nawet już w innych  sąsiedzkich domach. Bóg widocznie tak chciał żebym to was spotkać na swojej drodze, on ma plan wobec każdego z nas, i oczekuje byście byli dobrzy dla siebie i nie utrudniali sobie życia. Nie wiedziałem że można mieć tylu braci i tyle sióstr-dlatego dziękuję Mu za was i powiem wam że to On dał mi dar, pomagając znaleźć słowa które już na zawsze zostaną w waszych sercach. Dlaczego mi? spytacie kolejny raz, odpowiem –nie wiem? w sumie nie uczę się najlepiej raczej poniżej średniej, Jego miłość ukryta jest w moim wierszu dla was. Pamiętacie jak będąc jeszcze dziećmi rodzice i najbliżsi zachęcali nas do modlitwy jak co wieczór modliliście się mówiąc swój paciorek, zaniechaliście tego już od lat z małymi wyjątkami. Musicie się znów tego uczyć, nie wstydźcie  się wiary naszych rodzin, dzieci w naszym wieku chodzą na religię, widzimy ich idących do kościoła a my co, rżniemy w piłkę kiedy są święta- połowa z nas nie była nawet u komunii, nie wiemy co to znaczy iść w niedzielę do kościoła na mszę. Jesteśmy tylko zjadaczami chleba oni tak chcą byśmy nie mieli swoich korzeni, dom nie jest też domem dzieci żydowskich. Jesteśmy wszyscy Polakami mamy Polskie nazwiska i pochodzimy z polskich rodzin, nie urodziliśmy się na polu z kapustą jako jej środek, choć niedane nam jest oddawanie czci najbliższym dzięki którym żyjemy na tym świecie, bo nie chodzimy na ich groby często nie wiedząc nawet gdzie są- jesteśmy nienauczeni. Bóg nie zapomniał o nas, głęboko w to wierzę jak i to że przechodzimy różne sprawdziany człowieczeństwa. Widzi rozterkę w naszych sercach gdy zabrakło naszych rodziców, część z nas nie wie gdzie oni są, ale pomyślcie tylko co oni mogą przeżywać jeśli są –mogą być daleko- dalej niż myślicie. Nie mogą nas przytulić, wziąć na kolana czy w ramiona tak jak kiedyś, mamy to jeszcze w pamięci. I to jest jedna z najtrudniejszych  miłości, kiedy obie strony kochają a nie mogą na stałe znaleźć do siebie drogi. No starczy już tej gadaniny rzekłem w wpatrzone we mnie oczy, to nie jest pogadanka polityczna więc zaśpiewajmy jeszcze z cicha piosenki które lubimy śpiewać, tylko nie za głośno żeby nie pozlatywali się ludziska z ulicy bo z kartofli nic by już nie zostało. Zaśpiewaliśmy więc ,,Murkę” ,, Obozowe tango” i ,,Hej sokoły’’. Kiedy skończyliśmy już ziemniaki wstałem mówiąc, idę teraz do kościoła chcę pobyć z Naszym Panem taką mam potrzebę porozmawiania z nim, przykucnę w ostatniej ławeczce by podziękować za was, by nas miał w swojej opiece. Wstałem szedłem na parkan przeskakując go w kilku susach, byłem już na chodniku czekając na przejazd samochodów, obok stał też Cygan, a na płocie wisiała reszta grupy wraz z dziewczynami siostrami Krysią i Ewą, Jolą Narożniak, Miecią Gumowską oraz siostrą Tadka- Izą Małecką. Zaczekaj idziemy z tobą dało się słyszeć głosy za ogrodzeniem, po  chwil przebiegliśmy razem przez ulicę. Wchodząc do kościoła każdy podchodził do święconej wody by się przeżegnać. Nikt nie pomyślał by się umyć po ognisku i zjedzonych ziemniakach, zajęliśmy dwie ostatnie ławeczki i klęcząc na kolanach każdy po swojemu odmawiał Ojcze Nasz a potem szeptał po swojemu prośby do Boga. Kiedy z kruchty wyszedł ksiądz Kazimierz nasze głowy zrobiły ruch jakby chciały się schować, ksiądz dobrze wiedział kto pustoszy mu wieczorami drzewa owocowe, orzechowe czy warzywa rosnące na terenie ogrodu przy kościele. Nigdy nie zgłaszano tego faktu na Milicję, choć z łatwością wskazał by sprawców. Kucnął przy nas i na kolanach modlił się razem z nami w ciszy. Gdy skończył popatrzył na nas i się uśmiechnął, kogo ja tu widzę?. Jesteśmy tu bo chcemy się pomodlić-odparłem, przed chwilą piekliśmy ziemniaki wyklarowałem, o czym rozmawialiśmy przy ognisku. Słuchał nas w skupieniu przytulając po kolei wszystkich do swojej sutanny, głaszcząc po króciutko ostrzyżonych włosach i tak proszę księdza za mną przywędrowała cała grupa. Pokiwał głową i poprosił byśmy poszli za nim bo posiada coś słodkiego, spytał czy chcielibyśmy zwiedzić kościół?- do podziemi dało się słyszeć, katakumby chcemy zobaczyć?- jak starczy nam czasu powiedział. Nie przypuszczaliśmy że zaprowadzi nas aż do proboszcza, wszedł pierwszy mówiąc że przyprowadził zagubione owieczki i szeroko otworzył drzwi byśmy weszli całą grupą. Ucałował nas w czoła wszystkich po kolei i coś tam powiedział ks. Kazikowi który nas opuścił. Sam podszedł do biurka i wyjął torbę ze słodyczami, częstując nas wszystkich, a teraz zapraszam miłych sąsiadów na poczęstunek. Mamy ciasto drożdżowe i makowca, a także dużo czasu żebyśmy się poznali. Przeszliśmy do innej większej Sali, zatrzymując się obok łazienki gdzie umyliśmy ręce i twarze. Po chwili siedzieliśmy przed dużym stołem z bialutkim obrusem, na którym stały obiecane ciasta. Opowiadaliśmy po kolei jak trafiliśmy do obecnego domu im. Janusza Korczaka, o swoich rodzinach, powstaniu i tym o czym rozmawialiśmy przy ognisku, czyli Panu Bogu dla którego jesteśmy jedną rodziną. W trakcie spotkania poprosiłem by Witek mógł wyjść i powiadomić o naszej nieobecności dyżurnego wychowawcę; że wszystko jest w porządku i oglądamy z księdzem Kazikiem kościół i ogród. Po chwili był z powrotem mówiąc byśmy przed dobranocką trafili do domu. Kiedy spytano nas o religię, chrzest czy komunię nie zawsze umieliśmy poprawnie odpowiedzieć. Dopiero mieliśmy się dowiedzieć czy byliśmy ochrzczeni, ten dom podobno był przed wojną domem dla żydowskich biednych dzieci, my nawet nie rozumiemy kim oni byli podobno takimi samymi Polakami jak my, nikt nas tego nie nauczył. Bo i skąd dzieci mogą wiedzieć o takich sprawach, nas zabrano od naszych rodziców, wychowuje nas państwo które uważa że Boga nie ma, więc po co marnować czas chodząc do kościoła, ale w naszych rodzinach pamiętamy co innego że bywaliśmy jako dzieci w kościołach w niedziele. Zapytaliśmy czy możemy w tajemnicy przychodzić na religię jak nasi szkolni koledzy, o takim czasie w którym nikt nie zauważy naszego braku. Wizyta ta w przyszłości zaowocowała tym że co roku dostawaliśmy już świadectwo ukończenia religii, do czasu aż ukończyliśmy szkołę podstawową. Potem młodzież która cieszyła się największym zaufaniem dzieci rozpędzono po bursach i internatach warszawskich, tylko nieliczni kontynuowali dalszą naukę mieszkając w ukochanym domu. Nauka ta przerwała kontakt naszą parafią św. Klemensa, ale dała nam nowych przyjaciół w postaci kolegów pochodzących z różnych wsi i miejscowości województwa warszawskiego którzy byli dobrymi i praktykującymi katolikami od których wiele się nauczyliśmy odwiedzając ich podczas dni wolnych, świąt a nawet wakacji gdzie pomagaliśmy pracować na gospodarce, ta przyjaźń i wspólna praca będzie pamiętana do końca naszego życia. Odwiedziny u księży zaowocowały tym że zaczęliśmy chodzi na niedzielne msze, w godzinach nam pasujących, najczęściej po śniadaniu. Przestaliśmy bębnić w piłkę podczas świąt, zakończyły się ryzykowne nocne wyprawy po zaopatrzenie. Księża zapraszali nas do pomocy przy sadzeniu warzyw, ogórków i sałaty, okazało się że jabłek i orzechów starczyło dla wszystkich, że pomidora z ogórkiem można zerwać z krzaka a gdyby jeszcze było potrzeba to wierni przyniosą dzieciom co mogą ze swoich działek, gdy tylko ziemia pod koniec lata zacznie dawać plony. Już robił się wieczór gdy podziękowaliśmy za poczęstunek, będziemy na was tu czekać zapewniali księża, przychodźcie kiedy możecie. Bóg jest szczęśliwy że ma miejsce w waszych sercach i wybacza wam wasze grzechy bo nie wiedzieliście co czynicie. Podziemia o które pytaliście zwiedzicie podczas następnych odwiedzin, zanim wyszliśmy padały pytania czy w kościele straszy, czy są tam skarby lub broń z powstania, nie od razu Kraków zbudowano? Padła odpowiedź proboszcza. Palacze pierwsi pognali do swoich skrytek by wyciągnąć schowane tam na czarną godzinę papierosy, lub znaleźć kogoś kto podzieli się choć Sportem najtańszym z ówczesnych papierosów. My zaś wolno spacerkiem szliśmy w kierunku bramy by po chwili być u pani Wandy meldując nasze przybycie, pomimo wcześniejszego poczęstunku, także kolacji daliśmy radę. Było po pięć plasterków kiełbasy zwanej  krakowską, jajko i żółty ser oraz letnia kawa z mlekiem. Po dobranocce już nie wychodziliśmy na podwórko choć bardzo nas korciło, zobaczyć co jest jeszcze w schowku Korczaka. Ale było za ciemno a używanie światła mogło nas zdradzić, ale mogliśmy też zejść po ciemku i zamknąć za sobą drzwi schowka w którym przecież było światło, jednak musielibyśmy skorzystać z zabezpieczenia terenu jak to już wcześniej zrobił Wojtek. Wieczorem musiałby to być któryś z palaczy albo nawet dwóch, a to zwiększało ryzyko przedwczesnego czy przypadkowego poznania skrytki. W trakcie czekania na film rozpoczynający się o godzinie 20 dwudziestej przychodzili ci którym dane było odwiedzić swoich najbliższych. Częstowali nas czym mogli, słodyczami które dostali dla swoich kolegów, spędzających weekend we własnym gronie. A w sypialni opowiadali co porabiali, gdzie byli, co jedli, z kim się bawili. Potrafiliśmy już sami pojechać autobusem kilka przystanków, by być ze swoimi najbliższymi. Żeby jednak zdecydować się na takie samotne wypady trzeba było załatwić bilety na dojazd autobusem, trzeba było też punktualnie po kilku godzinach wrócić a w przypadku dopytywania, być krytym czyli lub inaczej zabezpieczających przez tych co pozostali w domu. Nazywaliśmy to wycieczką na Wolę, jest to bardzo duża robotnicza dzielnica stolicy, mieliśmy to szczęście że i nasze rodziny zamieszkały obok siebie Tadka i moja, ulice księcia Janusza i Batalionu Parasol są obok siebie-tam dostała przydział mieszkania w nowym budownictwie moja rodzina. Stąd nasze bezpieczne wyjazdy i wspólne powroty autobusem 155 lub 355 które spędzaliśmy na rozmowach snując plany działania ,,wilczków’’ na przyszłość. Po filmie przegadaliśmy jeszcze z godzinę zanim usnęliśmy a główną myślą przewodnią było znalezienie jakiegoś sposobu w miarę bezpiecznego, jak sprzedać pojedyncze sztuki ze znalezionego zbioru monet, tak by nikt nie zwrócił uwagi skąd dzieci z sierocińca mogą mieć  tak stare monety. Obliczymy je wszystkie, podzielimy na lata w których je wybito, pierwszemu kilka monet pokażemy prof. Grabowskiemu, powiemy że takie a takie monety mamy z wyjazdów do rodzinnych domów, a tam dziadkowie czy wujkowie dawali nam po jednej sztuce. U mnie prababka czyli mama mojej babci w czasie wojny zajmowała się handlem złota- rzekłem do Tadka, mieszka ona koło naszej szkoły w starym domu tam gdzie był sklep z dwiema córkami. U niej też możemy się dowiedzieć jakiej są wartości poszczególne i od czego zależy ich wartość. Skoro nie ma sygnału że komuś cos takiego zginęło to nawet gdyby szukali w naszych rzeczach pod naszą nieobecność; nic nie znajdą. Kupimy sobie dropsy owocowe, i te białe pastylki miętowe – sennie powiedział Cygan, i jeszcze te czerwone koniki czy koguciki u Muchy- odpowiedziałem przełykając ślinkę. I te groszki czekoladowe które były w takich okrągłych plastikowych pudełeczkach po 3.20zł- usłyszałem Tadka i zapadła cisza. Kasa w ten sposób uzyskana pójdzie na zasilenie naszego skromnego funduszu kieszonkowego, czyli tak by z pewnością chciał stary doktor, dla dzieci które tego najbardziej potrzebują. Jeśli by tak było znaczyłoby to że ktoś czuwa nad nami, i wspomaga nas w naszych uczciwych poczynaniach. Nasza niedawna przysięga w kościele i rozmowy z proboszczem utwierdzały nas w naszych poczynaniach że Stwórca otacza nas swą opieką w niezrozumiały dla nas sposób. Z tymi myślami i ja wkrótce poszedłem w ślady Cygana, nie przeszkodziły mi zewsząd płynące chrapanie. Miedzy sobą rzadko dochodziło do bójek bo każdy znał swoje miejsce i swoje możliwości, najczęściej będąc z czegoś niezadowolonym nie odzywaliśmy się do siebie, nawet całymi tygodniami by w momentach tych bardzo potrzebnych być do pomocy i nie zawieść siebie. Pogodzenie nazywaliśmy przyjściem w łachę. Lecz nigdy nie zdarzyło tak, by było się pewnym kto do kogo przyszedł, jeśli były problemy bardzo sprawdzało się powiedzenie że ,, mądry głupiemu ustępuje, a głupi się z tego raduje”. Nigdy świadomie nie robiliśmy krzywdy czy przykrości młodszym na zasadzie fali w wojsku, oni byli tymi małymi braćmi którzy potrzebowali naszej opieki, których trzeba chronić. I my tacy byliśmy jak wiele lat temu znaleźliśmy w tym domu swój azyl, ale my przyjechaliśmy grupą i to była nasza siła. Jakich uczuć doznawaliśmy gdy taki chłopczyk przychodził w niedzielę, z garścią tego co dostał podczas odwiedzin w domu i mówił że to dla was bo nikt was nie odwiedza, ale jak będę za kilka lat już duży będę chciał postępować tak jak wy. Gdy podchodził ze swoją mamą, ciocią czy dziadkiem, ci dziękowali nam że syn jej ma nas, że w domu się uśmiecha i już się nie boi, już tak nie tęskni, a często opowiada jak pomocne są ,,wilczki”. Kiedy ktoś w szkole mu dokucza czy coś zrobi nie tak, wie że może przyjść i uzyska pomoc, a kiedy jeszcze cicho powie że chodzimy się modlić do Naszego Stwórcy do kościółka, tylko nie umie tak szybko przechodzić przez płot by nikt nie zauważył. Prośby rodziny są czasami poważniejsze, gdy proszą nas o pomoc by i ich dziecko też znalazło drogę do Boga i pod naszą opieką uczęszczało na religię. W tym domu choć mieszkaliśmy razem, byliśmy rodziną ale nie wszyscy nadawali się na wilczków, można było nim zostać mając dobre serce, dzieląc się tym co masz –pomagając bezinteresownie właśnie tym najmłodszym, to powinno nazywać się przyjaźnią, może nawet i braterstwem. Bezwzględni dla kabli, lizusów czy chamów. Byliśmy zadziorni, ale pełni uczuć których próbowano początkowo nas pozbawić, wysportowani i zahartowani w utarczkach jak zawodowi żołnierze. Sprawiedliwości trzeba się nauczyć i ją wypowiedzieć tak jak w korczakowskim sądzie kiedy trzeba wydać wyrok na starszego czy choćby i wilczka lub kolegę szkolnego. Dlatego wysłuchiwaliśmy z  wielką cierpliwością i spokojem obu zwaśnionych stron, a gdy zapadał wyrok był na pewno sprawiedliwy. Wielką sztuka jest umieć powstrzymać się od kolesiostwa, kumoterstwa i łapówkarstwa, kiedy takie propozycje padały, wiedzieliśmy kto jest winien i jaka zapadnie decyzja. Żadnymi cukierkami, pieniędzmi nie można zapłacić za honor; on jest tylko jeden, zeszmacić można się szybko a my mieliśmy zbyt dużo do stracenia byliśmy ,, wilczkami” tą samą piątką która przed ośmioma laty zawitała w progi tego domu z pewnymi postanowieniami. Można powiedzieć urosły nam zęby a może tylko pazury, ale przetrzymaliśmy wszystkie przeciwności losu, życia- łatwiej jest nam gdy utrzymujemy kontakt z Naszym Stwórcą i nikt nie czyni nam problemów poprzez zakaz. A może i ciche przyzwolenie naszych opiekunów, bo ich dzieci czynią to samo tylko legalnie, tego nikt nie zauważy gdy mamy czas do kolacji i na zmianę a urywa się po kilka osób korzystamy z wiedzy jaka jest ukryta w Piśmie Świętym, którego uczymy się w kościółku. Jesteśmy pewni że sąd to nie jest sprawiedliwość, to banda która bojąc się władzy skazała naszych rodziców na poniewierkę za to że walczyli o wolność ojczyzny, podobnież chcieli przejąć władzę ustanowioną przez komunistów popartych sowieckim bagnetem. W naszych sądach dziecięcych było miejsce na sprawiedliwość, którą dziecko inaczej pojmuje niż sądy dorosłych. Uczestnicząc później w dorosłym życiu widzimy jak działają sądy, łapówkarstwo, i czasami przez pomyłkę wypowiedziane słowa ,, tu jest sąd a nie sprawiedliwość’’ przewlekłość spraw, i ta właśnie podła mentalność gdy z uczciwego człowieka robi się kozła ofiarnego. Czasami wiec wspominam książki pana doktora Korczaka, gdzie  dzieci rozstrzygają  najuczciwiej tak jak potrafią sprawy dorosłych. Stary doktor też zasiadł na takiej ławie oskarżonych, i poddał się wyrokowi sądu dziecięcego, i za co?  za to że wtrącił się do zabawy, i przytrzymał klapę pod którą schowało się dziecko, bawiące się w chowanego. Bójka czy pojedynek nazywany był solówką, a tu też obowiązywały pewne zasady; nie gryźć, nie kopać, nie ciągnąć za włosy, nie bić leżącego czy tego który się przewrócił- właśnie tak! dobre pięści, wola walki, odporność na ciosy; nigdy nie było remisów ktoś zawsze musiał odpaść a przed kolejnym spotkaniem raczej pomagały perswazje, że tanio się nie sprzedam choć ostatnio byłem tym który przegrał. Często po wymianie silnych ciosów obie strony ustępowały, ale nie było straszenia się i ubliżania. Czasami przegrana jak i wygrana przychodziły bardzo szybko nie pozwalaliśmy na solówki gdy różnica była kilku lat, proponowaliśmy starszemu by znalazł sobie kogoś w swoim wieku i wadze. To nie byłaby bójka tylko wyrok, a nad znęcaniem nad młodszym nikt by nie wyraził zgody. Młodsi szybko pozbywali się używania brzydkich słów tych które gdzieś słyszeli, które pamiętali w złych czasach będąc świadkami kłótni w rodzinie czy na ulicy, słów których znaczenia nie rozumieli, wiedzieli że takie słowa mogą wzbudzić agresję. Gdy byli w swoim życiu świadkiem takich zajść, nie przewidywali że za te słowa  mogą ponieść odpowiedzialność i być skarconym. Wyjątkiem było gdy  duża część grupy podejmowała się ukarania starszego np. tak jak my Orbitę, był to widoczny znak że jesteś nielubiany, nigdy też nie zdarzyło się by ktoś poparł karconego bo wtedy i on musiałby zostać wyeliminowany a tego nie można byłoby nazwać jak solidarnością w głupocie. Nieraz od tych starszych słyszeliśmy, po co ich bronimy, dostaniemy część kasy jaką oni zdobywają sposobem zastraszenia albo i słodycze odpowiedź była zawsze ta sama- co innego dać a co innego samemu wziąć. Ale oni wam też przynoszą? no tak, ale robią to z sercem i z uśmiechem i nikt ich do tego nie zmusza. W szkole raczej nie zdarzały się poważniejsze utarczki ze starszymi uczniami, obie strony miały swoich zaufanych negocjatorów zwanych rozjemcami, którzy to  rozstrzygali kto ma rację, i kto jest winny. W meczach piłkarskich pomiędzy warszawskimi Domami Dziecka czy szkołami przeważała zawsze otwarta ostra gra, ale nie chamska czy złośliwa, wiedzieliśmy że kij ma dwa końce i nie zawsze można wygrać kolejny raz choć ma się za plecami specjalistów od fauli, polujących na najlepszych zawodników, graliśmy ostro i bezwzględnie więc często przerywano mecze dyskwalifikując całą drużynę. W piłkę graliśmy nawet po 4-y godziny dziennie, gdy nie było z kim grać kopaliśmy byle celniej do bramki lub ćwicząc dośrodkowania, by po chwili już rywalizować kto więcej razy odbije piłkę, by ta nie upadła na ziemię. W szkołach byliśmy najczęściej w klasach nie A czy B ale przeważnie C, to znaczy trudnych. W klasach tych przechodziliśmy do następnych bez szczególnych osiągnięć, raczej średnio choć zdarzały się dzieciaki o talentach matematycznych którym także nauka nie sprawiała problemów, mogli się nie uczyć i dostawali dobre oceny. Szczególnie chłopcy byli znani szkolnemu gronu pedagogicznemu bo byli z Domu Dziecka, mieliśmy gdzieś gdy wzywano na zebrania w przypadkach konfliktowych naszych wychowawców, kończyło się to zwykle karami  wcześniej opisywanymi. Ale najczęściej jeden wychowawca dawał karę najczęściej do południa, w drugiej grupie czyniła to Halina Tarnacka-od niej  obrywaliśmy rózgą lub drewnianą linijką po łapach. Zaś po  południu pan Trzaskowski Janusz pracujący na drugiej zmianie anulował karę bo ciebie lubił, ostrzegając byśmy się tym nie chwalili gdyż jest to niepedagogicznie. Był wspaniałym facetem zawsze w dobrze skrojonym garniturze, niskiego wzrostu ale jakże przyjacielskim, miłym dla dzieci- kulturalnym, uśmiechniętym- nie należał też do żadnej partii  politycznej, a tytuł magistra pedagogiki zdobył studiując na normalnym 5-o letnim trybie. Pani Halina miała w niedługim czasie zostać naszą dyrektorką. Najbardziej nielubianą czynnością czy zajęciem wykonywanym przez chłopców było właśnie wiórkowanie podłóg, różne też były techniki jej wykonania. Ważne jest by nie robić tego na sucho i na kilka minut przed wykonaniem pracy zmoczyć tylko ten mały kawałek który mamy do wykonania, za chwilę odpocząć i tak w kilku odstępach  zajmowało to nawet dwie godziny a nawet więcej czasu. Jednego dnia i sypialnia była jak nowa, dbano o nią nie inaczej tylko pastując ją co najmniej raz w tygodniu. Każdemu z mieszkańców sypialni przypadało po kilka rzędów, w dużej sypialni po dwa dłuższe dziesięciometrowe zaś w małej co najmniej trzy ale krótsze ok. ośmiometrowe. Na drugi dzień wiórkowanie rozpoczynano w uczelni i znów po kilka długości dla każdego, wiadomo że starsi mają lepszy docisk nogą bo są silniejsi, mali słabsi mieli kawałki mniejsze ale i tak trzeba im było pomagać. Tu pracą kierowała p. Chalina, rozpiska na tablicy wyraźnie jest zapisana która i ile części do kogo należą. Takiej pracy nie można odwalić, po zamieceniu widać było kto robotę odwalił i niestety musi ją poprawić (aż do skutku). W następny dzień to samo czyniliśmy z korytarzem, na piłkę już nikt nie miał chęci a wszyscy szli po pracy pod natryski znajdujące się obok stołówki. Były tam trzy boksy po cztery stanowiska w których wodę otwierało się i zamykało za pomocą pociągadeł jak w jednostkach wojskowych w których ciepłość wody reguluje się za pomocą centralnego pokrętła. Po kilku dniach spokoju dowiadywaliśmy się że czeka nas pomoc grupom dziewczęcym, gdzie tak jak u nas trzeba wykonać ciężką harówę. Niezadowoleni zaczęliśmy protestować że bez napoi praca jest niewykonalna. Wtedy okazało się ze znalazły się środki z jakiegoś funduszu rezerwowego. Kilka kolejnych dni okazały się znów ciężką pracą, ale jakże znośną gdy w brodzikach czekała schłodzona zimną wodą oranżada o nazwie Mandarynka. Ale najgorsze dopiero miało przyjść, gdy okazało się że główną salę dla próby będą lakierować najpierw jedną a później drugą jej połówkę. I jak poprzednio napoje już czekały dla wykonujących tą  ciężką fizyczną pracę którą trzeba będzie znów wykonać w składach i siłami najstarszych wychowanków. Myślę że był inny sposób nagrodzenia tych którzy tak ciężko pracowali, na każde dziecko w ciągu roku przypadał limit wydatków na ubrania. Tutaj jednak zapomniano o nagrodzie dla tych którzy byli filarem tej pracy a przecież każdy z nich to kilkunastoletni młodzieniec który na pewno chciałby się podobać w swoim otoczeniu. Skoro wiec dom dostawał z zagranicy dary w formie używanych ale dobrych jeszcze ubrań, to właśnie pierwszeństwo powinni mieć ci którzy pracują najciężej i najlepiej. Taki chłopiec powinien wejść do pokoju w którym są te dary i wybrać to na co zasłużył. Choćby to była skórzana kurtka, dżinsy, zegarek czy obuwie. Dary w domu powinna przyjmować komisja którą tworzą nie kto inny tylko wychowawcy grup. A nie dyrektor placówki czy pani intendentka. Nigdy nie wiedzieliśmy jak są rozdzielane takie dary, jakże więc sprawiedliwym powinna być  właściwa nagroda, tych kilkunastu z czterdziestki chłopców w obu grupach. Tych którzy dają z siebie wszystko, pracujących ponad siły. Którzy w grupach dziewczęcych nie pracują dla szpanu, którzy nie odwalają swej narzuconej pracy ale jeszcze choć sami są zmęczeni pomagając kolegom, czy właśnie nie oni powinni zdobyć ten bilet by w kolejności wybrać sobie to na co zasłużyli, na co z pewnie zgodziliby się darczyńcy. To właśnie sprawiedliwie podzielone dary i wejście tam z opiekunem, który zna potrzeby danego chłopca, jego wymiary, jego gust, właśnie jak matka wybiera w nagrodę za jego trud to co należy mu się poza oficjalnym przydziałem, a nie jak urzędnik który sam chciałby pogrzebać w tych rzeczach z których nie trzeba się rozliczać. Tak jak właściwą zapłatą za wykonana pracę u dorosłego człowieka jest nagrodzenie zaangażowania przez szefa który za nią kupi sobie to co najbardziej potrzebuje, tak w  przypadku dzieci ktoś mógłby pomyśleć o posiłkach regeneracyjnych czy słodyczach które zregenerują nadwątlone siły i nagrodzić właśnie wg. jakiejś punktacji wejście do nazwijmy Sezamu gdzie to wszystko jest składowane bo i tak im się to należy. Czyż nie przyjemniej byłoby wychowawcy gdyby dowiedział się że dziecko w szkole jest zadbane, ładnie ubrane i ma duży autorytet u kolegów. Był więc kij i była marchewka, nigdy nie wiem i nigdy się nie dowiedziałem jak rozdzielano dary, których dzieci z domu w którym  Janusz Korczak pracował otrzymano wiele. Korczakowskim sposobem wystarczyło by każde dziecko miało na koniec miesiąca rozdzielić 5pkt. To właśnie punkty przyznane przez najsłabsze dzieci decydowałyby czy to ty będziesz miał tę chwilę która jest biletem do sklepu, i jako jeden z pierwszych w kolejności wybierzesz sobie to co zapragniesz, ci co się migają na pewno będą spoglądać z zazdrością na rzeczy których można zostać właścicielem, za pracę dla domu i pomoc młodszym.

 

Wyjazd do Julinka

 

Któregoś dnia będąc w siódmej klasie, a było to kilka dni po tym jak dokonaliśmy powyższego odkrycia, po lekcji historii profesor(porucznik) Grabowski spytał nas czy nie mielibyśmy w najbliższą sobotę ochoty na wyjazd do Julinka, tam jak nam wiadomo była oficjalna szkoła cyrkowa, był to teren Puszczy Kampinowskiej. Ale nie to było dziwne, oficjalnie będziemy od rana zwiedzać Stare Miasto i tak mamy sobie przygotować grunt, kiedy po nas przyjedzie rano po śniadaniu o dziewiątej. Ma być was tylko czterech, bo tylu tylko może się zmieścić w moim samochodzie, na obiad o godzinie czternastej planujemy powrót. Po co mamy tam jechać? Takie nurtowały nas pytania, w końcu  zajęliśmy się swoimi sprawami które uznaliśmy za ważniejsze na bieżącą chwilę. W końcu nadeszła sobota. Zjedliśmy śniadanie i już po ósmej siedzieliśmy przed domem, kiedy przyszedł profesor Grabowski poprosił pana Henryka bo on miał dyżur, o kilku chłopców których mógłby zabrać na zwiedzanie Starego Miasta. Jako nauczyciel szkolny bez problemu uzyskał taką zgodę, gdyż wiele razy już to czynił, i nigdy nie było z nim problemów, zawsze punktualnie odwoził dzieci będące pod jego opieką jedynym problemem było to że przed obiadem kupował za własne pieniądze dzieciom słodycze, lody czy ciastka. Panu Heniowi było to na rękę, gdyż nie musiał się o nas martwić i pilnować i wysłuchiwać co będziemy robić. Tych czterech nicponi wezmę na Stare Miasto i wskazał nas siedzących razem- może się czegoś nauczą a wtedy może i lepsiowatą (tak powiedział z uśmiechem) ocenę zobaczymy na ich świadectwie. Umiał podejść dyplomatycznie?, wstaliśmy całą czwórką czekającą właśnie na niego. Cygan, Policjant, Vistuła i Ja, i wolno szliśmy za nim do bramy tak niby od niechcenia, za śmietnikiem zniknęliśmy z pola widzenia gramoląc się dumnie do dużego Fiata. Po chwili jechaliśmy gdzieś bo nie wiedzieliśmy gdzie, aby do przodu, ale będąc na Górczewskiej wiedzieliśmy już że przejeżdżamy koło naszych domów, wiem- wiem że tu mieszkają wasze rodziny. Musicie uczyć się nie tylko historii Warszawy ale i starać się poznać poszczególne dzielnice z których składa się Warszawa. Jest ich jak wiecie siedem a teraz wy, zaczęliśmy wyliczać po kolei ale szło nam z trudem ale w końcu nazwy padły wszystkie. Do tych dzielnic prowadzą główne ulice które mają swoje nazwy, skoro jesteście warszawiakami z Woli poznaliście troszeczkę na wcześniejszych wycieczkach nazwy niektórych z nich, i tu teraz macie pole do popisu. Wymieniliśmy jakie znaliśmy z najbliższej okolicy, kiedy zaczęliśmy tworzyć nowe uśmiechnął się mówiąc –wy jesteście kosmici. Zatrzymał samochód, pokazał nam mapę tłumacząc trasę wycieczki do Kampinosu, tu jest wasz dom, tu niedaleko ulica Górczewska, następnie przez Leszno aż znajdziemy się tu pokazał zielone miejsce na mapie. Jak wiecie stąd powstańcy otrzymywali pomoc, stąd szły do walki oddziały Armii Krajowej i tu alianci zrzucali pomoc samolotami. Gdy ruszyliśmy uczulił nas na samochody jadące za nami, w gwarze prościej znaczy to czy nie mamy ogona. Wytężaliśmy wzrok nic nie stwierdzając bo auta albo nas wyprzedzały albo skręcały do mijanych miejscowości. Jesteśmy niedaleko rzekł nauczyciel gdy minęliśmy duży kościół, skręciliśmy w prawo i dalej jakiś czas jechaliśmy dalej prosto, zatrzymaliśmy się na chwilkę przed wjazdem na teren szkoły cyrkowej. Kiedyś przyjedziemy tutaj i obejrzymy co jest do obejrzenia, teraz jedziemy jeszcze kawałek prosto i jak będą po prawej parkingi dla turystów tam zostawimy Fiata i wejdziemy spacerkiem w las jak turyści. Szliśmy w głąb chyba z dziesięć minut, gdy w pewnej chwili poprosił nas byśmy usiedli na polance i poczekali na niego. Klapnęliśmy więc jak nas prosił rozglądając się wokół, nic specjalnego las jak las. Jednak tylko dla nas, on znał go jak własną kieszeń, kiedy wyszedł niósł skurzaną torbę w której było coś po co tu przyjechaliśmy, usiadł popatrzył na nas  swoim szelmowskim uśmiechem i z otwartej wyciągnął pakunek który zaczął odwijać aż ukazał nam się pistolet. Był to przedwojenny polski Vis. Znacie tą zabawkę z filmów telewizyjnych, wyjął magazynek i położył przed nami mówiąc, przyjechaliśmy to do lasu byście poznali budowę broni na razie krótkiej. Teraz wasz czas weźcie go po kolei do swoich rąk, oglądajcie naciskajcie spust, po chwili pokażę wam jak się go rozbiera, jak czyści i jak z powrotem szybko składa. Po kilku minutach gdy już każdy wyważył w swoim ręku broń, przymierzył oraz nacisnął spust, pistolet trafił do rąk właściciela. Nie muszę wam mówić że to co teraz robimy jest tajemnicą, tylko nasza piątka wie co teraz robimy. Stasiu zwrócił się do mnie, jesteś odpowiedzialny by nawet w żartach nikomu się nie wyrwało co robiliśmy tu w lesie, nie muszę przestrzegać że samo to że siedzimy i coś poznajemy w przyszłości może być uznane różnie. W czasie wojny tutaj szkolił się Mały Sabotaż, czyli wasi rówieśnicy którzy ginęli później w powstaniu. Ci co przeżyli po zdelegalizowaniu AK, wstępowali do WiN, NSZ-u, RoAK kontynuując walkę przeciwko komunistom. W Polsce ok. 2-ch milionów Rosjan stacjonowało wtedy w Polsce, czekając na wybuch III-wojny światowej Zachodu ze Wschodem represjonując bardzo tych którzy wcześniej walczyli w partyzantce mając za władzę Rząd Polski w Londynie. To dzięki jej pomocy przejęli władzę, uważajcie teraz- rzekł gdy broń wróciła do niego, patrzyliśmy w skupieniu na jego ręce, które pewnymi ruchami zdejmowały i kolejno  kładły na szmacie elementy broni. Gdy położył ostatnią powiedział teraz wasze zadanie, macie kilka minut czasu by powstał z tej kupki części, taki jak był wcześniej. Tu otworzył teczkę wyjął drugi taki sam bez magazynka mówiąc, ma powstać taki? Braliśmy do rąk kolejne elementy, były pomieszane  w niczym nie przypominając Visa, nie zwróciliśmy uwagi jaka była kolejność rozbierania, ale dobrze rozumujecie rzekł profesor zawsze układajcie sobie w kolejności w jakiej ją rozkładacie będzie to duże ułatwienie w przyszłości by nie okazało się że broń jest już złożona że przypomina już pistolet ale nim nie jest. Dopóki na stole zostały jeszcze części od niego; nie będzie działał, gdy zobaczył jak się kaleczymy, powiedział –teraz ja wam pokażę jak się to powoli i pewnie robi. Gdy to zrobię, kolejny raz go rozłożę i kładąc w kolejności obok siebie poproszę kolejno każdego z was o złożenie, nie muszę przypominać że broń trzeba konserwować by działała niezawodnie, by nie  zdarzyło się nigdy- że was zawiedzie. Teraz zabawę mieliśmy pierwszej klasy, wolno bo wolno ale układanka zaczęła powoli pasować wkładana na swoje miejsce. Podczas naszego sprawdzianu, nauczyciel wstawał i obchodził kilka razy miejsce naszej zabawy obserwując pobliskie otoczenie. Potem podchodził, sprawdzał i oceniał, i tak aż do znudzenia. Przez ponad dwie i pół godziny rywalizowaliśmy ze sobą kto, kto złoży broń jak najszybciej. Padały jak zwykle w takich sytuacjach pytania, kiedy postrzelamy z nich do celu. Najpierw jak wiecie nauka a potem przyjemności, macie jeszcze kilka lekcji w terenie gdzie nauczycie się trafiać z kompasem do celu czy jak harcerze szukać ukrytych rzeczy i ważne przy tym żeby nikt was nie zauważył. No dobrze a teraz na koniec trzeba miejsce urzędowania doprowadzić do pierwotnego stanu. Odszedł znów z teczką pozostając w zasięgu naszego wzroku, tym razem podszedł do niego starszy facet i salutując odebrał, teczkę. Chwilę rozmawiali by podać sobie ręce przy pożegnaniu, wrócił do nas  uśmiechnięty mówiąc że i nam już czas wracać. Jeszcze tylko w Lesznie zatrzymamy się na lody potem już bez zatrzymywania jedziemy na obiad. W drodze do auta spytaliśmy kogo w lesie spotkał. To ludzie których znam jeszcze z czasów kiedy lasy te były pełne ludzi. Znają teren-wypatrzą każdego obcego który się będzie kręcił, krótko na temat pilnowali nas dbając o nasze bezpieczeństwo ze wszystkich stron. Pytanie które Policjant skierował do opiekuna było trafne, jest ponad dwadzieścia pięć lat po wojnie jak to możliwe by komuna nic nie wiedziała o waszym istnieniu. To trudne pytanie –po wojnie zginęło więcej żołnierzy Armii podziemnej niż w czasie walk z okupantem niemieckim. Zabijali lub wywieźli do Rosji, zakatowali na śmierć tysiące bezbronnych Polaków, i tych którzy im pomagali. Płacz po ich stracie trwa w wielu rodzinach do dziś, w książkach pisze się o nich jak o  bandytach. Macie też przykład na własnych rodzinach, Stasia dziadka zabili pięć lat po wojnie, Wojtka tata za pracę dla Polski był długo represjonowany, Tadka dziadek? ten miał więcej szczęścia ginąc w walce. I nikt po nich nie płacze, to nie znaczy że nie pamiętamy o nich. Kilka razy zniszczono krzyże na Brudnie bo był tam napis że kpt. Wilk zginął tragicznie, teraz jest tam napis że umarł w 1950roku. Przyjdzie taki czas że będziecie dumni ze swoich przodków, że zapłaczecie za nimi gdy oddana będzie im sprawiedliwość. Nie wiadomo kiedy zatrzymaliśmy się na lody o nazwie Bambino, gdy słuchając opowieści profesora Grabowskiego dojeżdżaliśmy już do Warszawy. Wierzcie mi nie jesteśmy sami, nikt nie wie i nie może wiedzieć ilu jest takich jak wy skrzywdzonych przez los grup młodych ludzi teraz uczy się prawdy. By we właściwym momencie być pomocnym tym co wydają sie bezbronni. Był Poznań w 1956roku, były niedawne zamieszki w 1970 o zasięgu ogólnopolskim. Ginęli tam ludzie za to że chcieliby normalnie żyć, by starczało od wypłaty do wypłaty, by opuścił Polskę nasz sojusznik którego musimy utrzymywać i żywić na terenie naszego kraju. A jest ich niemało około czterystu tysięcy a z rodzinami to ponad siedemset i pilnują żeby Polska dalej była strefie wpływów rosyjskich. Czy mogą być nam braćmi mordercy naszych braci ojców i dziadów, czy możemy być okradani przez tych którzy nami rządzą, którym zależy by kraj nasz ogałacać ze wszystkiego. Jak żyć by godnie żyć? Im starcza, nikt ich nie pyta za jaką kasę budują wille, za co jeżdżą za granicę czyim kosztem tu w Polsce żyją ponad stan. Kto jest z nimi? Na to pytanie jest łatwa odpowiedź wszyscy, wszyscy którzy są prze tak zwanym żłobie, czerpiąc z tej władzy korzyści. Którym władza zapewniła mieszkania, czy dobre ciepłe posadki, -są to najczęściej wszelkiej maści złodzieje, hochsztaplerzy –bezkarni w swoich poczynaniach na każdym pionie. Oni za nic nie odpowiadają, w każdym sądzie są kolesie, a kto szuka złodziei nasza kochana Milicja umarzając śledztwo za śledztwem, bo tak nakazuje im ktoś z góry. Na tym może skończymy dzisiejszą przygodę, niedługo znów się zobaczymy, już widać wasz dom i pana Henia, jak szybko minął czas gdy mieliśmy o czym rozmawiać a raczej słuchać doświadczonego człowieka. A teraz – życzę wam miłego obiadu, pogadam jeszcze chwilkę z waszym opiekunem i wracam do domu. Nie był to jednak koniec wrażeń, po obiedzie jeśli wszystko pójdzie i będzie bez ryzyka to zgodnie z planem znów wejdziemy do skrytki Korczaka. By nie powiększać grupy wiedzącej o naszym myszkowaniu za domem, kolejny raz poprosiliśmy Wojtka by zadbał o nasze bezpieczeństwo, obiecaliśmy mu załatwić wymiary by mógł zrobić atrapę niemieckiego pistoletu typu Parabellum kaliber 9mm oraz uszyć do niego kaburę. Obiecaliśmy mu załatwić kaburę, choć na kilka dni bo wiemy kto taką posiada, na co zgodził się bez problemu, choć pytaniom skąd zdobędziemy rysunki pistoletu nie było końca. Po obiedzie gdy na ławeczce zawiązywało się sadełko, przyszła pani Wanda zmieniając pana Henryka z dalszych obowiązków. Jakie macie plany? spytała nas, może pogramy w piłkę a może a może niechcący zbijemy jakąś szybę, po drugiej stronie ulicy, która teraz zamiast Krochmalna nazywała się Jaktorowska. A wszyscy wiedzieli że po drugiej stronie rozpoczęto budowę a raczej bazę dla samochodów Stołecznej Milicji Obywatelskiej. Pokiwała nam palcem i uśmiechnęła się wiedząc że tego nie zrobimy. Wstaliśmy pierwsi ja i Cygan, za nami po dziesięciu metrach podniósł się Wojtek który stanie się dla nas cichym bohaterem dnia, ze swoja nierozłączną książką do nauki niemieckiego.

 

 

O włos od wpadki.

 

 

Wolno stale się rozglądając po oknach schodziliśmy drugi raz do kotłowni, po chwili Wojtek położył kratę na swoje miejsce, wrócił na schodki skąd miał dobry widok na większość terenu. My zaś weszliśmy do schowka, będąc niewidocznym przez brudne okna nawet dla Wojtka gdyby chciał podejrzeć co robimy. Już się nie baliśmy, po chwili trzymaliśmy w rękach pistolety maszynowe które dodawały nam otuchy. Tadek zagaił po chwili, moglibyśmy przestrzelać je tu i nikt by nie usłyszał nawet w jadalni. Wybij to sobie z głowy rzekłem, broń trzeba najpierw rozebrać a potem nasmarować, czy pomyślałeś że rykoszety mogą się odbijać od ścian i w nas trafić. Przyjdzie czas- odpowiedziałem, odkładamy te żelastwo i bierzemy się do tej właściwej roboty którą zaplanowaliśmy wcześniej. Układamy w kupki monety o takich samych nominałach, potem w zeszycie zapisujemy ich roczniki i lata wybicia, papierowe w następnej kolejności. Wysypaliśmy wszystkie monety na stół, a papierowe zostawiliśmy na kocu. Ja biorę niemieckie z I wojny, ty rosyjskie ruble, a na końcu resztę dolary i z II wojny. Było tego kilka kilo ale po uczciwej pół godzinie przybyło różnych słupków. Na razie pogrupowaliśmy je wg. państw, nominałów by szybciej podawać roczniki.

 

Niemcy I wojna

  1. Dwumarkowe- 43szt.
  2. trzymarkowe- 16.
  3. Pięciomarkowe – (srebro)
  4. pięciomarkówki 12szt(złote)  5) dwumarkowe 8szt (złote)

 

Rosja (carskie)

  1. jednorublowe (srebro) 65szt
  2. pięciorublowe -24szt(złote)
  3. dziesięciorublowe 8szt(złote)

 

Niemcy  II wojna

  1. dwumarkowe- 54szt(srebro
  2. trzymarkowe- 27szt(srebro)
  3. pięciomarkowe -57szt(srebro
  4. pięciomarkówki- 8szt(złote)
  5. dwumarkowe-  21szt(złote)

 

USA- dolary

  • Jednodolarówki- 21 (srebro)
  • jednodolarówki-  12(złote)

 

Austro- węgry

  • Pięć koron- 20-(srebro)
  • pięć koron -15(złoto)

 

Polskie sprzed II wojny

  • dziesięć złotych- rożne(z dziadkiem, z dziwnym orłem, Traugutty, Sobieskie, i kobieta z kłosami 108szt(srebro)
  • pięć złotych 42szt(srebro)z żaglami, z dziadkiem, i z kłosami(srebro)
  • dwa złote- 25szt(srebro)

 

Pieniądze papierowe w następującej kolejności, Polskie, Rosyjskie, Niemieckie, Amerykańskie i inne. Minęło ponad czterdzieści minut, zaraz zapuka Wojtek rzekł Cygan- wyjdę i dam mu znak że wszystko w porządku powiedział znikając za drzwiami. Po kilku minutach wrócił mówiąc że wszystko jest ok. oraz że sprawdził piec w którym to co jest stare albo niepotrzebne po prostu spalimy. Widać było że taka praca lepiej mu odpowiada, dobra powiedziałem, rozpal ogień w piecu i po trochu co możesz to pal, zacznij od kocy bo nikomu już nie są potrzebne a potem jak leci stare ubrania słoikowe zapasy z jedzeniem. Dobra padły słowa Tadka bo taka robota mu pasowała. Migiem i nie będzie tego szmelcu, powiedział i zabrał ze sobą na rozpałkę ubranka które łatwo mieszczą się w piecu z którego już buchał  ogień. Teraz pójdzie już szybko- usłyszałem, zrobiłem przerwę i sam wziąłem będące pod ręką stare papierzyska zanosząc je do pieca, Tadek wysypywał starą zawartość ze słoików uśmiechając się przy tym mówiąc że będzie z tego niezły bigos. Tylko nie wrzuć z kocem jakiegoś żelastwa z wojny, rozwali piec w drobne maki powiedziałem a nas zaleje wtedy gorąca woda z bojlerów. Byśmy pewnie tak zabawiali się paląc nikomu nieprzydatne już rzeczy gdy usłyszeliśmy stukanie w szybę za którą stał Wojtek, głośno mówił byśmy wyłazili z nory bo przyjechała straż pożarna i będą szukać gdzie się w domu pali. Przywróciliśmy pomieszczeniu gdy usłyszeliśmy walenie do drzwi, ktoś ruszał klamką próbując wejść do środka. Podbiegliśmy do zsypu i z pomocą Wojtka szybko z niego wyszliśmy, krata wróciła na swoje miejsce a my wzdłuż wysokiego murka wyszliśmy na chodnik, doszliśmy do Jaktorowskiej, brama była otwarta na całą szerokość. Kiedy w nią weszliśmy przed domem stał duży czerwony samochód  błyskającymi na niebiesko światłami, będącymi oznaką że wóz jest w akcji. Wokół niego oczywiście wszystkie dzieciaki z domu, na nasze pytanie co się dzieje wszystkie ręce uniosły się do góry mówiąc że leci dym z komina. A co to my dymu nie widzieliście zapytał Wojtek, podobno dom się pali? w kominie dociekał dalej uśmiechnięty Policjant. Dowódca polecił by dwóch strażaków, udało się za dom i przez zakratowane okno sprawdziło czy nie  nic nie pali, za nimi jak zwykle pogonili ciekawscy by po chwili wrócić z wiadomością że nie widać ognia a tym samym że pomieszczenie jest bezpieczne. Dym jakby przygasał, kilkanaście osób poszło zobaczyć co będą robić strażacy gdy wejdą do kotłowni gdzie z kluczami zaprowadziła ich Wanda. Do domu jeszcze nikogo nie wpuszczano wiec kolejni ciekawscy okrążyli dom by zobaczyć jak strażacy polewają wodą. Ale nic z tego, z otwartego pieca widać było dogaszający się żar, sprawdzali też że ktoś musiał palić papierosy bo w popielniczce na stoliku leżało kilka petów i pokazywali je sobie oraz wychowawczyni. Po chwili opuścili pomieszczenie które ponownie zamknięto na klucz. Gdy opuścili dom można było do niego wchodzić ponownie bez obaw. I co się okazało, dym zobaczono z wieży obserwacyjnej, a skoro od lat nikt już nie palił w piecu gdyż wodę dostarczała już elektrociepłownia wszczęto alarm myśląc że pali się dom.  Teraz gdy alarm okazał się fałszywy powoli zbierali  przywiezione przez siebie rzeczy, aż wreszcie wolno odjechali, była gdzieś siedemnasta. Podczas kolacji pani Wanda próbowała jeszcze się dowiedzieć kto palił w piecu, ktoś kto palił papierosy oraz musi mieć klucz do tego pomieszczenia. Po kaucji każdemu sprawdzała kieszenie, ale nic to nie dało. Dziękowaliśmy Wojtkowi za to że w porę nas ostrzegł, dzięki niemu uniknęliśmy nie tylko wpadki ale ochroniliśmy schowek przed dekonspiracją, choć kto  wie może gdybyśmy nie zdążyli wyjść przesiedzielibyśmy cicho do wieczora schowani, i wieczorem jak gdyby nic opuścilibyśmy zagrożone miejsce. Reszcie wilczków wytłumaczyliśmy że zeszliśmy w tak małym składzie prawidłowo wycenić resztę zalegającego węgla które mieliśmy sprzedać na wiaderka a uczynić to będzie można jak się wszystko uspokoi za kilka tygodni. A my jak szczeniaki zachciało nam się rozpalać ogień, który mógł nas drogo kosztować. Zaplanowaliśmy że musi upłynąć kawałek czasu, zanim kolejny raz zejdziemy na rekonesans. Na razie mamy nasze zapiski, jakie monety znajdują się w kasetce, musimy zrobić jej kopię i międzyczasie wycenimy znalezisko i systematycznie na potrzeby nasze co miesiąc dorzucimy do już otrzymywanej dychy kieszonkowego choć po dwadzieścia złotych pieniędzy które rozdysponujemy na potrzeby wilczków a także nie wolno żałować tym którzy wszędzie widzą cukierki. Jeśli będą pytania skąd mamy kasę, to nasza odpowiedź będzie podobna. A to ze zbioru butelek, a to za sprzedane samochody, a nawet te za węgiel które rozprowadzali wśród swoich sąsiadów Pikutośczaki mieszkający w domach opalanych węglem; takie dziesięciokilowe wiadra brano jak świeże śliwki  za trzy czwarte wartości. Nie brakło więc i nam ciasteczek z Wenecji po które chodziliśmy jak zwykle razem coraz częściej. Zadawano nam coraz częściej pytania jak zdobywamy kasę którą dzieliliśmy sprawiedliwie, nie mogliśmy powiedzieć całej prawdy- z wiadomych przyczyn, ale dobrą odpowiedzią było że na głupie pytanie głupia odpowiedź i że nie ma przymusu ale każdy może zrezygnować ze swojego przydziału wtedy to reszta dostałaby po kilka złociszy więcej. Chętnych mających za dużo wolnego czasu, dwójkami wysyłaliśmy na obchód terenu który nazywaliśmy pielgrzymką kryształową gdyż uzbierane puste flaszki po wódce, piwach czy mleku wspierało naszą słabszą kondycję finansową. Czasami była to makulatura, którą dostawaliśmy kiedy dzwoniliśmy do mieszkań prywatnych zapowiadając akcję,, harcerze zarabiają na swoje wakacje”. Wtedy to trzeba było organizować jakiś wózek by surowce takie przewieść do najbliższego punktu skupu surowców wtórnych, w myśl powiedzenia,, że fajans to jest dobra rzecz za fajansem trzeba biec”. Kiedy już nas poznawano a dowiedziano się że jesteśmy z Domu Dziecka, zapraszano nas ponownie wtedy za tydzień, czasami nawet dostaliśmy dwa złocisze a i zdarzała się piątka z rybakiem nie mówiąc już o cukierkach. Gdy spotykaliśmy konkurencję w postaci starszych wychowanków to zwykle wymienialiśmy ulice i miejsca gdzie już byliśmy, nigdy nie spotkaliśmy się z przypadkiem by siłowo zmusić młodszych do oddania zarobionego grosza. Były też akcje jakie dostawaliśmy dla całego składu wilczków, które miały śmieszny przebieg. Akcja niby nic specjalnego, ale jak ważny jest sam plan zwracał nam uwagę nasz dowódca, któremu osobiście składaliśmy wizytę przedstawiając to co wcześniej uzgodniliśmy. W żaden sposób nie mogliśmy zwracać na siebie uwagi, by nie miało to później niebezpiecznych następstw. Przy ul; Szarych Szeregów mieszkał znany komunista pracownik Zakładów im Marcina Kasprzaka towarzysz Tondera Jan, osobiście go nie znaliśmy ale wiedzieliśmy że niezła to szuja która wystarczająco dokucza swoim przełożonym, zapadł więc wyrok by postraszyć go i dokuczyć w jego miejscu zamieszkania. Ja i Cygan wchodzimy do jego domu, nasz zabezpiecza trójka pozostałych kolegów, która w przypadku problemów zwraca na siebie agresywnie uwagę. My w tym czasie pod jego mieszkaniem wyjmujemy mały podwójnie zapakowany flakonik po lekarstwach, i strzykawką przynajmniej dwa razy strzykawką przez dziurkę od klucza lub pod drzwi wstrzykujemy bardzo śmierdzący płyn który nazywa się kwasem masłowym. Następnie już po zadaniu mamy zapakować resztę w kolejną podwójną folię i jak najszybciej opuścić obiekt. Po drodze musimy schować pozostałą część płynu i bez pośpiechu wrócić do domu. Mimo zachowanych ostrożności pozostał po akcji niesamowity smród, Którego w żaden sposób nie można było domyć, do tego stopnia że przed spaniem gdy już zgasiliśmy światło weszła pani Halina pytając co tak śmierdzi. Zapaliła światło i kazała wszystkim ustawić się przed nią, odwrócić się i naciągnąć dolną część piżamy, by pokazać że to nikt z nas nie narobił w galoty. Na końcu zwymyślała nas od świń i śmierdzieli, każąc na noc szeroko otworzyć balkon i wychodziła. Rano gdy zapach jeszcze nie zginął, kolejny wychowawca sprawdzał stan naszych piżam. Zaganiając w końcu wszystkich do łazienki. Nie pomagały żadne wody kolońskie, trzymano się od naszej dwójki na dystans. Tak działa a raczej śmierdzi kwas masłowy, teraz mogliśmy się sami o tym przekonać ale skoro byliśmy o tym ostrzeżeni nie można tego zbagatelizować idąc na łatwiznę, bo smród podąży za nami wszędzie. A co się w tym czasie działo w mieszkaniu delikwenta, cała rodzina pracowała nad pozbyciem się zapachu, nie wiedząc że najlepszym sposobem jest opuszczenie lokalu i na kilka dni zamieszkanie u rodziny. Tu nie pomogą litry perfum i wód kolońskich a w dodatku nie wiadomo kogo za to winić, kiedy pocztą przychodziła wiadomość po kilku dniach, rodzina i kto tam jeszcze mieszkał dowiadywali się jakim orłem jest tatuś czy mąż. Który przeżywał z domownikami, istną gehennę za swoje postępowanie. W kilku wykonanych tego typu akcjach, następowała później zmiana raczej na plus, tylko raz akcję powtórzyliśmy w tym samym miejscu gdyż czołowy towarzysz zaczął wariować w pracy, strasząc i szykanując kto wpadł mu pod rękę. Tego samego dnia po drugiej interwencji, inna grupa zniszczyła mu ulubionego Fiata 125, pocięła w nim gumy, tapicerkę a także ostrymi narzędziami porysowała lakier koloru Yelou Bahama, przydzielony na talon za długoletnie członkostwo. Czasami też pisaliśmy w szczególnie ruchliwych miejscach, najczęściej z imienia i nazwiska, ale niebezpiecznie jest malować w tym samym miejscu ze względu na tajniaków. Stąd częściej pisaliśmy na ścianach klatek schodowych czy drzwiach działacza. Szybkim i skutecznym okazała się tuba silikonu którą wtryskiwało się do wszystkich rodzaju szczelin w zamkach. Zamki nadawał się tylko do wymontowania i wyrzucenia gdyż koszt wyczyszczenia i rozłożenia przewyższał koszt kupienia nowego o podobnych parametrach. Któregoś pięknego popołudnia znów odwiedziliśmy naszych sąsiadów po drugiej stronie ulicy, mianowicie księży w parafii św. Klemensa, wcześniej w tygodniu się zapowiedzieliśmy. Ksiądz Kazimierz pokazał nam obiecane podziemia, w których byli pochowani zarządzający parafią, pytaliśmy oczywiście o czas ostatniej wojny, jak bardzo był zniszczony w powstaniu i czy księża walczą z bronią. Kiedy padło pytanie o uratowane w czasie wojny dzieci Tosię i Jankiela księdza aż zatkało ale po chwili gdy znaleźliśmy się u proboszcza zaczął opowiadać historię sprzed wielu   lat. Dzieci przebywały ukryte w różnych częściach kościoła, dopóki nie znaleziono im bezpiecznego schronienia i wraz z wyrobionymi nowymi papierami wyjechały na koniec Polski do jakiejś wsi koło Rzeszowa. Losy ich nie są już księżom znane. Teraz wasza kolej skąd my się o tym dowiedzieliśmy, powoli zacząłem opowiadać o spotkaniach dzieci po latach jakie są organizowane co kilka lat w naszym domu, powiedziałem  o gościach z zagranicy i o tym że a tamtych uratowanych dzieci jak nam wiadomo tylko piątka przeżyła wojnę ale żadne z nich nie mieszka w kraju. Bardzo się ucieszyli gdy usłyszeli że choć Tosia przeżyła wojnę. Opowiadali też jak w czasie powstania grzebano ludzi wszędzie gdzie tylko było miejsce, cała stolica to było jedno wielkie cmentarzysko, do dziś znajduje się kości podczas gdy budowane są nowe domy a ile jest jeszcze w ziemi zardzewiałej śmierci w postaci niewybuchów. Czy coś wiadomo o obrońcach którzy walczyli w naszym Domu, tak?  ale walki były tak ciężkie a straty tak wysokie że uzupełniano je nowymi oddziałami. Od ulicy Wolskiej i Przyokopowej nacierały cały czas czołgi, które ostrzeliwały piętra domów niszcząc wieżę w kościele skąd był dobry widok. A co potem z ludnością cywilną wyprawiali Dirlewangerowcy. Po nich pozostały na ulicach Woli tylko tablice o rozstrzelanych warszawiakach, których 200 000tys. zapłaciło życiem podczas 63 dni bohaterskiej walki stolicy. Najpierw była obrona we wrześniu, potem powstanie w getcie, przed wojną w Warszawie mieszkało 400tyś Żydów dziś jest to mała społeczność ale ci co przeżyli wojnę na pewno powrócą mimo upływu ponad ćwierć wieku. Przed powrotem do domu nakarmiono nas, słodyczami i ciastem. Obiecaliśmy że gdy będzie kolejne spotkanie za pięć lat, to przyprowadzimy Tosię i razem odwiedzimy księży u których otrzymała swoją pierwszą pomoc w wędrówce do nowego życia. Wracając do Domu Dziecka byliśmy bogatsi o wiedzę którą posiadaliśmy a którą potwierdziła rozmowa w kościele. Wieczorem już wiedzieliśmy że musimy opróżnić cały schowek, coś zaczęło się dziać o wiele szybciej niż przewidzieliśmy. Czuliśmy czyjś oddech za sobą po tym jak przyjechała straż pożarna, obaj byliśmy chwilowo poza zasięgiem gdyż nie paliliśmy, a za ten wybryk ktoś musiał zapłacić tak twierdziła p. Halinka. Kiedy przysypialiśmy dowiedzieliśmy się, że późnym popołudniem firma Transped dostarczyła 10 rowerów dla wszystkich grup, naszej grupie przypadły trzy w tym jedna kolarka o dziwnej nazwie Kobuz oraz dwa składaki. Już zrobiono listę na której znaleźli się wszyscy najstarsi w grupie, im to przypadła jako pierwszym przyjemność jazd w półgodzinnych turach, oraz pierwsze jazdy na czas kolarką. Siedzieliśmy na drabinkach odliczając kółka wszystkim przejeżdżającym ale też szybko straciliśmy rachubę gdy wszystkie grupy były już po obowiązkowych zajęciach robiąc rundki obustronnie po bieżni. Kiedy w tym bałaganie doszło do kilku niegroźnych kolizji, na zebraniu Rady Dziecięcej ustalono kierunek jazdy w prawo i zakaz jazdy po boiskach sportowych by nie przeszkadzać bawiącym się inaczej. Gdy przyszła nasza kolej wypadł piątek, który będę pamiętał do końca życia. Wiedzieliśmy jakie czasy osiągają najlepsi w obu grupach, u nas zmiany były częstsze bo forsując wysokie tępo w szybciej się męczyliśmy, były to tury 5-o krążeniowe. Gdzieś o 18.30 wypadła moja kolej, wcześniej czasy nasze były o 5- 10 sekund gorsze od  starszych wcześnie korzystających, rozstawiliśmy w połowie okrążenia dyżurnych śledzących czas w połowie rundy. Kiedy następował start mierzony, wszystkie osoby opuszczały bieżnię by nie doszło przez przypadek do kolizji. Start zawsze rozpoczynał się koło starej gruszki, w miejscu w którym rozpoczynał się asfalt a kończył wysypany miałką czerwoną cegłą niby tartan. Gdzieś w połowie okręgu zauważyłem podniesioną chorągiewkę oznaczającą że pobiłem swój dotychczasowy rekord, mocniej nacisnąłem na pedały nabierając coraz większą prędkość, koło starego dębu stałem na pedałach pozostała tylko kilkudziesięciometrowa prosta. Wilczki głośno mi kibicowały ich krzyki pod domem potwierdzały że będzie to jeden z najlepszych czasów, gdy ucieszony minąłem metę zapomniałem jednego że rower kolarski ma hamulce w obu rękach a ja próbowałem zahamować jak w klasycznym rowerze. Nie zdążyłem wykonać zakrętu i całą siłą jadąc prosto w ostatnim momencie złapałem za hamulce, ale to już nic nie pomogło piękny kolarski rower uderzył w mur a ja razem z nim. Po chwili w pobliżu byli już wszyscy bawiący się na podwórku, pan Henryk pobiegł do sekretariatu wezwać karetkę pogotowia ratunkowego, po chwili ulicą Wolską świecąc lampami przez otwartą wcześniej bramę wjechała wezwana karetka, wzbudzając sensację wśród przechodniów. Kiedy mnie układano na noszach, to szeptem z  uśmiechem zapytałem czy padł rekord, kiedy Wilczki potwierdziły to kiwnięciami głów, zobaczyłem też leżący przy murze rower a raczej to co z niego zostało pogięte w ósemki koła i zgięta rama rowerowa. Podejrzewano najpierw wstrząs mózgu, ale po tygodniu gdy wróciłem do domu okazało się że miałem wielkie szczęście, nic złamanego tylko duże siniaki, tramwajem wróciłem do domu już jako rekordzista. Okazało się że zakazano już ścigania się na rowerach, które mają służyć tylko do rekreacyjnej jazdy. Od tego czasu zostałem specjalistą od napraw rowerów we wszystkich grupach, przywróciłem do stanu używania rower na którym uległem wypadkowi. Wzmocniona tulejami zgięta rama przecięta w pogiętych miejscach i pospawana wzmocniła konstrukcję, zaś polakierowanie dało nowy urok, koła zdobyliśmy na Kole gdzie co tydzień jest jarmark staroci dostaliśmy je właśnie za wcześniej wykombinowane samochodziki na resorach. Tak więc rower uzyskał swoje nowe życie i służył wiernie do samego końca mojego w nim zamieszkiwania. Dały się też słyszeć żarty że mają wznowić wyścigi  gdy wybiją w murze dziurę by zatrzymywać się zawsze na prostej choćby za murem. Taka furtka nigdy jednak nie powstała, ale złośliwcy namalowali na murze drzwi licząc że kiedyś takie powstaną nie będzie trzeba chodzić po drzewach  na drugą stronę w poszukiwaniu najczęściej piłki. Tadek zdał mi też relację że swojej podwójnej krótkiej obecności w schowku zabezpieczany przez  Policjanta, który to dostał w prezencie mundur ze spodniami z niemieckiej skrytki. Powiedział że to nagroda którą kupiliśmy dla niego na Kole za czujność którą wykazał wówczas kiedy miał miejsce incydent ze strażakami. Wyrzucał ze schowka puste słoiki i nikomu nie przydatną żywność która była nieprzydatna do spożycia. Z rowerem miałem jeszcze jedną przygodę, jak wiadomo wszyscy uczyliśmy się kiedyś jazdy bez trzymanki, inni kładli się brzuchem na siodełku i tak potrafili jechać, jeszcze inni siedząc na siodełku kładli nogi na kierownicę. Ja też wiele doznałem upadków nim porzuciłem taką zabawę, któregoś dnia po wcześniejszym powrocie ze szkoły, wziąłem rower i wolno jeździłem alejkami, w pewnym momencie zauważyłem moją sympatię Basię Wichrowską wracającą ze szkoły, postanowiłem że popiszę się  przed nią swoją jazdą bez trzymanki stojąc na pedałach. Kiedy minęła bramę jechałem wzdłuż murku, gdy przy bramie prostowałem rower po zakręcie, jadąc  wolno a będąc kilka metrów za nią krzyczałem ostrzegając że nie umiem skręcać stojąc na pedałach. Basia starała się uskoczyć robiąc to jednak tak niefortunnie, że wpadła centralnie pod koła roweru, podjechała ze mną kilka metrów zanim się nie wywaliliśmy. Kiedy wstała powiedziała mi w oczy że nie spodziewała się takich głupot po mnie i żebym znalazł sobie inny obiekt adoracji. Było mi bardzo głupio i niesamowicie przykro że sprawiłem krzywdę własnej sympatii, kochałem się w niej do ostatniej chwili kiedy opuściła mury naszego domu, nigdy więcej nasze drogi się nie spotkały. Kiedy wieczorami ustalaliśmy strategie działania na następny dzień, wydawało się że coś prostego nagle staje się trudnością nie do pokonania. Na początku czerwca a była to sobota, rano znów odwiedził nas profesor Grabowski mając w planie wyjazd do Julinka. Już widzieliśmy siebie w głębi lasu licząc że może to właśnie dziś wypadło nam ostre strzelanie choćby nawet z broni krótkiej. Nie zadawaliśmy pytań gramoląc się do samochodu, dzisiaj ponownie jechaliśmy w czwórkę, brak było tylko Garbusa któremu wypadł dyżur na kuchni. Nie zadawaliśmy pytań gdy w ciszy mknęliśmy ulicami Warszawy, po ponad pół godzinie byliśmy już w lesie u celu naszej podróży. Wcześniej wyczytaliśmy miejscowość Kępiaste zanim się zatrzymaliśmy wjeżdżając do lasu, była godzina po 10.30 gdy zbici w grupkę nad mapą leżącą na masce oglądając zakreślone kółkiem miejscowości. Patrzyliśmy ciekawie na Szarego ten rzekł wręczając nam noże w pochwach, powiedział byśmy je powiesili na paskach a służyć będą jak finka harcerzom raczej do ozdoby. Dziś macie poważne zadanie ciągnął dalej, macie kompas i urywek mapy, waszym zadaniem jest dojście poprzez Ławy i Wiersze pożywicie się dopiero jak traficie do Aleksandrowa skąd was odbiorę- wszystko jasne. Pokiwaliśmy głowami, macie razem kilkanaście kilometrów idąc lasami, waszym głównym zadaniem jest byście dotarli do celu niezauważeni, nie liczcie na żadną pomoc. Las ma oczy i uszy ja będę wiedział jak dajecie sobie radę choć będę niewidoczny. Posiadacie dobrą znajomość która ćwiczyliśmy na zajęciach w szkole, ustalcie kierunek pierwszej miejscowości i w drogę. Kiedy wieszał na szyi lornetkę spytałem czy można ją pożyczyć, odpowiedź brzmiała –nie, za dużo byście stracili na zabawie macie kilkanaście kilometrów do przejścia powodzenia rzekł wracając do samochodu, po chwili zapuścił silnik i odjechał. Nie czekając aż umilknie rzekłem, kierunek jest znany, idziemy parami potrzebne nam będą mocne kije dla dwójki torującej drogę tymi kijami odłamują cienkie gałęzie, reszta szuka trzy lagi służące do pomagania w wędrówce jak i obrony choć nie wiadomo przed czym, A kogo możemy spotkać w tej dziczy zapytał Vistuła, jak to kogo odpowiedział Wojtek choćby żmije czy wściekłe psy a zapomnieliście o wilkach, niedźwiedziach czy dzikich świniach i o wielbłądach te są tylko w ZOO a z nami to nie idzie czasami Garbus może w tej dziczy i jego znajdziemy upiekło mu się dzisiaj to fakt powiedział Bzyk. Wszyscy się uśmiechnęliśmy ale komu w drogę temu czas. Tadek idziesz w pierwszej parze z Witkiem za wami kilka metrów Bzyk a ja z Policjantem zabezpieczam od tyłu. Gdyby było gęsto na przejściach między drzewami zmieniamy się co godzinę, tępo dyktuje najsłabszy. Tadek tylko nie szumcie za bardzo, tylko tyle byśmy mogli przejść, się wie? że nie idziemy na wyrąb odparł i odszedł z Vistułą i po chwili dał się słyszeć miarowy stuk, ruszył i Bzyku wreszcie i my znaleźliśmy swoje miejsce w szyku. Byliśmy na początku bardzo czujni, gdy milkło stukanie, przypadaliśmy do ziemi wtedy Bzyk w kuckach podchodził mówiąc że nie czas jeszcze na pauzę, wiemy? ale sprawdzamy też teren bo czasami trzeba trochę zboczyć by po chwili skorygować i znów maszerować zgodnie z igłą kompasu. Czasami stukanie milkło i okazywało się że idziemy bez przedzierania się przez chaszcze, taki typowy teren dla grzybiarzy, było lżej ale choć tereny były piaszczyste spowolniły nasz marsz. Szliśmy wtedy grupą blisko siebie. Kiedy po godzinie trafialiśmy na drogę ze śladami kół zarówno traktora jak i furmanki, wiedzieliśmy że się zbliżamy do  pierwszej miejscowości gdyż słychać było ujadanie psów. Zrobiliśmy przerwę siadając obok siebie, szkoda że w czerwcu nic jeszcze nie rośnie bo na pewno byśmy odwiedzili sadzik badylarza, albo posililibyśmy się jagodami. Wiecie że w dżungli jedzą robaki powiedział Vistuła, nikt ci nie broni mrówek jest pełno a i soczysta trawka się znajdzie padło  z ust Policjanta, a to i nauczysz się chodzić na czterech łapach merdając ogonkiem zaśmiał się Cygan. Woda by się przydała powiedziałem to bez niej nie można żyć, podejdźmy bliżej wsi może gdzieś obok będzie stała studnia tylko mamy wyraźny zakaz pokazywania się gdziekolwiek ale zobaczyć możemy jak się nie uda idziemy dalej. Z za krzaków obserwowaliśmy małą wieś, były to Ławy pierwszy etap naszej eskapady. Co robimy padło z kilku ust, jest południe i kręcą się ludzie, jest niemożliwością by o tej godzinie nie zauważono obcego we wsi. Jednogłośnie zadecydowaliśmy iść dalej, może w lesie znajdziemy strumyczek by zaspokoić pragnienie. Teraz ja z Policjantem kijami ściągamy pajęczynę, kiedy trafiamy na otwartą przestrzeń przypadamy do ziemi i wspólnie decydujemy jaką podjąć decyzję. Może byśmy i przeczołgali się ale stracimy sporo czasu i zniszczymy ubrania jak wtedy pokazalibyśmy się ludziom. Na obejście straciliśmy prawie pół godziny, ale mamy pewność że żaden myśliwy siedzący na ambonie nas nie zobaczył. Gdy stanęliśmy na kolejną przerwę była godzina 13,30. Świeże powietrze i spacer spowodowały że leżeliśmy na trawie, a w brzuchach zaczęło nam burczeć, wymyślaliśmy po kolei jaki byśmy zjedli obiad. Chcecie zmianę? zapytał Tadek –damy radę odrzekłem wstając. Znów przed sobą usłyszeliśmy szczekanie psów i po kwadransie dotarliśmy do pierwszych chat Wierszy. W domach były pootwierane okna rzekłem, pewnie czekają tam na nas. Niechętnie wstawaliśmy- Cyganek powiedział pocieszająco, a gdyby była wojna i we wsi był kocioł to byśmy się pchali w ich łapska, został ostatni etap ruszajmy i pociągnął za sobą Witka, wstaliśmy i my zajmując swoje miejsce w szyku. Choć szliśmy wolno dałem znak by zatrzymać się na chwilkę rozprawy nad mapą, obok jakbyśmy zboczyli z trasy jest strumyk lub ciek wodny warto by było zamoczyć nogi a może i ugasić pragnienie. Myśl była przednia i zamiast trzymać się lewej, pewnym krokiem zboczyliśmy z trasy idąc prosto wg/ wskazań mapy, i gdzieś po około pół godziny szczęśliwie dotarliśmy do  wody bez nazwy. Wyszukaliśmy tylko łagodne zejście bez krzaków, idąc wzdłuż- by po chwili klęczeć i jak zwierzaki pić chłodną ciecz. Gdy przerywałem picie ochlapując ich wodą, powiedziałem że za godzinę będziemy jeść posiłek opijając się choćby wody ze studni do woli, a może znajdzie się i woda i oranżada. Zaczęli zdejmować koszulki by się choć zamoczyć, po chwili darłem się do Tadka by wyciągał wszystkich z wody. Po kilku minutach byliśmy gotowi do dalszej drogi, spodnie zakładaliśmy na mokre majtki, mokre skarpety powędrowały do kieszeni i w trampkach powędrowaliśmy ustalonym porządku w głąb lasu. Kiedy usłyszeliśmy szczekanie psów po lewej wiedzieliśmy że prowadząca nas szpica nie skorygowała trasy o wcześniejsze odbicie do wody na popas. Wyszliśmy więc nie od tej strony gdzie nas się spodziewano a raczej z tyłu czym postawiliśmy w zakłopotanie oczekujących naszego przybycia. Witano nas jakbyśmy należeli do rodziny, dochodziła czwarta gdy zdaliśmy Szaremu noże, zapędzono nas do mycia w wielkich białych misach by po chwili zaprowadzić do zastawionego stołu. Chwilę modlitwy wygłosił gospodarz i zaprosił do nakładania posiłku. Tak zastawiony stół widzieliśmy po raz pierwszy w życiu, kilka rodzajów   mięs, kilka sałatek zupa grochowa i oczywiście napoje jakie sobie wymarzyliśmy. Do gospodarza zwracano się z szacunkiem nazywając go Chrząszczem do żony zaś ciocia Teresa. Po objedzie wniesiono ciasta wtedy dopiero zaczęliśmy rozmawiać o dzisiejszym zadaniu i jego problemach. Jakie pyszne bywają kompoty zrobione z naturalnych owoców jacy serdeczni ludzie mieszkają na takich polskich wioskach. Kiedy się żegnaliśmy było jeszcze widno, ale przed nami droga powrotna do domu gdzie  na dziewiętnastą musimy dojechać na pewno nie na dobranockę. Po drodze już przysypialiśmy ze zmęczenia i pierwsze co zrobiliśmy to rozebranie się to, położenie się spać  czym wzbudziliśmy sensację, bo o tej godzinie trudno nas było zagonić do spania, ale nikt nie wie ile mamy kilometrów za sobą i jakich posiłków byliśmy świadkiem. Odmówiliśmy nawet kolacji, już spaliśmy- gdy nas na nią starano się dobudzić. Wielbłąd który pozostał w domu, zszedł wrzucił wszystko na jeden talerz i przyniósł nam to do sypialni, pilnował by nas nikt nie obudził zanim sam nie zasnął. Nie tylko nam przychodziły wariackie pomysły, w trzeciej grupie też była zgrana paczka. Kiedy w telewizji zobaczyliśmy jak Słodowy w programie zrób to sam pokazał jak za pomocą kilku lusterek można zrobić wysuwany sprzęt do podglądania o nazwie peryskop, tak żeby nie był widocznym chcąc oglądać cel z rowu albo zza domu a samemu być niewidocznym-zapragnęliśmy taki zrobić. My nie mieliśmy możliwości podglądania dziewczyn z gruszki, która rosła na wprost od łazienki dziewczyn, około 5 metrów od okien, tą możliwość zaklepali sobie starsi z obu grup którzy chodzili do szkół zawodowych czyli silniejszych od nas. Lecz pewnego dnia za dużo ich obsiadło gałęzie i trzech spadło, na szczęście nie było wysoko ale połamali gałęzie na których stali i byli poobijani. Dwóch zdążyło zejść o własnych siłach ale, pan Heniek wyszedł w tym momencie przed dom, gdy zobaczył jęczących na ziemi i schodzących z drzewa domyślił się co oni tam robili. Wszyscy spowiadali się ze swojego czynu u swoich grupach, efektem tego było że drzewko już na drugi dzień ścięto i skończyło się podglądanie. Więc nasz plan mógł się powieść, dobieraliśmy więc lusterka do prostokątnej rury długości około jednego metra które na stałe wkleiliśmy. Nie było wyraźnie widać, ale można było rozróżnić osoby, leżeliśmy po trzech na parapecie nad łazienką dziewczyn i na zmianę oglądając myjące się dziewczyny, rozprawiając która ma ładniejsze cycki. Nie za długo cieszyliśmy się podglądaniem gdyż dano nam znak że zaraz przyjdą się myć pozostali, skończyliśmy odnosząc do sypialni osłonięty rękami przyrząd nad ostrością którego mieliśmy jeszcze popracować. Dziewczyny podglądaliśmy już częściej z kolegami z trzeciej grupy gdyż ich okna znajdowały się piętro niżej. Ale oglądanie zajmowało o wiele więcej czas, bo trzeba było czekać o wiele dłużej na to by przez chwilę zauważyć od tyłu golasa. Zachodziła też możliwość że przy tej czynności damy się złapać. Podglądanie z łazienki zostawiliśmy dla siebie, a w inne dni wypożyczaliśmy za słodycze lub napoje gazowane, nie chcąc ryzykować i tracić czasu. Zdarzały się potem przekomiczne sytuacje gdy w czasie wolnym od zajęć przekomarzaliśmy się z nimi która ma najładniejszy biust, nawet  w którym miejscu ma pieprzyka. Doprowadzało to je do wściekłości chcąc wiedzieć która z jej grupy to wypaplała. Jak te dziewczyny w przeciągu kilku lat zmieniały się na lepsze. Te które miały trudności ze znalezieniem chłopaka, zmieniły się tak że nie mogły się potem od nich opędzić. Jak w bajce z szarego kaczątka, w pięknego łabędzia. Wystarczyło na ławeczkach szepnąć w ucho, które majtki lub biustonosz z przymierzanych wczoraj są ładniejsze, lub dla kogo tak się przebierała przed lustrem, a już najbardziej trafiało gdy mówiliśmy o jej owłosionym intymnym miejscu które i nam się podoba. Od lat był prowadzony ranking która dziewczyna jest najładniejsza i która posiada najlepsze warunki w tym rankingu miało się do dyspozycji dwa punkty, i można je było przydzielić tej osobie która podoba ci się najbardziej. W ocenie można było brać udział dopiero od 7 klasy, była to ocena nawet 15 stu chłopców obu grup. Notowania zbierali grupowi którzy w umówiony dzień po obowiązkowym nauczaniu spotykali się i podawali wszystkie typy. Gdzieś po 10 –u minutach było już wiadomo która jest najładniejszą. Dziewczęta z Woli były znane ze swej urody, taki ranking opierał się głownie na ładnej twarzy i ocenie figury, ale żeby ją ocenić trzeba było je właśnie podglądać, a nie jaką ma figurę będąc w kostiumie i biorąc udział w rytmice. Nigdy nie zdarzyło się by dziewczyna która zdobyła pierwsze miejsce utrzymała je w przyszłym roku, te zasmarkane dojrzewały z każdym rokiem, wszyscy zaś widzieli jak z pączuszków które wyszczuplały z którymi nikt nie chciał chodzić w ciągu zaledwie 2 uch lat wyrastał piękny kociak obiekt westchnień wieczornych. Dziewczyny zaś które nie zakwalifikowały się z przyczyn różnych były tak przyjacielskie i miłe, elokwentne jak prawdziwe psiapsiuły choć starsze o kila lat. Nie będę pisał ich nazwisk ale nich wiedzą że też istniały w naszych sercach i naszej pamięci, wiem że wystarczy w księgach domu sprawdzić nazwiska by po latach spotkać się i traktować z uśmiechem, przy obopólnym szacunku. Wśród nich były też takie które potrafiły spuścić łomot za słowa, zachowanie czy złe potraktowanie nie gorzej niż czynią to chłopcy. One też potrafiły wziąć młodszych w obronę i nie pozwoliły na zrobienie im krzywdy a jak potrafiły dokuczać? Przekonała się o tym piątka podglądaczy chcąca bez ich wiedzy posiąść budowę ciała kobiecego, tygodniami byli wyzywani od zboczeńców których nie tolerowała żadna z szanujących się dziewczyn naszego domu. Były pomocne zawsze kryły każdego, bagatelizowały gdy wychowawcy całymi godzinami próbowali ustalić gdzie jest dane dziecko, otwierały okna gdy wracaliśmy z sadów by wpuścić nas do domu przez okna własnych sypialni na parterze, ostrzegały nas  jak siostry kto ma na nas oko, kto kabluje i komu. One też miały zasady, mieszkaliśmy razem a wiec powinniśmy być dla siebie rodziną by lżej znosić to co nas spotkało. Lata po opuszczeniu domu dowiodły że osoby będące wychowankami domu nie wstydzą się swoich korzeni, przychodzą z własnymi dziećmi i choć z pamięci nieco uleciało pamiętają o takich faktach na podstawie których mogła by powstać kolejna rozszerzona książka. Ale zawsze będzie to komuś nie na rękę, na spotkanie przychodzi co najmniej trzech byłych dyrektorów domu, każdy z nich pilotuje grupę która w jego latach odeszła na swoje osiągając wiek dojrzały. Obecnie do Domu Korczaka nie można wejść ot tak, odwiedzić stare śmieci? czuje się zakład zamknięty, przy drzwiach agencja ochrony wystawia przepustki bo jakieś nowe małe dziecko w zimie wyszło na miasto bez opieki bez kurtki, więc poleciał ze swojego stanowiska dobry dyrektor. W naszych czasach też zdarzało się że w dziurawych kapciach w zimie chodziliśmy do szkoły, też dzieci uciekały –najczęściej w lato z różnych przyczyn, nazywało się to że są na gigancie. Lecz nikt pani dyrektor Marii Falkowskiej nie zarzucił że nie upilnowała malucha nawet gdy odnalezione dziecko przywoziła MO. Teraz jest to sensacja na całą Warszawę, w naszych czasach było to nie do pomyślenia już widzę jak wychodzące na dwór dzieci pytają się wartowniczki czy można wyjść na boisko, albo któreś przeszło przez płot i odwiedziło kolegę ze szkoły, ciocię która mieszka niedaleko domu, lub zwyczajnie poszło kupić loda za złotówkę czy lizaka. Wtedy na płocie pokazały by się zasieki z drutu kolczastego, a agentka ochrony która nie upilnowała dziecka trafiła by do więzienia. Wystarczyłby monitoring kamerka przed, kamerka za drzwiami i telewizorek w sekretariacie  sygnał, a gdyby jeszcze krótki sygnał dzwonka elektrycznego że ktoś otwiera drzwi i tyle w temacie. Teraz miasto płaci za zmieniających się strażników, ubezpiecza ich a te pieniądze mogły by pójść na słodycze czy zabawki, czy zakup terenu zabaw dla dzieci. Nikomu nie zależy by starsi wychowankowie mieli jakiś dzień w roku w którym mogliby się spotkać ze sobą, mogliby zaprotestować w sieci że dzieci są krzywdzone i nikt się za nimi nie upomina, a może dyrektor nie zgadzał się by na terenie trzech boisk i placu zabaw dla dzieci powstał budynek mieszkaniowy, ciekaw jestem co na to gmina żydowska przedwojenny fundator terenu. A może jest nie inaczej tylko, ktoś jak w życiu został dobrze przepłacony. A dzieci? no tak nikt ich o zdanie nie pytał, jest nowy dyrektor i nowe porządki kto by się postawił w gminie i nagłośnił sprawę w mediach, przez dwa lata na zabranym terenie nic się nie działo był więc czas, pytanie rodzi pytanie. W naszych czasach młodzież była wyjątkowo uzdolniona sportowo, mieliśmy teren o który sami dbaliśmy. Jak by zareagowały teraz Wilczki gdyby ktoś wszczynał alarm za pójście do kościoła? nie chciałbym być w skórze wartownika czy wartowniczki widząc ich nadgorliwość na pewno za to że byśmy się bronili, zamknęli by nas jako łobuzów w domach o specjalnym nadzorze. Po ostatnim spotkaniu z profesorem Grabowskim w Puszczy Kampinowskiej zbliżał się koniec roku szkolnego. Wakacje jak zwykle mieliśmy zorganizowane, nie przeszkadzało już nam że na miesiąc jeździliśmy zwykle w to samo miejsce. Tu jako dzieci nie mogliśmy narzekać, zwiedzaliśmy całą Polskę od gór do morza także w zimie. Mało jest dużych miast gdzie nie byliśmy, najczęściej była to zamiana z dziećmi z innego domu dziecka w Polsce, właśnie z takiego miasta. Osobiście pamiętam Lublin, Rzeszów, Krosno, Szczecin, Wałbrzych, Malbork, Żukowo, Gdańsk, Grudziądz czy Mazury( wielokrotnie). Po miesiącu wracaliśmy mając kilka dni na upranie naszych rzeczy, czekając na innych powracających z którymi czekał nas kolejny wyjazd. Poznawaliśmy Warszawę jak prosił to nasz opiekun por. Szary. Zawsze zwracaliśmy się do niego panie profesorze, tylko dni spędzone w lesie, upoważniały nas do używania jego stopnia wojskowego. Gdy czekaliśmy na kolejny wyjazd kilka dni była kucharka która miała dyżur i nam gotowała, jeśli nie było takiej opcji dostawaliśmy po ok. 20 złotych na dzień robiąc podstawowe zakupu w okolicznych sklepach. Przy dobrym gospodarowaniu pieniędzy starczało, ale jeśli chciało się zaszaleć i kupić na obiad pizzę z kolą to już nie za bardzo. Czekając na kolejny wyjazd, złożyliśmy wizytę naszemu ulubionemu nauczycielowi. Zawsze miał dla nas czas, i słowami,, kogo widzą moje stare oczy” zapraszał nas do swojego domu a tam godzinami oglądaliśmy książki z ostatniej wojny. Zdarzało się też że prosił nas o zawiezienie przesyłek pod podany adres co z chęcią czyniliśmy nie mając nic innego do roboty, wyjątkiem było gdy odwiedzaliśmy własne rodziny, by dostać jakieś fundusze na kolejny miesiąc wakacji. Zawsze martwił się o nas, nie pozwalając na wydawanie własnej kasy, jadaliśmy z nim obiady podczas których widać było że sprawdza naszą znajomość stolicy, zawsze miał jakieś słodycze i czas by zjeść z nami lody, z nim nie można było się nudzić. Któregoś dnia zrobił nam wielką niespodziankę oznajmiając że jedziemy na strzelnicę wojskową do Rembertowa którą prowadzi jego kolega z powstania. Oficjalne strzelanie załatwiła grupa rekonstrukcji historycznej, do której zostaliśmy dokooptowani. Dojazd z Woli zajął nam ok. 50 minut już ze wszystkimi kontrolami na terenie AON- u. Grupa strzelająca liczyła ok. dziesięciu osób, na dwóch stołach leżała broń. Był tam schmeisser, 2 kb Mauser i kilka pistoletów w tym parabelka TT i P-38, Kałasznikow Pepesza i Mosin. Każdy ustawiał się w kolejce do broni z której chciał postrzelać, dostawał swoją tarczę i czekał. Wszystkich strzelających pilnowano przy obu stanowiskach strzeleckich, by nie przeszkadzali sobie nawzajem. Kończąc strzelanie odkładali broń  i dopiero wtedy wolno było podejść po swoją tarczę. Wtedy kolejne dwie osoby podchodziły do stanowisk wybierając broń, widać było niepisaną rywalizację strzelców każdy chciał pokazać że potrafi to robić, dokładnie liczących później swoje punkty. Kiedy rozpoczęliśmy strzelanie rad udzielał nam Szary, zarówno Cygan jak i ja osiągnęliśmy dobre efekty strzelania, jeszcze lepiej poszło nam z broni długiej czym mile zaskoczyliśmy wszystkich strzelców. Ale przy strzelaniu krótkimi  seriami z automatów mieliśmy spory rozrzut, podbijający nam lufy do góry. Widzieliśmy jak strzela nasz dowódca gdyż cały magazynek zmieścił w 9 i 10, kiedy zwiększono odległość do 20 metrów efekt był prawie ten sam. Później była herbata i wspólny bigos, w tym czasie organizatorzy liczyli zużyte łuski, Cygan uplasował się na czwartej ja zaś na piątej pozycji. Wracając do domu jechaliśmy od strony Bazaru Różyckiego i ZOO, dalej Śląsko Dąbrowskim by po chwili być już w domu. Na terenie nic się nie działo ale zawsze znajdzie się kilka osób do poplotkowania, siedząc przed domem dowiedzieliśmy się jakie są nudy, no to zapraszam wszystkich na akcję witamina, bo nam wszystko sprzątną ze szkolnego sadu rzekłem pierwszy wstając. A przynajmniej sprawdzimy co już dojrzało, był początek sierpnia więc wszystko powinno dojrzewać. Za boiskiem szkolnym obok bunkra przeskoczyliśmy płot, wolno podchodząc do drzewek, nie baliśmy się ale w myśl przysłowia,, strzeżonego Pan Bóg strzeże” zachowaliśmy  ostrożność. Na początku sprawdziliśmy śliwki, jedno drzewo to węgierki drugie większe ale za to bardziej czerwone tych lepszych zawsze rodziło się mniej. Z tymi lepszymi był zawsze problem bo rosły na końcach gałęzi, jeśli spadły trzeba było je zaraz jeść bo robiły się miękkie miejscem które uderzyło w ziemię. Skoro tych było niedużo, wszyscy wleźliśmy na węgierkę choć nie wiem jak ona nas pomieściła. Najpierw do brzucha, potem do kieszeni po kwadransie szukaliśmy już jabłek te były w kilku rodzajach ale jeszcze niedojrzałe to nie znaczy że nie do spróbowania potem już tylko gruszki i napchani witaminami na wieczór wracaliśmy na kolację, ciągle jeszcze skubiąc to co nieśliśmy. W jadalni była przygotowana kolacja i na tym koniec, nikogo w pobliżu. Zamknęliśmy dom i poszliśmy do siebie oglądać to co było w programie na dziś w telewizorni. Nie wiemy kto był ostatni ale po kolei odchodziliśmy spać, wiem że jeszcze zdążyliśmy porozmawiać o efektach naszego strzelania. Ustaliliśmy że jutro spróbujemy wejść do pomieszczenia, jak nie będzie problemów, by dokończyć sprzątanie. Na śniadanie obudzono nas o dziewiątej, i o tej godzinie zwlekliśmy się z nowych drewnianych, rozkładanych tapczanów, które pod naszą nieobecność wymieniono we wszystkich grupach. W kuchni pani Lonia migiem przygotowała posiłek dla kilku osób z takich samych elementów, o takiej samej gramaturze i dużo kromek chleba. Zaznaczyła że obiad jest do 14 nastej, byśmy teraz zajęli się sobą i jeśli to możliwe to nie broili, mamy piłkę i rowery a i telewizję do woli. Nikogo z wychowawców też dzisiaj nie będzie, mamy więc dużo, czasu ale nie mamy nikogo kto by nas zabezpieczał, musimy im wytłumaczyć że jedziemy odwiedzić na Woli nasze rodziny, bo sami potrzebujemy kasiorki na drugą część wakacji. Zostający po śniadaniu mieli oglądać telewizję i spać do południa. Podobno będzie film ,, Wakacje z duchami”, zdziwko ich trochę trafiło że nie chcemy oglądać takiego filmu, ale rodzina rzecz ważna. Gdy poszli na górę, obeszliśmy wolno dom, minęło z dziesięć minut zanim zdecydowaliśmy się wejść do środka. Okna nowo wybudowanego dziesięciopiętrowego wieżowca w pełni już zamieszkałego wychodziły akurat na tył domu. Mamy do obiadu ponad trzy i pół godziny, szybko wchodzimy do środka. Scenka ta sama każdy najpierw bierze z koca jakąś zabawkę by ją nasmarować, ale rozbierać umiemy tylko broń krótką. Najgorzej było z  lufą nie dość że długa to jeszcze ciasna, ale po pół godzinie dwa gnaty były wyświecone jak nowe. Wzięliśmy kilka srebrnych monet by w niedzielę na bazarku staroci zamienić je na gotówkę potrzebną na wakacjach. Trochę się już znaliśmy na wadze i wartości monet zarówno z pierwszej jak i drugiej wojny, oraz najczęściej babeczek z kłosami i dziadków z Józefem Piłsudskim. Do toreb upychaliśmy wszystko co zaplanowaliśmy wyrzucić, ostatnie palenie w piecu zmniejszyło wyraźnie ilość staroci w pomieszczeniu. Nie było już starych ubrań czy butów ani kocy, prócz jednego rozłożonego jak dywan na środku na nim leżała zarówno broń jak i metalowa kasetka pancerna oraz rzeczy które mogą służyć na wymianę, był spirytus, dokumenty żołnierzy niemieckich, bagnety, hełmy oraz obrazy z biura doktora jak też i orzełek z koroną który wisiał kiedyś na ścianie. Zastanowimy się gdzie to ukryjemy powiedział tak od niechcenia Tadek, nie tak szybko mamy jeszcze dużo czasu odrzekłem. Wytrzymało tyle lat wytrzyma więc jeszcze trochę, a teraz warto byłoby sprawdzić dokąd prowadzą te drzwiczki-tam nigdy nawet nie wchodziliśmy. Bo i po co? kto by chciał oglądać jaką drogą jest odprowadzane nieczystości do Wisły. Może i tak! Odpowiedziałem -ale warto choć wysokość nie była wyższa niż metr to sprawdzić, ja zostanę a ty idź sam jak zaraz wrócisz to i tak wszystko mi powiesz –uśmiechnął się  szyderczo i odpowiedział że popracuję tutaj bo i tak zaraz wychodzimy. Widać było że wchodzenie uważa za bezcelowe i nie chce się brudzić, zaczął więc otrzepywać kurz z koca którego tam nie było. Daj mi latarkę? podał mi i dalej robił bezmyślnie swoje. Wsadziłem głowę w ciemność i uklęknąłem, gdy zapaliłem latarkę jak piesek wolno szedłem trzymając światło przy ziemi, gdzieś po dziesięciu metrach obejrzałem się do w tył widząc za sobą prostokątne światełko, usłyszałem cichy śpiew. Za ścianą pani Lonia nuciła piosenkę, wybierała potrzebne warzywa do wiklinowych koszy z których miała ugotować popołudniowy posiłek, widać ją było przez kwadratowy otwór nad rurami gdzieś 20/20 centymetrów. Po chwili wnosiła kosze po schodach prowadzących do kuchni i zgasiła światło. Z logicznej dedukcji wynikało że jestem pod balkonem czwartej grupy dziewczyn, oświetlając latarką przestrzeń przed sobą widziałem że droga ciągle prowadzi prosto, bałem się ale musiałem wyjaśnić i potwierdzić że dalej nic nie ma, by nikt więcej nie pchał się niepotrzebnie tam- bo i po co. Dobrze że nie zauważyłem śladów szczurów?  pomyślałem nie lubiłem tych stworzeń, ciekawe jak szybko bym zwiewał gdybym je dostrzegł w świetle latarki. A wyjścia miałem tylko dwa, tyłem tak jak wszedłem i przodem ale żeby to zrobić musiałbym się położyć na brzuchu, leżąc przekręcić się na plecy i gdy już usiądę ponownie na czterech kończynach wrócić tą samą drogą. Po kwadransie usłyszałem głośniejszy szept Cygana, pytał się czy żyję, był ode mnie w odległości gdzieś ok. 25 metrów. Zaświeciłem mu trzykrotnie latarką że wszystko jest w porządku, ale w porządku nie było był tylko koniec drogi którą szedłem i ściana która raptem wyrosła przede mną. Od razu zaświtała mi myśl dlaczego budujący dom wybudowali odprowadzenie od kanału kończące się nie w kanale do którego w kierunku bramy wiodły rury ale brakowało mniej więcej dwadzieścia metrów. U kresu drogi zastukałem w mur, nie wyczułem twardości cegły pod palcem ale raczej  głuche echo drewnianej konstrukcji, nacisnąłem więc obiema rękami przeszkodę która stanęła mi na drodze i o dziwo wolno zaczęła się przesuwać. Gdybym zrezygnował będąc w kanale na wysokości kuchni nie stwierdziłbym czy jest przejście czy go nie ma. Wepchnąłem głębiej drewnianą konstrukcję, by po chwili skierować w nią światło i oniemiałem przesuwając wolno światło. Jak to było możliwe że kilka metrów od pomnika patrona domu bezpiecznie od czasów wojny przetrwało pomieszczenie zapełnione przez jej ówczesnych niemieckich mieszkańców. Poświeciłem do góry widząc okrągłe metalowe wejście zakończone włazem. W ścianie wbudowane 6 metalowych szczebli ułatwiających wejście jak i wyjście. Pomieszczenie o wymiarach kwadratu 2x2x2 wydawało się bryłą z której wysunięto półkę na której leżały klucze służące do  zamknięcia dopływu wody w domu. Do pomieszczenia wrzucono takie rzeczy które były zbędne w walce, którą rozpoczęto w dniu 01-VIII- 1944r. kiedy to wybiła godzina ,,W’’. Rzuciłem okiem po skrzynkach ułożonych pod ścianami wiedziałem co w nich jest, donieśli duże straty i przed wycofaniem by nie dźwigać złomu, wrzucono go do tego pomieszczenia by nie wpadło w ręce Polaków. Były też dokumenty oddziału których nie zabrano ze sobą licząc się z szybkim powrotem, były mundury, hełmy i kasa oddziałowa. Teraz mogłem już wracać wiedząc o niespodziance jaką ukryli Niemcy przed opuszczeniem domu, przepychanie i strach się opłacił gdyż kolejny schowek został po latach odkryty, a Tadek niech żałuje że poszedł na wygodę i pozwolił bym samemu pchał się w dziurę. Kiedy wyszedłem byłem wykończony, umyłem się w zlewie zanim opuściliśmy ciemną i brudną kotłownię. Mając jeszcze chwilkę czas by posiedzieć przed domem, spytałem jak udało się czyszczenie i układanie z kupki na kupkę, tak jak tobie myszkowanie po dziurach? .A wiesz że właśnie wpadłem do takiej że nie wiem od czego zacząć, musiało być tak. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego, mieszkańcy domu stawili zacięty opór naszej Armii Krajowej, to już nie byli kilkunastoletni chłopcy lecz, pełnoletni żołnierze, słuchał mnie z zaciekawieniem ale nie wiem czy mam dalej ci opowiadać. Skoro ty mnie zostawiłeś samego na pożarcie szczurom, duchom czy innym wampirom, to jakoś nie może mi przejść przez usta dalsza opowieść o losach znaleziska na które trafiłem sam właśnie tam w głębi ziemi, a najśmieszniejsze że wyjście z niego jest tu na tym klombie, kilka metrów obok pomnika patrona domu na głębokości około sztychu łopaty, może trochę więcej. Ale nie wiem czy to cię interesuje zacząłem się droczyć widząc głupią minę Cyganka, który nie krył zdziwienia słuchając moich słów. Dalsza część opowieści po obiadku jak z ,,WENECJI” dostanę ptysia. No dobra teraz posiłek, potem  deserek i to migiem to może sobie coś przypomnę. W trakcie gdy konsumowaliśmy posiłek, rzekłem do Cygana by dobrze uważał co się zaraz zdarzy. Gdy dostaliśmy swoje talerze z drugim daniem, zapytałem panią Lonię że zgadnę jaka jest jej obecnie piosenka którą tak często nuci sobie gdy jest sama. Usiadła obok naszego stolika chwilkę pomyślała, i rzekła jeśli trafię jutro na deser zjemy dobre słodkie ciasto z rodzynkami. Wszyscy wstrzymali jedzenie obiadu czekając na finał, uśmiechnięta buzia przemiłej kucharki kiwając głową potwierdzała że się zgadza ale, –ale jak nie zgadniesz?- tu przerwałem, wiem jutro na deser stawiam obecnym tu świadkom po pączku. Odpowiedź dostaniemy zaraz po zjedzeniu drugiego dania, kiedy wszystko znikło spałaszowaliśmy zapanowała cisza. Podszedłem do naszej kuchareczki i na ucho szepnąłem słowo przysłaniając ręką. Efekt był taki że wstała od stołu mówiąc że jutro wszyscy o tej porze będziemy jeść drożdżowe z dżemem i odeszła. Odnieśliśmy do mycia talerze by po chwili już przed domem, oznajmić wszystkim że to piosenka pod tytułem ,,Lipka”, a kiedy Tadek zjawił się tylko z jednym ptysiem wiadomo już że też przegrał swój zakład. Nie wiedziałem jak mam je podzielić powiedziałem więc że po gryzie dla wszystkich i odszedłem z Tadkiem pod kasztana. Powiem krótko Niemcy byli o włos od odkrycia pomieszczenia doktora, wtedy my nie dokonalibyśmy znaleziska. Opisałem Cyganowi że znalezione pomieszczenie nie jest duże, logicznie doszli do wniosku że to zapomniane pomieszczenie z którego można awaryjnie zamknąć wodę w całym domu. Nikt nie zwrócił uwagi na szafkę z kluczami stojącą po prawej stronie zaraz przy rurach, ta szafa się wysuwa umożliwiając ciasne bo ciasne ale przejście do naszego pomieszczenia. Do tego pomieszczenia po kilku dniach zaciętych walk i sporych stratach jakie ponieśli wrzucili to czego nie mogli zabrać ze sobą a co im przeszkadzało kiedy zmuszeni byli wycofać się na inne pozycje. Jest wiec z dziesięć karabinów, amunicja, granaty, sorty mundurowe a nawet jakieś zdjęcia, kilka ksiąg a nawet szpargały które nazbierali przez kilka lat służby. Trawnik po wojnie sprzątnięto siejąc trawę i kwiatki. Ze schowka jest wyjście gdyż w ścianie są szczeble zaś wejście zamyka metalowy właz nigdy nie otwierany i przywalony ziemią. W żaden sposób nie można tam wejść za dnia bez wzbudzania sensacji, we włazie jest dziurka w środku wystarczy więc odrysować troszkę większe koło od włazy i wbijać szpadel na całą głębokość na a potem o ile nie jest zardzewiały właz razem wypchnąć razem z ziemią. Ze środka wystarczy  wypchnąć na przykład elektrodę do spawania, w jej miejsce wbić drewniany kołek który będzie wystawał tyle z ziemi jaka jest jego odległość od włazu do ziemi i to bardzo dokładna. Wiedzieliśmy czym grozi wpadka choćby jednego schowka, z wielką ostrożnością będziemy wynosić mundury do sprzedaży na bazarek na Kole. A po sprzedaży przynajmniej przez tydzień nie wejdziemy do środka choćbyśmy mieli zaraz następnego klienta. Do wieczora choć było nas mało graliśmy w piłkę, choć bardzo korciło nas potwierdzenie dokładniejsze co zawiera niemieckie składowisko. Kiedy po kolacji krążyliśmy po drugiej stronie domu zawsze ktoś przyłączał się do nas by z nami poplątać się bez celu, wiedzieliśmy że najlepiej będzie jak pójdziemy oglądać telewizję bo dzisiaj z nudów nie dadzą nam spokoju. A chęć była przeogromna nad skatalogowaniem znaleziska o którym mogliśmy teraz tylko porozmawiać. Co chwilę słyszałem pytania Tadka, ile jest tych kabe jakiej produkcji, ile amunicji czy granatów, jakie są mundury, czy są buty. Moja odpowiedź jeszcze bardziej go drażniła gdy odpowiadałem że dokładnie nie wiem, i że za mało miałem czasu by się rozeznać albo że latarka dawała za mało światła. Nawet w czasie filmu musiałem rysować jak wygląda schowek, i gdzie co stoi. Po chwili gdy ochłonął zadawał mądrzejsze pytania, jak my to wydobędziemy? Gdzie to zamelinujemy? A nawet jak z takimi luśniami będziemy chodzić na akcje. Przed snem usłyszałem jeszcze jak mówił pytająco, oni mieli pewnie po to wrócić zanim wycofali się z Warszawy, te zdjęcia na to wskazują jak i zostawiony dziennik z ich prawie trzyletniej obecności w tym domu. Już śpij mamy czas jutro, potem wraz z naszym  dowódcą omówimy opróżnienie i ukrycie zawartości schowka. Upłynęło już ponad siedem lat gdy tu przybyliśmy chyba już nie będzie takiej ekipy jak nasza która miała kontakt z byłymi wychowankami tymi sprzed wojny od których tyle się dowiedzieliśmy, jak i pierwszą kadrą powojenną. Będą na pewno kiedyś remontować dom, nas wywalą do internatów i jak nic znajdą tylko dziwne puste pomieszczenia w których nikt nigdy nie przebywał, tak wieczorami dumaliśmy. W efekcie odnaleźliśmy aż dwa schowki z różną zawartością i co dalej? z tymi myślami zasnąłem. Ktoś pamiętał że trzeba jeszcze zamknąć główne wejście, ktoś zszedł by to uczynić i zasnąłem kamiennym snem. Po śniadaniu o dziewiątej już wiedzieliśmy że na obiad przybędą ci z którymi jutro jedziemy do Krosna, więc mieliśmy tą chwilę gdy wejdziemy raz jeszcze w spokoju, kilkanaście osób więcej w domu to jak nic zjawi się ktoś z opiekunów grupowych. Nie będziemy wiec sami, ktoś już będzie miał na nas oko, będziemy wysłuchiwać gdzie byli co robili, zajmą się oddaniem brudnych ubrań, a w zamian zostaną spakowani wydaną z magazynu czystą odzieżą. Jak też dostaną nowe przydziały środków czystościowych jak pasta do zębów, mydło, szczoteczki a nawet nowe łatwe do zniszczenia trampki. Tak? to były buty na każdą okazję zarówno jak pepegi tym się różniły że były  troszeczkę  niższe- tak do kostek. Oczywiście każdy powinien zrobić listę tego co ze sobą zabiera czy to w walizce czy w plecaku, ale zwykle zrobione wykazy gdzieś ginęły, albo były po powrocie nie do odczytania. Gdy dowiedzieliśmy się co jest na obiad, większa grupa poszła oglądać Teleranek, my zaś uzgodniliśmy że jedziemy do swoich be załatwić jakąś kasę na wyjazd. To było łatwe bo każdy jej potrzebował, a gdyby nas szukano mieli powiedzieć że jesteśmy na basenie przy ulicy chętnie przez nas odwiedzanym bo wejście nic nas nie kosztowało, trzeba było tylko znać bezpieczne wejście przez płot i szybko wmieszać się w tłum już tam przebywający, mieścił się on przy ulicy Górczewskiej. Zaś zaoszczędzoną kasę wydawaliśmy na zakup świeżej  bułki wrocławskiej oraz pasztetówki. Jak to smakowało po kilku godzinach przebywania w wodzie a jeszcze zostawała reszta na słodycze u Muchy którego słynny kiosk znajdował się  przy pętli autobusu F. Pomimo pewności że reszta poszła oglądać telewizję, szliśmy wolno rozglądając się dyskretnie, przy włazie jeszcze dłużej rozglądaliśmy się po oknach i balkonach zbudowanego obok wieżowca, by podnieść kratę pewnie i szybko wskakując do środka. Jeszcze chwilę poczekaliśmy nasłuchując i patrząc czy jakaś postać nie mignie obok okna, ale nic takiego się nie stało. Weszliśmy do ukrytego pomieszczenia zasuwając za sobą regał i zamykając drzwi. Nikt by już nas nie dojrzał w tym ciemnym i brudnym pomieszczeniu, nawet gdyby otworzono górne metalowe drzwi. Była cisza, rzekłem Cyganowi by wchodził pierwszy, coś tam pogrymasił że lepiej znam drogę, czułem że chce bym to ja szedł pierwszy-a on mnie będzie osłaniał. Tak ciekawy jestem jak to zrobisz gdy coś wyjdzie z ciemności, ja nawet kroku do tyłu nie będę mógł zrobić. To weź Schmeisera najwyżej wygarniesz w ciemność  serię usłyszałem, a ty może z drugiego poprawisz. Zawieszony na szyi automat dodał mi odwagi, ty weź pistolet powiedziałem bo nie chcę mieć podziurawionej dupy i już zniknąłem w ciemności, słychać było szuranie żelastwa podczas posuwania się na czworaka i stękanie Cyganka którego uwierał źle wsadzony za pasek gnat. Wolno lecz pewnie na kolanach parłem do przodu, odległość była mi znana tylko a może aż ok. 30-u metrów. Normalny facet by się tu nie zmieścił- było tu za wąsko. Czułem oddech Tadka za sobą był szybki, i trzymał się blisko tuż za mną jakby bał się że mogę go zostawić. Po chwili byliśmy już w środku, oszczędzajmy światło? rzekłem nie wiem ile przyjdzie nam tu siedzieć- wystarczy jak świeci tylko jedna latarka. Oparłem się o murek obok skrzynki z dokumentami, Cyganek swym wzrokiem skierował jak zwykle na broń jaka była w składziku, tylko granatami się nie baw- powiedziałem bo wylecimy na wczasy gdzie indziej, i palcem pokazałem do góry- do świętego Piotra. Nie bój żaby? powiedział-żaba w wodzie nie ubodzie. Zwróć szczególną uwagę czy w lufie nie siedzi nabój zanim pociągniesz za spust kiwnął głową i wolno liczył oparte o mur pionowo karabiny, po chwili to samo zrobił z granatami ale tych już nie wyjmował z drewnianych skrzynek, potem sorty mundurowe, amunicje i wojskowe buty. Ja w tym czasie przeglądałem zdjęcia i dokumenty bym wiedział jak je opisać. W szpargałach były też pieniądze które były własnością oddziału, trochę biżuterii i  kilka garści srebrnych monet ale nie wiadomo dokładnie jakich. Kartkowałem księgę oddziału i wklejone zdjęcia, już poznawałem kolejno bohaterów i ich obawy, choć pisane w języku niemieckim ale dzięki używaniu często słówek niemieckich przez Wojtka, zdania były czytelne. W pewnym momencie usłyszałem zadowolenie Cygana, wyciągał pepeszę i pistolet TT, po chwili powiedział że nie ma do nich ani jednej pestki. Potwierdzało to moją wersję że po wystrzelaniu amunicji broń była już bez zwartości, i dlatego ją złożono w jedno miejsce by nie wpadła w ręce powstańców. Były tam jeszcze konserwy mięsne i kilka butelek mętnego zakorkowanego płynu oraz około 10-u niemieckich książeczek wojskowych, prawdopodobnie tych żołnierzy którzy polegli w walce. Zmierzyłem jeszcze sznurkiem jaka jest średnica włazu było około  pół metra, zadowolony z odkrycia? Zapytałem, widząc jak przekłada broń, pokiwał głowa i spytał –co z nią teraz zrobimy? O tym magazynie zameldujemy naszemu dowódcy może nawet i dzisiaj po obiedzie gdyż przed wyjazdem mieliśmy go jeszcze odwiedzić. Ty tu zostań i pogrzeb jeszcze –powiedziałem, a ja będę się powoli wycofywał wiem co tutaj mniej więcej jest poczekam na ciebie. Coś ty ja z tobą już wychodzę, już się naoglądałem powiedział wystraszony Cygan odkładając zabawki na swoje miejsce. Jak będziemy składać raport dowódcy nie mówmy ile dokładnie jest granatów byśmy nie rozbroili się całkowicie a i karabinów też jak podamy dwa czy trzy mniej to nic się nie stanie. Wchodzimy kolejno do ciasnego przejścia głową do światła,  jeszcze w tunelu coś za nami stuknęło pewnie to źle oparty karabin się przewróci, słyszysz idą za nami powiedziałem czując uderzenie głową w pośladek, to Tadek w strachu chciał biec na czworakach. Uspokój się wariacie są jeszcze daleko powiedziałem z uśmiechem którego nie widział, skąd wiesz? bo tak jak i my myślą co dalej z nami zrobić. Teraz i ja szybciej niż zwykle podążałem do światła, po chwili wyszedł Tadek –podbiegł do koca i złapał pistolet maszynowy i zaświecił latarką w tunel odbezpieczając broń, ja zrobiłem to samo gotowi byliśmy nacisnąć na spusty. Nie przypuszczałem że tak się wystraszy tam w ciemnościach, już dobrze powiedziałem kładąc ma na ramieniu rękę, coś nam się tylko wydawało –kiwał głową ale lufę ciągle kierował w stronę skąd wyszliśmy. Po dłuższej chwili gdy ochłonął powiedział że najgorsze jest w tym że nie wiedział gdzie spieprzać, już myślałem że mnie mają i ze strachu pęknie mi serce. Idź zobacz co to było? Powiedział- byłeś już tam raz sam i cało wyszedłeś, będę cię osłaniał. Chyba zgłupiałeś –odparłem, kichnę niechcący i dostanę serię w dupę –na to nie?. Odłóż już tą pukawkę bo niechcący wystrzeli, sam zabezpieczyłem swój odkładając na koc, po chwili zrobił to samo. Teraz już wychodzimy i wolno jak to zawsze czyniliśmy przywracając, pomieszczeniu pierwotny wygląd. Gdyby nas kiedykolwiek złapano przy wyjściu, wtedy mamy się trzymać półprawdy, mieliśmy ocenić ile pełnych wiaderek węgla jest jeszcze do sprzedania, nawet gdyby zszedł do kotłowni tak jak my to robimy, nic więcej w niej nie znajdzie pokręci się i  prędzej czy później opuści lokal. Kiedy krata znalazła się na swoim miejscu my wolno przy parkanie doszliśmy do boiska, by na nim zrobić zakręt gdzieś o 120 stopni, i przy budce warzywnej zatrzymać się na ulubioną oranżadę Mandarynkę o smaku pomarańczowym która kosztuje tylko 2.30zł a może aż. Wolno uliczką Karolkową doszliśmy do Jaktorowskiej i przez bramę weszliśmy na teren domu. Spotkanie z przybyłymi było zawsze szczere, przyjechało kilkanaście osób z 4-ch grup piecze do jutrzejszego wyjazdu będzie sprawował pan Henryk a jutro rano zjawi się pani Zosia Goldberger by pomóc wysłać na kolejny miesiąc do Krosna, wszystkie znajdujące się w domu dzieci. Tak więc obiad zjedliśmy w atmosferze bazaru, jedzeniu i opowiadaniom przygód nie było końca. Później przeniesiono się na podwórko skąd wszystkich przybyłych wzywano po kilka osób, wydając to co będzie im potrzebne z magazynów. Ci którzy byli już spakowani poproszeni zostali o wyjście na podwórko i o zajęcie się sobą. Bez przeszkód uzyskaliśmy  pozwolenie na odwiedziny naszego nauczyciela który mieszkał niedaleko szkoły. Kiedy usłyszał o naszym odkryciu niemieckiego schowka i jego zawartości obiecał pomoc w jego wyczyszczeniu czyli opróżnieniu. Oczywiście że i my będziemy brali w niej udział, ubezpieczani przez sekcję starszych jak podczas akcji na ,,Wenecję”